sobota, 30 czerwca 2018

Kandydatka?


/Podaję za Małgorzatą I.Niemczyńską z „Magazynu do czytania Książki” wydanie 3/2018/

1. Zadebiutowała pod pseudonimem Nataszy Borodin. Miała wtedy 17 lat. A było to w piśmie „Na przełaj”. Tata pracował w bibliotece, mama uczyła polskiego. W dzieciństwie chodziła na spacery i wsłuchiwała się w odgłosy przyrody. Bała się”boboków”, które mieszkają w meblach pod tapicerką. Przebierała się w stroje ludowe, wkładała peruki i udawała kogoś innego. Zaczytywała się w książkach – również w tych dla dorosłych. Pierwszym dziełem, które głęboko przeżyła było „W pustyni i w puszczy” Sienkiewicza.

2. Jej charakterystyczny wizerunek dzisiaj to długie suknie /nierzadko z falbanami/ i wysoki kok z dredów. Dzisiaj trudno sobie ją wyobrazić w roli dżudoki, ale jednak trenowała ten sport.
Zanim została pisarką, pracowała jako pokojówka w hotelu w Londynie a także jako psychoterapeutka. Ukończyła psychologię na Uniwersytecie Warszawskim i już na studiach opiekowała się wolontaryjnie osobami chorymi psychicznie.
Próbowała także swoich sił jako wydawczyni. Niewielka oficyna o nazwie Ruta działała w Wałbrzychu tylko kilka lat ale to jej nakładem ukazały się pierwsze książki pisarki.

3. W 1999 roku amerykański tygodnik „Time” poświęcił Polsce pół numeru. Pisarka znalazła się w nim w towarzystwie innych dziewięciu znanych Polaków.
W miarę rozwoju kariery pisarka zaczęła zabierać głos na ważkie tematy, jak kryzys migracyjne i prawa zwierząt. Tej drugiej sprawie poświęciła zbiór esejów i powieść. Nie je mięsa. Towarzyszy jej suczka Nina, której przypisuje ludzkie cechy. Mieszka z najbliższymi w Kotlinie Kłodzkiej i we Wrocławiu.

4. Najpierw były Teatry Telewizji, - „Numery” z Ewą Dałkowską, „Skarb” z Mają Ostaszewską. „EE” z Agatą Buzek. Potem pełnometrażowy film „Żurek” z Katarzyną Figurą. Niedawno Agnieszka Holland zekranizowała jej słynną powieść „Prowadź swój pług przez kości umarłych”

5. Laureatka niesamowitej ilości nagród. Nim pierwszy raz otrzymała Literacką Nagrodę „Nike”jej książki trzykrotnie wygrywały w „nikowym” plebiscycie czytelników. Dziś ma na koncie dwie statuetki od jury /za „Biegunów” i „Księgi Jakubowe”/ oraz pięć dyplomów od miłośników jej prozy. A także m.inn. Nagrodę Kościelskich, Paszport „Polityki” i srebrny Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.

6. Ostatnio otrzymała– największą prestiżową /tuż obok Nobla/ nagrodę - The Man Booker International Book Prize 2018 za "Biegunów".

7.Gdy szła odbierać  nagrodę Bookera założyła kolczyki, które kupiła sobie 30 lat wcześniej w Londynie gdy pracowała jako pokojówka./patrz pkt.2/ I powiedziała: "Dzis wracam tu w tych samych kolczykach jako zdobywczyni prestiżowej nagrody".
Powiedziała też: "Chciałabym wspomnieć, że jestem pierwszą w historii laureatką z Polski. I jestem z tego dumna".
Do konkursu stanęło 108 książek, a w finale pisarka pokonała 13 bestsellerowych, światowych autorów.
"Biegunów" napisała mieszkając przez pewien czas w Amsterdamie.

8.A zaczynała od takich laurów jak Książka Lata 1995 roku.

Jak myślicie, czy Olga Tokarczuk będzie polską kandydatką do NAGRODY NOBLA???
Tak czy inaczej i jedne i drugie polne kwiaty są dla Niej. A dlatego polne, bo wiem, że lubi spacery po łąkach, polach i lasach...



czwartek, 28 czerwca 2018

Jedna jest moja


Biblioteka Narodowa policzyła właśnie, że w 2017 roku ukazało się 

36260 nowych tytułów.
To ponad 2 tysiące więcej niż przed rokiem. A więc rekord. Blisko 30 procent tego zbioru stanowią dzieła literackie. Niestety, badania nie wskazują ile z nich było udanych. Jedna książka wśród tych wydanych w ubiegłym roku jest moja. Ukazała się tuż przed samym Bożym Narodzeniem.
Jest to książka o „Mojej Warszawie”. Zgodnie z moim życzeniem książka ta /podobnie jak dwie poprzednie/ nie była nigdzie reklamowana. Wspominałam o niej tylko kilka razy na blogu przy okazji tekstów o Warszawie. Rozprowadziłam ją wśród najbliższych mi osób i wśród przyjaciół blogowych.
Mam cichą nadzieję, że książka nie jest zła.

A ta kwitnąca juka z mojej działki to w prezencie dla wszystkich tych osób, które „Moim warszawskim zwariowaniem” się zainteresowały, książkę u mnie kupiły, przeczytały i napisały recenzję.
Bardzo serdecznie tym osobom dziękuję.

