niedziela, 10 czerwca 2018

.Z życia wzięte czyli ...Gródek Jagielloński

Przepraszam, ale znowu "odkurzam" stary tekst. Tekstem tym zaczyna się moja książka pt: "Zwariowałam"

Rozmowa z Mamą sprzed wielu lat:
-------------------------------------------
- A skąd wy się tam wzięliście?
- Jeszcze przed wybuchem wojny wasz ojciec dostał pracę w kościele w Gródku Jagiellońskim koło Lwowa. Bo przecież do września 1939 to tam była Polska. Mieliśmy zaraz pojechać ale wkroczyli Niemcy, potem Rosjanie. W końcu przyszło pismo, że będziemy mieszkać tuż przy rynku w ładnym domku. I żebyśmy się nie bali bo nic nam się nie stanie. Więc pojechaliśmy w lutym 1943 roku.
- No i nic się nie stało.
- Ale to chyba cudem jakimś. Mieszkaliśmy naprzeciwko posterunku Gestapo. Ale Niemcy byli wtedy w stosunku do nas w porządku, przychodzili i rozmawiali z nami. Oni jednak cenili sztukę. Było kilku takich buców, ale komendant był na poziomie. I chyba uratowało nas to, że znaliśmy dość dobrze niemiecki.
Wasz ojciec spędzał całe dnie w kościele po drugiej stronie rynku. Rzeźbił tam Św. Jacka i Św. Jakuba i anioły do ołtarza głównego.
Byłam w ciąży z twoją siostrą. Któregoś dnia, a był to maj usłyszałam okropne krzyki i na rynku pojawili się Żydzi. Wypędzili ich Niemcy z getta. I na moich oczach, tuż przed oknem zaczęli do nich strzelać. Zlikwidowali tego dnia podobno wszystkich Żydów w Gródku Jagiellońskim. Wasz ojciec nie mógł wrócić na noc do domu bo nie mógł przejść przez rynek. Byłam sama, bałam się że zacznę rodzić. Modliłam się, aby przyszli do mnie do domu i też mnie zabili. A wasz ojciec wrócił dopiero po dwóch dniach. Nie chciał go wypuścić z kościoła polski ksiądz. Przyszedł jak już rynek był pusty.
Twoja siostra urodziła się dwa miesiące później. Przeżyliśmy tam jeszcze jesień i zimę i na początku 1944 roku wróciliśmy do Rzeszowa. A przedtem to jeszcze Ukraińcy zaprosili nas do siebie na wieś na wesele czy chrzciny, już nie pamiętam. Byli bardzo gościnni. I mimo, że była wojna i nie było co jeść, to stoły były pełne. Był straszliwy mróz, myślałam, że mi dziecko zamarznie. Ale Ukraińcy dali nam jakieś pierzyny, którym je owinęłam i tak na wozie wróciliśmy do domu.
- To nie byli do was wrogo nastawieni?
- Byli. Wiesz, otoczyli cały dom w którym byliśmy goszczeni. Stali przy płocie, zaglądali przez okna. A jak odjeżdżaliśmy tą furmanką to tylko stali w ciszy i patrzyli spode łba. Byłam przerażona, myślałam, że nas zaczną „ rezać.” Ale wasz ojciec mi mówił, że nas nie ruszą bo on i jego kolega wyrzeźbili im świętych w kościele.
------------------------------------------------------------------------------
Wydarzenie z sierpnia 2004 roku:
----------------------------------------------------
Po drodze z Przemyśla do Lwowa autobus zatrzymał się na rynku w Gródku Jagiellońskim, który jest teraz Gorodkiem. Kierowca ogłosił 20- minutową przerwę.
Wyszłam z autobusu i podeszłam do drzwi starego XV wiecznego kościoła. Zobaczyłam tablicę z napisem w języku polskim i ukraińskim: „W hołdzie Władysławowi Jagielle – 1386-1434 Wielkiemu Księciu Litewskiemu Królowi Polskiemu, którego serce tu spoczywa”.
Przypomniałam sobie jak w dzieciństwie mama opowiadała mi, że Władysław Jagiełło zmarł w Gródku Jagiellońskim, w trakcie słuchania słowików.
Weszłam do kościoła. Odszukałam figury świętych i aniołów w ołtarzu głównym.
Patrzyłam na rzeźby, które stworzył mój ojciec na długo przed tym zanim się urodziłam.
- A pani to chyba nie tutejsza? – zapytał mnie ktoś po polsku. Stał za mną polski ksiądz. – Pewnie do Lwowa pani jedzie.? No tak, tu mało kto zagląda. A szkoda, bo historia tego miasta jest bardzo bogata. I jest ono bardzo stare.
Przeprosiłam i wyszłam. Nie chciałam, żeby widział, że płaczę.