P.S. Wydawnictwo „Białe Pióro”, które wydało serię „moich zwariowań” zaprosiło mnie na swoje stoisko do Parku Krasińskich w Warszawie w związku z wydarzeniem pt: Imieniny Jana Kochanowskiego.
Mówiąc krótko – w dniu 30 czerwca w godzinach 11-13 będę na stoisku nr. 5 podpisywała ostatnie egzemplarze wszystkich trzech moich książek.
Serdecznie zapraszam.


wtorek, 26 czerwca 2018

Warszawskie koszmarki


W Warszawie jestem zakochana beznadziejnie. Napisałam nawet o niej książkę.
Ale jednak widzę to co w stolicy jest złe i paskudne.
Widzę na przykład warszawskie koszmarki – czyli budynki, które powstały w dekadzie tandety i luksusu, czyli w latach 90-tych ubiegłego wieku.
Zaczęły one powstawać po roku 1989. Wtedy to firmy zaczęły budować swoje siedziby, sieci handlowe chciały sprzedawać swoje produkty w eleganckich centrach a banki poszukiwały oddziałów w prestiżowych lokalizacjach. Warszawa doskonale nadawała się do takiej zabudowy – Śródmieście pełne było pustych, niezabudowanych działek. Wiele tych nowych budynków było projektowanych przez cudzoziemców. Nie byli to projektanci wybitni, bo Polska nie jawiła się jako miejsce gdzie warto było realizować pomysły kosztownych architektonicznych gwiazd. Ale w naszym kraju witano z entuzjazmem wytęskniony „powiew Zachodu”. Więc akceptowano każdy projekt.
Przyznam, że na początku tych koszmarków nie zauważałam.
Dopiero gdy kolega umówił się ze mną w jednym z nich i napisał ,że spotkamy się w Kabinie Prysznicowej.
Pojęcia nie miałam o co mu chodzi.
Więc zapytał czy nie wiem gdzie jest największy na świecie Toi-toi. Bo to jest to samo.
A jak nadal nie wiedziałam to przesłał mi zdjęcie – to jest to zdjęcie na górze.
No faktycznie – nazwa pasuje do tego budynku. Prawda? A nazywa się on elegancko Reform Plaza.
Niedaleko Toi-Toi stoi sobie „Koszmar Sześciolecia”. Taką bowiem nazwę uzyskał oddany do użytku w 1995 roku „Hotel Sobieski”. Byłam tam kiedyś na eleganckim przyjęciu jakie jakaś znana niemiecka firma  wydawała dla swoich kontrahentów. W środku też był koszmar. I do dzisiaj jak tamtędy przejeżdżam do OFF-Teatru Krystyny Jandy to odwracam głowę w drugą stronę.

Beznadziejny jest też przysadzisty Curtis Plaza na Służewcu Przemysłowym. Był to pierwszy nowoczesny biurowiec w Warszawie. Okropny – prawda???

A ta siedziba Firmy Fuji też nie najlepsza. To taka współczesna parodia architektury Japonii.



Niestety, wiele jest w stolicy takich koszmarków. Trochę się pocieszam, że w innych stolicach też istnieją.

Dlatego tak często uciekam na Stare Miasto, Krakowskie Przedmieście, do Łazienek albo do Wilanowa.

niedziela, 24 czerwca 2018

Hybryda czy anegdota?

           
                                     /Zakopiańskie Krupówki w okresie miedzywojennym/
Malarz, pisarz, taternik, popularyzator Tatr Rafał Malczewski /syn Jacka Malczewskiego/ znał Zakopane bardzo dobrze. Pamiętał jego wiejskie oblicze z początku XX stulecia i splendor modnego kurortu lat trzydziestych. Tak o tej przedziwnej hybrydzie powstałej z przemieszania miejscowego żywiołu góralskiego z jego dorobkiem kulturalnym, z wysoką kulturą przybyszów, elit kulturalnych i twórczych z wszystkich trzech zaborów pisał w w 1935 roku w książce „Tatry i Podhale”:

„ Wraz z torem kolejowym kończy się i Polska i Europa i cały wielki świat – ot zaczyna się Zakopane, miejscowość przedziwna i urocza, jedyna na podhalańskiej ziemi, a może i na całym globie. Jakaż bowiem wioska podgórska potrafiła przez szereg lat skupiać to, co miał naród najlepszego? Były okresy, gdy promieniowała na całą Polskę natężonym życiem kulturalnym przybyszów – najświetniejszych umysłów i najbardziej gorejących serc. Zakopane rozrzucone po równinach i wzniesieniach, przeplatane chatami góralskimi, to znów wielkomiejskimi gmachami, tętni życiem stolicy i nędznej wioszczyny równocześnie. Pokrajane zaledwie kilkoma ulicami, niesfornie zabudowane, oddycha kryształowym powietrzem gór i smrodem samochodowej benzyny, tarza się w bagnach, to wspina na zbocza Antałówki i Gubałówki, zasypia w upalne dnie i znów drży pod batem halnego wiatru. Huczące autobusy rozganiają kierdele owiec, redykające do domu, wozy wyładowane plonem łąk i roli ciągną popod okna barów, kawiarni i dancingów zawodzących najmodniejszym tangiem. Nocami płoną elektryczne lampy, ponad nimi księżyc zielonym światłem rzeźbi grań Tatr. Rozlegają się dzikie wycia góralskie w obejściach paradnych hoteli, otoczonych szopami, w których pobekują owce. Wykwint i elegancja przelewa się chodnikami, obok zaś gazdowie rozrzucają gnój na ojcowskiej grzędzie. Wielkie jak wrota lustrzane szyby magazynów łowią męt i ruch uliczny, samochody, narciarzy, wołowatych sietniaków, seledynowe zachody słońca, nędze i wspaniałości ludzi i świata”.

Natomiast socjolog, publicysta, narciarz i bywalec Zakopanego Andrzej Ziemilski nazwał to miasto anegdotą. Tak pisał o nim w roku 1998 w swojej książce "Cud na Kasprowym":

„Zakopane jest anegdotą, opowieścią bez początku i końca, poskładaną mniej więcej tak, jak uskładane bywają drewniane ruskie zabawki-babuszki: bajecznie kolorowe, tkwiące jedna w drugiej, od maleńkich do ogromnych. Żadne miejsce w Polsce – może poza podkrakowskimi Bronowicami nie zostało obciążone takim natłokiem literackich symboli, znaków z pozoru tajemnych, a powszechnie uznanych i ważnych, taką koncentracją postaci z pogranicza jawy i mitu. Trudno byłoby spotkać gdziekolwiek na świecie tak regularnie wędrujące gromady ludzi twórczych i kabotynów, ludzi czynu i bezpłodnego marzenia, sportowców i pozujących na nich snobów, desperatów szukających tu zdrowie lub tylko ucieczki przed ostatnią z życiowych prób. Jasna Góra była przez wieki ludowym znakiem nadziei. Tu, pod Giewontem naród rozdarty zaborami i pozbawiony państwa stworzył swym elitom zastępczą, choć jedynie sezonową stolicę. Przetrwała do naszych czasów.”

Wydaje mi się, że zarówno "Zakopane-hybryda" jak i "Zakopane- anegdota" są określeniami bardzo trafnymi.

Wprawdzie nie ma już tego Zakopanego co dawniej ale….
No właśnie.
Jakie jest Wasze zdanie na temat dzisiejszego Zakopanego?
-------------------------------------------------------------------------------------
A niżej kosodrzewina. Ale nie w Tatrach, tylko na mojej działce pod Warszawą. Ale sadzonki ze szkółki podtatrzańskiej. Kosodrzewina ta ma juz 27 lat i w lecie chowają się w niej Szczerbate...albo babcia Stokrotka jak chce mieć "tatrzańsko - działkowy" spokój.

piątek, 22 czerwca 2018

Stolica Polesia

Przepraszam osoby, które znają ten tekst z poprzedniego blogu albo z książki "Nadal wariuję".


Kijowski mnich Nestor umieścił Pińsk w swojej kronice już w 1097 roku. Jednakże zapiski znalezione w prawosławnym monastyrze na przedmieściu Pińska, pozwalają sądzić, że gród istniał już za Włodzimierza Wielkiego, czyli w końcu X wieku. Ale to data 1097 jest oficjalnie uważana za datę założenia miasta.
Średniowiecze Pińska jest trudne do odtworzenia. Pewnym jest natomiast, że miasto datuje swój rozwój od przywileju Zygmunta Starego, który ofiarował je królowej Bonie. Ona to właśnie przeprowadziła w mieście szereg reform administracyjnych i gospodarczych.
W wieku XVI Pińsk był dużym miastem z drewnianym zamkiem, 16-ma cerkwiami prawosławnymi, kościołem z klasztorem i synagogą. Splendorem w Wielkim Księstwie Litewskim ustępował tylko stolicy – Wilnu i płacił do skarbu państwa takie same podatki jak Połock, Grodno i Kijów.
Miasto słynęło ze swoich mistrzów: rusznikarza Waśki Bakunowicza, rzeźbiarza Annaniusza i malarza Nawosza.
Najbardziej znanym wyrobem pińskim tamtej epoki były wyroby ze specjalnie wyrobionej skóry koziej na wzór safianu, zwanej „usmija”.
W 1581 roku król Stefan Batory nadał Pińskowi prawa magdeburskie i zatwierdził herb miasta – na czerwonym polu złoty łuk ze strzałą.



W XVII wieku w Pińsku powstało wiele murowanych budowli. Z polecenia starosty Albrechta Stanisława Radziwiłła wzniesiono klasztor jezuicki z kolegium i majestatycznym /najwyższym w Wielkim Księstwie Litewskim/ kościołem św. Stanisława. Uczniem tego kolegium był m.inn. Adam Naruszewicz. 

Potem wzniesiono Wielką Synagogę, karoliński zamek Wiśniowieckich, zespoły klasztorne franciszkanów, dominikanów i bernardynów.
Staraniem sławnych: miecznika Mateusza Butrymowicza – starosty pińskiego i sędziego grodzkiego oraz hetmana Michała Kazimierza Ogińskiego - zostały wytyczone Kanały – Królewski /Dniepr-Bug/ i Ogińskiego, co zwiększyło znaczenie Pińska jako bazy przeładunkowej towarów. Widząc niewątpliwe sukcesy mieszkańców w handlu solą, Józef Kraszewski porównał Pińsk do siwowłosego starca siedzącego na workach z solą u zbiegu rzek i kanałów i mocno trzymającego w rękach sakwę pełną pieniędzy.
Mijały wieki. Miasto płonęło, obracało się w ruinę, ale też się z tej ruiny podnosiło.
Potem wybuchła I wojna światowa i w styczniu 1919 r. do opuszczonego przez Niemców Pińska weszła Armia Czerwona. W kwietniu tego samego roku utworzono słynną Flotyllę Pińską, która stała się częścią polskiej Marynarki Wojennej. Odegrała ona wielką rolę w późniejszych walkach, rozbijając radziecką Flotyllę Dnieprzańską w bitwie pod Czarnobylem.
Po podpisaniu pokoju ryskiego w marcu 1921 r. w części Polesia przyznanego Polsce rozpoczęto organizację władz. Powstało województwo poleskie, największe z województw II Rzeczypospolitej.
A na stolicę wybrano Pińsk. Jednakże wielki pożar, który wybuchnął wkrótce w mieście i zniszczył 1/3 zabudowań – spowodował, że stolicę przeniesiono do Brześcia. Tym samym Pińsk spadł do rangi miasta powiatowego.
Międzywojenny Pińsk odzyskał jednak rolę wielkiego węzła dróg wodnych. Sercem Pińska była ożywiona przystań nad Piną, oraz pobliski plac targowy przed kościołem jezuickim. Pińskie targi także odzyskały dawny blask. Pięknie o nich pisał Józef I .Kraszewski, a także związany z tym miastem słynny torfoznawca prof. Stanisław Tołpa.
Druga wojna w Pińsku rozpoczęła się niemieckim nalotem 9 września.
 A 17 września nastąpił niespodziewany atak Armii Czerwonej.
W 1953 r. najsłynniejszy w Pińsku kościół został wysadzony w powietrze. Pozostało tylko stojące przy nim Kolegium Jezuickie /na pierwszym zdjęciu od góry w środku/, w którym znajduje się obecnie Muzeum Polesia Białoruskiego. 