-------------------------------------------------------------------------------------
P.S. W książce pt: "Kresy. Piękno utracone"do której wstęp napisał Jan K.Ostrowski znalazłam informację, że przebudowywany wiele razy kościół /wraz z klasztorem/w którym znajduje się serce Władysława Jagiełły został ostatnio pieczołowicie odnowiony i zajmują go obecnie greckokatoliccy studyci.

30 komentarzy:

  1. Piękne są te Twoje opowieści...ksiądz nie wiedział, że mentalnie to byłaś tutejsza, jak najbardziej:-)
    A o czym będzie kolejna książka?

    OdpowiedzUsuń
  2. Kształtują nas nie tylko miejsca, po których chodzimy ale również te przekazane nam w kroplach krwi rodzinnej. To dzięki temu jesteśmy kim jesteśmy. I kiedy postawimy kroki na śladach pozostawionych przez naszych przodków przynależymy do miejsc, zdarzeń i historii. Nasze serce zawsze wtedy śpiewa tęsknotą wspomnień...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięknie to napisałaś Poetesso...
      :-)

      Usuń
  3. Znam ten tekst dobrze, a jednak znowu się wzruszyłem.
    Dobrze że zmieniłaś na 1 osobę liczby pojedyńczej. Zrobiło się wszystko jasne i klarowne.
    Pozdrawiamy Cię serdecznie

    Marek z dziewczynami

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już do książki powinnam była zmienić.
      :-)

      Usuń
  4. Wzruszajacy tekst i poruszający,dziekuje, pozdrawiam Malgosia.

    OdpowiedzUsuń
  5. A "odkurzaj sobie" co chcesz...Dobrych tekstów nigdy dosyć !! ;o)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To mówisz żeby od czasu do czasu coś odkurzyć???
      :-)

      Usuń
  6. Pamiętam tę opowieść...

    OdpowiedzUsuń
  7. Wzruszające.

    Pozdrawiam Stokrotko

    Ela

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama się wzruszam jak to sobie przypominam.
      :-)

      Usuń
  8. Gdzie można kupić tę książkę? :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko u mnie. Jesteś zainteresowana? Jeśli tak to napisz do mnie na adres: rusinowa@op.pl

      Usuń
  9. Przesiedlenia, ta wrogość, to mordowanie i małe wielkie cuda jak narodziny dzieci, jak obudzenie się kolejnego dnia, jak przetrwanie i gościnność choć trochę wymuszona. Niesamowity tekst.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Leno.
      Takie wtedy były czasy.

      Usuń
  10. I pomyśleć, że sztuka nie tylko cieszy duszę, ale i ratuj ciało.

    OdpowiedzUsuń
  11. Pani Stokrotko przyznam się że w ksiazce nie bardzo zrozumialam ten tekst. Teraz rozumiem że to chodzi o Panią.
    Pozdrawiam
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasiu - w pierwszej książce rzeczywiscie było trochę niejasnosci.
      :-)

      Usuń
  12. Takie powroty to musi być coś. Jeśli mnie bierze na odrobinę nostalgii jak wracam po dwóch-trzech tygodniach do Warszawy, to co dopiero miałbym, jakbym trafił do miejsca, z którym wiąże się historia moja, mojej rodziny itp.

    U nas na działce te poziomki same się rozsiewają, nawet na ścieżkę parę krzaczków sobie wyszło. :) Teraz ktoś idący nią może spróbować jakie dobre mogą być takie dzikie dość owoce.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację jeśli chodzi o te powroty.
      I o poziomki też.
      :-)

      Usuń
  13. Piekna, wzruszająca historia...

    OdpowiedzUsuń
  14. Zazdroszczę Ci, bo oprócz pięknego tekstu, możesz jeszcze odwiedzać miejsca swoich przodków. Niestety moje domy rodzinne, już dawno wyburzono (celowa polityka wobec t.zw. "zaplutych karłów reakcji") a na ich miejscach stoją nowoczesne bloki, albo - jak pod Lwowem - rośnie trawa. Na szczęście pozostało sporo fotografii (nawet te ukazujące dworek pod Lwowem) więc też mogę odwiedzać miejsca swoich przodków ... wirtualnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A w Warszawie na Krakowskim Przedmiesciu 45 byla pierwsza pracownia rzezbiarska mojego ojca.

      Ale zazdroscic mi nie masz czego, zapewniam Cie.
      Dziękuję za komentarz.

      Usuń

W tę niedzielę zabierzmy ze sobą sowę,...

    .... bo sowa to symbol mądrości.                         Georges Freche - były mer Montpelier i  były samorządowiec wygrywający masę...