W muzeum tym znajduje się drewniany rower, a także wiele innych niezmiernie ciekawych eksponatów związanych z życiem codziennym mieszkańców tej ziemi czyli Poleszuków - np. słynne łapcie z łyka. W krypcie tego muzeum znajdują się szczątki jezuickiego mnicha św. Andrzeja Boboli, który w tym mieście został zamordowany przez kozaków.
Pozostał na szczęście w Pińsku przepiękny klasztor i kościół Franciszkanów, mieszczący w swoich murach m. inn. wartościowe płótno A. Romera „Pińska Madonna”. W klasztorze znajduje się reaktywowane po latach Seminarium Duchowne im. Tomasza z Akwinu.

W mieście pozostało trochę śladów polskości. Istnieje też do dziś słynne męskie Gimnazjum Polskie. Ukończyło go wiele znanych osób.
Gdy podeszliśmy do budynku gimnazjum jeden ze starszych panów, uczestników naszej wycieczki bardzo się wzruszył. Okazało się, że urodził się w Pińsku i właśnie do tego gimnazjum uczęszczał. Musieliśmy otoczyć szczególną opieką tego pana, bo był już w bardzo podeszłym wieku a nie przypuszczał, że widok jego "starej budy" tak go rozczuli.
Na wielu słupach i starych budynkach na jednej z głównych ulic miasta /była to ul. Lenina, mimo że był to rok 2007/ widać było wyzierające spod tynków polskie napisy. 

Na tej samej ulicy znajduje się też bardzo stara restauracja pod nazwą „Szlachta Pińska”. Zajrzeliśmy do niej z zainteresowaniem.

Ale Pińsk to przede wszystkim rzeka Pina, a także większa Prypeć. Trudno opisać ich urodę, są właściwie całkowicie dzikie.

Płynęliśmy statkiem po Pinie i Prypeci. Brzegi były całkiem dzikie, nie widać było żadnych domów, słupów telegraficznych, żadnych oznak cywilizacji. Była całkowita cisza i mnóstwo zieleni. Czuliśmy jakbyśmy się przenieśli w poprzednie wieki.

W Pińsku urodził się i spędził 8 pierwszych lat życia Ryszard Kapuściński. Na domu jego dzieciństwa na dawnej ul. Błotnej jest zamieszczona tabliczka informująca o tym.
Swoje wspomnienia z dzieciństwa w Pińsku zawarł Ryszard Kapuściński w książce „Imperium”.
A w czasie retrospektywnej wizyty w tym mieście na parę lat przed śmiercią słynny reporter  podobno zaczepiał ludzi starszych i pytał czy może byli uczniami jego rodziców i czy pamiętają go jako małego chłopca.
Chciał wrócić do tego miasta aby napisać książkę tylko o nim.
Ale już nie zdążył.


środa, 20 czerwca 2018

Cytaty z "Lapidarium VI"

Wszystkim osobom, które wypowiedziały się pod moim poprzednim tekstem serdecznie dziękuję.



Co pewien czas wracam do książek Ryszarda Kapuścińskiego.
Ostatnio w „Lapidarium VI’ znalazłam takie słowa: Cytuję:

Coraz bardziej dominuje praktyczne podejście do książki: ludzie szukają w niej informacji – encyklopedycznej, językowej, podróźniczej.
Tymczasem najbardziej napracowałem się nad opisem cienia, które rzuca drzewo, nad opisem milczenia rzeki, która płynie przez Saharę. Ale na te obrazy krytycy nie zwracają uwagi. Ich interesuje polityka, socjologia, gospodarka”.

I jeszcze drugi cytat:

"Młodzi ludzie często nie wiedzą czym jest literatura, najwyraźniej ich tego nie uczą. Oto relacja z matur w "Gazecie Wyborczej z 7 maja 2003. Maturzyści - którzy liczyli na pewniaki po wczorajszym pisemnym w polskiego znowu się zawiedli. Miało być o terroryzmie i o wojnie. Pudło. - A gdzie Unia Europejska" - kręcili nosami maturzyści"
Jakaż to smutna pomyłka. Dlaczego nie mówi się im, że literatura i wiadomości dziennika telewizyjnego to są różne rzeczy? Że literaturą jest piękno poezji Norwida, mądrość  "Czarodziejskiej góry" Manna, głębia dramatów Szekspira, a nie komunikaty z frontu wojny irackiej czy paragrafy umowy z Unią Europejską?

"Lapidarium VI” zostało wydane w 2007 roku, a powstało z pewnością parę lat wcześniej.
Czyli… już wtedy ... już wtedy tak było.

Dla pocieszenia dla wszystkich tych którym bliższy jest "ten cień" i "to milczenie rzeki" …. ta majowa łąka.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Przyznam się, że dwóch książek nie czytałam



Ostatnio w Onecie ukazał się tekst pt: „15 książek, które trzeba przeczytać przed śmiercią”. Oto one:

1. „Mały książę” - Antoine de Saint – Exupery.
To chyba książka mojego życia. Nie wiem czy przeczytałam ją sto czy pięćset razy. Mogę czytać zawsze i wszędzie. A właściwie to nie muszę jej czytać, bo znam ją na pamięć.

2.”Sto lat samotności” - Gabriel Garcia Marquez
Przeczytałam jeden raz. Zapamiętałam wiele zdań. Na przykład takie: „Człowiek nie należy do żadnej ziemi, póki nie ma w niej nikogo ze swoich zmarłych”.

3.”Dziennik Anny Frank” - Anne Frank
Akurat wkraczałam w dorosłe życie, gdy sięgnęłam po tę książkę. Byłam przerażona, chodziłam jak błędna, podobno do wielu osób się nie odzywałam. Nigdy do tej książki już nie wróciłam, bałam się tego smutku, który mnie potem otoczy…

4.”Jądro ciemności” Joseph Conrad.
Pamiętam, że po przeczytaniu tej książki długo płynęłam jeszcze statkiem po Tamizie słuchając opowieści Marlowe o straszliwym zjawisku jakim jest kolonializm. Zaczęłam nawet przyglądać się swoim rysom i skórze i zastanawiać się czy nie jestem przypadkiem "rdzenną mieszkanką Afryki".

5. „Mistrz i Małgorzata” Michaił Bułhakow.
Czytałam tę książkę wiele razy. Z wielu powodów. Nie tylko z zachwytu, ale także z powodu niezrozumienia wielu symboli a także z powodu wielu zawarthych w niej niedopowiedzeń. O tej książce wiele razy rozmawiałam z mądrzejszymi od siebie. I oni też mieli odwagę przyznać się, że nie wszystko było dla nich jasne.

6. „Zabójstwo Rogera Ackroyda” - Agatha Christie
Tej książki nie czytałam, chociaż jest to podobno wspaniały kryminał. Nie uważam kryminałów za książki wartościowe, chociaż Agatha Christie uważana jest za brytyjską królową kryminału. I zapewne na ten tytuł zasługuje.

7. „Dżuma” - Albert Camus
To była /o ile pamiętam/ lektura obowiązkowa w czasie gdy uczęszczałam do liceum. Nie mogłam jej nie przeczytać i nie napisać potem bardzo dobrego wypracowania. Historia zadżumionego miasta Oran zawsze mi się kojarzyła z naszym Zakopanem w którym wybuchła cholera za czasów doktora Chałubińskiego /w 1873 roku/. I z tym jak różnie ludzie podchodzą do spraw najtrudniejszych.

8. „Proces” Franz Kafka
Oczywiście, że czytałam. Tylko raz, ale to mi zupełnie wystarczyło. Książka o rodzącym się totalitaryzmie, o bezpodstawnym oskarżeniu niewinnego człowieka o czyn, którego nie popełnił jest bardzo trudna do czytania.

9.”Umiłowana” Toni Morisson
Nie czytałam tej książki. Mówi się, że jest doskonała chociaż przerażająca. Jak może bowiem nie przerazić opowieść o dziewiętnastowiecznej afroamerykańskiej niewolnicy, która zabija swoją córkę tylko dlatego  aby nie powtórzyła ona kiedyś jej losu…?
A więc z pewnością przeczytam.

10. „Jeden dzień Iwana Denisowicza i inne opowiadania” Aleksander Sołżenicyn.
Czytałam raz i więcej do tej książki nie wrócę. Niezwykły realizm opisu jednego dnia więżniów sowieckiego łagru spowodował, że sama poczułam się więżniarką…

11. „Sklepy cynamonowe” Bruno Schulz
Można powiedzieć, że tę książkę też znam na pamięć. Chodziłam nawet jej śladami po Drohobyczu. Pisałam o tym w tekście „Drohobycz” w dn. 4 czerwca br.

12. „Doktor Żywago” Borys Pasternak
Książka o podróży po Rosji i jej historii, o podróży w głąb człowieka i o miłości urzekła mnie chyba tak jak i wszystkich, którzy ją przeczytali.

13.”Zabic drozda” Lee Harper
To też książka o rasizmie. Wywarła na mnie wielkie wrażenie, tym bardziej, że gdy ją czytałam byłam bardzo młoda.

14. „Makbet” William Shakespeare
Nie wyobrażam sobie, że ktoś tej książki nie zna. To jest moralny obowiązek aby ją znać i wyciągnąć z niej wnioski.

15. „Folwark zwierzęcy” George Orwell
Zaraz jak tę książkę przeczytałam zrozumiałam na przykład dlaczego tak wiele osób mówi: „Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze od innych”.
No i z tymi „zwierzętami” to zawsze tak było…


Napiszecie które z tych książek wywarły na Was największy wpływ???
Z góry Wam dziękuję.
A w prezencie dla Was wszystkich ten bukiecik kwiatów polnych.

sobota, 16 czerwca 2018

I znowu ..... Miasteczko


Tym razem postanowiłam iść śladami Świętych.
       
Podjęłam taką decyzję patrząc na Świętego Krzysztofa, który według podań był olbrzymem sięgającym 4 metrów wzrostu. Był też bardzo silny więc przenosił pielgrzymów przez rzekę. Według legend zapadł się w dno rzeki pod ciężarem Dziecka. Zdziwiony usłyszał wówczas, że przenosił cały Swiat i tego który go stworzył.
Jest patronem mostów, przewoźników, kierowców i żeglarzy. Został przepięknie wyrzeżbiony na jednej z kamienic Przybyłów w Rynku.

A na kamienicy obok jest płaskorzeźba przedstawiająca tego Świętego, którego najbardziej lubią dzieci. To Święty Mikołaj. Był przedmiotem wielu legend. Najbardziej znana to ta, gdzie przedstawiony jest jako człowiek, który będąc bardzo bogatym zdecydował się poświęcić swój majątek na działalność charytatywną. I zaczął przynosić prezenty…

O Świętym Franciszku to właściwie wiadomo wszystko. Też pochodził z bogatego rodu. I jako młodzieniec prowadził beztroskie życie. Przełom nastąpił po walkach i krótkiej niewoli w Peruggi. Wtedy postanowił własnymi rekami odrestaurować kilka kościołów i zaczął żyć w ubóstwie. Pokochał zwierzęta i ptaki. Papież Jan Paweł II ogłosił go patronem ekologów. Stoi sobie w ogrodzie Klasztoru oo. Reformatów.

A Święty Antoni to patron osób i rzeczy zaginionych. Zasłynął ze wspaniałych kazań, w czasie których dokonywały się cuda. W Klasztorze oo. Reformatów znajduje się ołtarz z 1770 roku z obrazem Św.Antoniego.

Święta Anna – jak wiadomo była Matką Matki Boskiej. Pochodziła z królewskiego rodu Dawida. Otrzymała staranne wychowanie. Jej mężem był Joachim. Przez 20 lat małżonkowie nie mieli potomstwa. Dopiero mając 45 lat Anna urodziła córkę, której nadano imię Maryja.
W kościele Św.Anny w ołtarzu głównym znajduje się obraz przedstawiający Św.Annę z Panem Jezusem i Matką Boską.

Św.Maria Magdalena to jedna z dwóch Marii, które zastały pusty grób Jezusa. Gdy ukazał się jej Chrystus jako ogrodnik to pierwsza powiedział apostołom że On żyje.
W Kościele farnym /tym, który góruje nad Rynkiem/ w jednej z naw jest obraz, na którym Św.Maria Magdalena w towarzystwie aniołów stoi nad pustym grobem Jezusa.

Św. Jan Chrzciciel jak wiadomo ochrzcił Jezusa. Zaraz potem został ścięty na skutek spisku żony faraona. W kościele farnym w Miasteczku znajduje się pochodząca z 1587 roku kamienna chrzcielnica pokryta polichromią. Związana jest z warsztatem Santi Gucciego z Florencji, słynnego architekta i rzeźbiarza.

Kaplica Borkowskich i Witkowskich w Farze została ufundowana przez Elżbietę, córkę Jana Kochanowskiego z Czarnolasu. Jest to póżnorenesansowa kaplica o kolebkowym sklepieniu. Znajduje się w niej drewniany ołtarz z Chrystusem na krzyżu.

Jest jeszcze w Miasteczku wiele kapliczek i krzyży przydrożnych. I piękna biała postać Matki Boskiej stojąca pod Zamkiem.

-----------------------------------------------------------------------
A na koniec poszłam na Górę Trzykrzyską aby popatrzeć na świętość jaką jest dla mnie całe Miasteczko.


czwartek, 14 czerwca 2018

Znak jakiś chyba...


To było tak:
Dwa lata temu mój Pytalski czyli wtedy 7 letni młodszy wnuk powiedział:
- Babciu – mamy na działce tyle różnych ptaków. Mówiłaś że są sójki, kosy, słowiki, skowronki, pliszki, różne wróbelki, dzięcioły. Ale nie mamy przecież gołębi.
- Bo gołębie to tylko w miastach żyją – odpowiedziałam.
- To może – zaczął myśleć na głos Pytalski – kupimy sobie jakąś figurkę gołębia i przyczepimy go na dachu domku albo na którymś drzewie. I może jakiś prawdziwy gołąb go tam zobaczy i do niego przyleci. I założą rodzinę – taką na niby… no wiesz….
I kupiliśmy białego gołębia.
I postawiliśmy go pod drzewem wśród paproci i bukszpanu. Tylko na zimę zabieraliśmy go do domku.

Gdy parę dni temu wchodziłam na działkę przeleciało mi coś nad głową.
I usiadło na tym właśnie drzewie. Tuż nad tym białym sztucznym gołębiem.
Podeszłam ostrożnie, wyjęłam komórkę…
I udało mi się zrobić zdjęcie temu ptakowi. A on wcale się nie wystraszył. Siedział  spokojnie i spoglądał z góry raz na mnie a raz na tego sztucznego gołębia... Po pewnym czasie zaczął latać nad działką... I znowu usiadł w tym samym miejscu na gałęzi.
No i nie wiem czy to był sen, czy jawa. No ale we śnie nie mogłabym zrobić zdjęcia temu ptakowi.


Przyjrzyjcie się dokładnie. To jest biały gołąb.
Jak myślicie? Będą z tej pary dzieci???

A może to jest jakiś znak? Tylko nie mówcie, że zły… bo ostatnio miałam dużo stresów i chorób.

wtorek, 12 czerwca 2018

Piękna i utalentowana góralka


Nazywała się Helena Roj i pochodziła ze starego i utalentowanego zakopiańskiego rodu Gąsieniców-Rojów. Ukończyła szkołę powszechną i słynną założoną w Zakopanem przez Helenę Modrzejewską Szkołę Koronczarską. Mając 18 lat napisała pierwsza  sztukę pt:"Janosik". Zaraz potem zorganizowała zespół aktorski, który z tą sztuką dał ponad 100 przedstawień w całej Polsce.
W 1921 roku poznała w Warszawie pisarza Mieczysława Kozłowskiego, znanego lepiej pod pseudonimem Rytard. I chociaż jej ojciec przestrzegał ją mówiąc „Aniś Ty dla Pana, ani Pon dlo Tobie” to w dniu 24 kwietnia 1923 roku w izbie starej chałupy na Rojach odbyło się słynne wesele. Na weselu grała najlepsza muzyka Podhala – na prymie sam mistrz Bartuś Obrochta, stryjeczny dziadek panny młodej, na sekundzie dwaj jego synowie, a na basach Stanisław Szczepaniak-Bańscorz. Drużba weselny i pierwszy tancerz Podhala Wojciech Wawrytko śpiewał przed muzyką. Drugi drużba nie tańczył, siedział pod ścianą zasłuchany w Bartusiowe granie. Był to Karol Szymanowski. Z powodu tego wesela odłożył wyjazd do Darmstadu na premierę swojej opery „Hagigh”.
Za stołami siedzieli goście, bliżsi i dalsi krewni, sąsiedzi, stare góralskie rody: Bachledy, Gąsienice, Krzeptowscy, Sobczaki, Stopki. I goście niezwykli – ze świata. Siedzieli między Rojami a Krzeptowskimi: pani Iza Kozłowska, matka pana młodego, znana aktorka scen polskich, artyści Zofia i Karol Stryjeńscy, pisarz Jarosław Iwaszkiewicz z żoną Anną, która na tę okazję włożyła góralski strój, rzeźbiarz August Zamojski, muzykolodzy Adolf Chybiński i Stanisław Mierczyński. Byli  też: dyrektor Muzeum Tatrzańskiego Juliusz Zborowski i redaktor „Skamandra” Mieczysław Grydzewski, z Kozińca przyszedł Jan Gwalbert Pawlikowski, w kącie rozsiadł się Witkacy, a obok niego jakiś zagubiony Francuz, który nie wiadomo skąd się wziął.
Kolejni tancerze wybiegali przed muzykę, wirowały kwieciste spódnice, góralski śpiew niósł się het za potok o nazwie Cicha Woda i odbijał echem od brzyzków Gubałówki. Panna młoda była w staroświeckim góralskim ubraniu, pan młody we fraku. Para jak z „Wesela” Wyspiańskiego. Goście też „z Wyspiańskiego”. Dymiły głowy od tańca i wódki, chłopy chwytali za ciupagi i brali się do bitki, aż ojciec panny młodej wkroczył z dubeltówką na środek izby…

O weselu pięknej i utalentowanej Heleny Roj i Mieczysława Rytarda rozpisywał się po trzech dniach Warszawski Kurier.
A Jarosław Iwaszkiewicz pisał, że wesele to było „jednym barwnym obrazem”,
Z kolei Adolf Dygasiński tak zapamiętał tamtą weselną noc: „Nie wiadomo było, czy patrzeć, czy słuchać. Jedno dopełniało drugie. Czekaliśmy aż podłogi zawalą się pod uderzeniami tanecznej burzy, aż się rozstąpią ściany. Jak oni tańczyli!!! W jak pięknych formach. Nie na pokaz – z ochoty i namiętności ujętej w nieskazitelnie piękne linie i ruchy”.

Rytardowie zamieszkali w Zakopanem, za Strugiem, spędzali też sporo czasu w Warszawie. Pod Tatrami prowadzili góralski teatr. Piękna i utalentowana Helena współtworzyła libretto do „Harnasiów” Szymanowskiego.

W 1925 roku wyjechali na Wystawę Sztuki Dekoracyjnej do Paryża. Razem napisali trzy powieści: „Koleba na Hliniku” „Wilczur z Prohyby” i „Na białej grani”. Helena zagrała główną rolę w filmie „Dzień wielkiej przygody” Józefa Lejtesa w roku 1935.

Spełniły się niestety słowa ojca Heleny i małżeństwo rozeszło się po  kilku latach. Już po separacji piękna i utalentowana góralka wydała obrazek sceniczny „Podhale” i poświęciła się wielu dziedzinom sztuki a przede wszystkim malarstwu na szkle. Jej obrazki na szkle zdobią sale Muzeum Tatrzańskiego przy Krupówkach w Zakopanem.

Jej syn Jan Gąsienica-Roj został znanym ratownikiem tatrzańskim.

Piękna i utalentowana góralka od lipca 1955 roku spoczywa na Pęksów Brzyzku w Zakopanem.

Głównym źródłem informacji do w/w tekstu były dla mnie „Kroniki Zakopiańskie” Macieja Krupy. 


niedziela, 10 czerwca 2018

.Z życia wzięte czyli ...Gródek Jagielloński

Przepraszam, ale znowu "odkurzam" stary tekst. Tekstem tym zaczyna się moja książka pt: "Zwariowałam"

Rozmowa z Mamą sprzed wielu lat:
-------------------------------------------
- A skąd wy się tam wzięliście?
- Jeszcze przed wybuchem wojny wasz ojciec dostał pracę w kościele w Gródku Jagiellońskim koło Lwowa. Bo przecież do września 1939 to tam była Polska. Mieliśmy zaraz pojechać ale wkroczyli Niemcy, potem Rosjanie. W końcu przyszło pismo, że będziemy mieszkać tuż przy rynku w ładnym domku. I żebyśmy się nie bali bo nic nam się nie stanie. Więc pojechaliśmy w lutym 1943 roku.
- No i nic się nie stało.
- Ale to chyba cudem jakimś. Mieszkaliśmy naprzeciwko posterunku Gestapo. Ale Niemcy byli wtedy w stosunku do nas w porządku, przychodzili i rozmawiali z nami. Oni jednak cenili sztukę. Było kilku takich buców, ale komendant był na poziomie. I chyba uratowało nas to, że znaliśmy dość dobrze niemiecki.
Wasz ojciec spędzał całe dnie w kościele po drugiej stronie rynku. Rzeźbił tam Św. Jacka i Św. Jakuba i anioły do ołtarza głównego.
Byłam w ciąży z twoją siostrą. Któregoś dnia, a był to maj usłyszałam okropne krzyki i na rynku pojawili się Żydzi. Wypędzili ich Niemcy z getta. I na moich oczach, tuż przed oknem zaczęli do nich strzelać. Zlikwidowali tego dnia podobno wszystkich Żydów w Gródku Jagiellońskim. Wasz ojciec nie mógł wrócić na noc do domu bo nie mógł przejść przez rynek. Byłam sama, bałam się że zacznę rodzić. Modliłam się, aby przyszli do mnie do domu i też mnie zabili. A wasz ojciec wrócił dopiero po dwóch dniach. Nie chciał go wypuścić z kościoła polski ksiądz. Przyszedł jak już rynek był pusty.
Twoja siostra urodziła się dwa miesiące później. Przeżyliśmy tam jeszcze jesień i zimę i na początku 1944 roku wróciliśmy do Rzeszowa. A przedtem to jeszcze Ukraińcy zaprosili nas do siebie na wieś na wesele czy chrzciny, już nie pamiętam. Byli bardzo gościnni. I mimo, że była wojna i nie było co jeść, to stoły były pełne. Był straszliwy mróz, myślałam, że mi dziecko zamarznie. Ale Ukraińcy dali nam jakieś pierzyny, którym je owinęłam i tak na wozie wróciliśmy do domu.
- To nie byli do was wrogo nastawieni?
- Byli. Wiesz, otoczyli cały dom w którym byliśmy goszczeni. Stali przy płocie, zaglądali przez okna. A jak odjeżdżaliśmy tą furmanką to tylko stali w ciszy i patrzyli spode łba. Byłam przerażona, myślałam, że nas zaczną „ rezać.” Ale wasz ojciec mi mówił, że nas nie ruszą bo on i jego kolega wyrzeźbili im świętych w kościele.
------------------------------------------------------------------------------
Wydarzenie z sierpnia 2004 roku:
----------------------------------------------------
Po drodze z Przemyśla do Lwowa autobus zatrzymał się na rynku w Gródku Jagiellońskim, który jest teraz Gorodkiem. Kierowca ogłosił 20- minutową przerwę.
Wyszłam z autobusu i podeszłam do drzwi starego XV wiecznego kościoła. Zobaczyłam tablicę z napisem w języku polskim i ukraińskim: „W hołdzie Władysławowi Jagielle – 1386-1434 Wielkiemu Księciu Litewskiemu Królowi Polskiemu, którego serce tu spoczywa”.
Przypomniałam sobie jak w dzieciństwie mama opowiadała mi, że Władysław Jagiełło zmarł w Gródku Jagiellońskim, w trakcie słuchania słowików.
Weszłam do kościoła. Odszukałam figury świętych i aniołów w ołtarzu głównym.
Patrzyłam na rzeźby, które stworzył mój ojciec na długo przed tym zanim się urodziłam.
- A pani to chyba nie tutejsza? – zapytał mnie ktoś po polsku. Stał za mną polski ksiądz. – Pewnie do Lwowa pani jedzie.? No tak, tu mało kto zagląda. A szkoda, bo historia tego miasta jest bardzo bogata. I jest ono bardzo stare.
Przeprosiłam i wyszłam. Nie chciałam, żeby widział, że płaczę.

-------------------------------------------------------------------------------------
P.S. W książce pt: "Kresy. Piękno utracone"do której wstęp napisał Jan K.Ostrowski znalazłam informację, że przebudowywany wiele razy kościół /wraz z klasztorem/w którym znajduje się serce Władysława Jagiełły został ostatnio pieczołowicie odnowiony i zajmują go obecnie greckokatoliccy studyci.

piątek, 8 czerwca 2018

Chyba zrozumiałam...

Tak mi urosły drzewa na działce. Jak je sadziłam to miały najwyżej 40 cm.

Skończyłam czytać książkę pt: „Czy Bóg przebaczy siostrze Bernardetcie”? Napisała ją Justyna Kopińska – ta sama pisarka, którą poznałam osobiście gdy byłam na promocji jej książki pt: „Z nienawiści do kobiet”. Pisałam o tym w dn. 10 marca 2018.
Książka jest o przemocy jakiej poddawane są w zakonach sieroty i dzieci z rodzin patologicznych. Tu konkretnie autorka pisze o zakonie sióstr boromeuszek w Zabrzu, które to siostry z opiekunek dzieci przeobraziły się w instytucję oprawców pełnych okrucieństwa. Znęcały się nad dziećmi fizycznie i psychicznie. Dzieci były więzione, bez przerwy bite, obrażane, straszone, przykuwane do kaloryferów, molestowane i gwałcone.
W książce kilkakrotnie stawiane jest pytanie instytucjom i konkretnym osobom, które wiedziały o tym co dzieje się za murami tego koszmarnego obozu… bo innych słów nie można użyć.
Autorka pyta dlaczego skoro wiedziały o tym koszmarze przez lata nic nie zrobiły.
Odpowiedź zawsze była taka sama:
To grzech śmiertelny donosić na osoby duchowne”.
Więc chyba zrozumiałam. Dlatego ukrywana jest pedofilia księży i przemoc sióstr zakonnych.
Nie!!!!Nadal nic nie rozumiem.!!!!

P.S. Nie czytajcie tej książki. Bo i tak nie uwierzycie... A jak uwierzycie to wpadniecie w depresję...
P.S. Mój znajomy poeta /ten zza działkowego płotu/ jako całkowity sierota spędził dzieciństwo u sióstr zakonnych pod Warszawą. Mówił mi, że był przez nie bez przerwy bity i poniżany. To on pożyczył mi tę książkę...Przeczytałam ją i poszłam jeszcze tej samej nocy podziwiać gwiazdy.... A potem użarł mnie ten trzmiel. Taka była kolejność...

Ciągle siedzimy...

1. Przeciętna osoba dorosła aż 90% czasu wolnego spędza w fotelu lub na kanapie. 2. Przy siedzeniu prosto nasz kręgosłup podlega sile o ...