piątek, 20 kwietnia 2018

Co wiecie o Pułtusku? - zakończenie

                                                         Tekst ten dedykuję CZESI



Polonistka zadzwoniła do mnie na przerwie między 5 a 6 lekcją i sprecyzowała:
- Gdy Henryk Sienkiewicz dowiedział się o straszliwym pożarze w Pułtusku przyjechał natychmiast na miejsce zgliszcz. Potem opisał pożar w  warszawskiej prasie, a następnie przeniósł na karty tworzonego właśnie „Quo vadis” – opisując podpalenie Rzymu przez Nerona. Tylko sprawdź, bo nie pamiętam kiedy to dokładnie było./ Sprawdziłam – pożar był w 1875 roku./
- Pamiętasz jak czytałyśmy w podstawówce „Wspomnienia niebieskiego mundurka” Gomulickiego? To tam właśnie we wzruszający sposób została opisana atmosfera pułtuskiego gimnazjum w którym pogłębiała się rusyfikacja. Do gimnazjum tego uczęszczał autor Wiktor Gomulicki./Oczywiście, że pamiętam./
- Pewnie nie czytałaś „Trzeciego pokolenia” Henryka Purzyckiego. Akcja tej powieści toczy się w tej samej szkole, ale w latach 1978-79. Przeczytaj, bo warto.
Przewodniczka PTTK kazała mi napisać że:
1.Rynek pułtuski o długości ponad 400m jest najdłuższy w Europie /jeśli nie wierzycie, to nic dziwnego, bo nikt w to nie wierzy/.
2. Od XVI w. przy kolegium Jezuickim w Pułtusku działał pierwszy teatr publiczny. Jedno z przedstawień oklaskiwał w tym teatrze Jan Kochanowski.
3.W Pułtusku znajdowała się najstarsza na Mazowszu drukarnia.
4. W Kolegium Jezuickim wykładali ks. Piotr Skarga, Andrzej Bobola i Jakub Wujek.
5. Gotycka Bazylika kolegiacka w Pułtusku słynie z przepięknego kolebkowego sklepienia.
6. Na rynku w wieży ratuszowej znajduje się bardzo ciekawe muzeum w którym eksponowane są zabytki z XII wieku, pochodzące z grobów na starym mieście pułtuskim.
7. W renesansowym zamku biskupów płockich w Pułtusku znajduje się Dom Polonii. Prowadzony jest w nim m.inn. Ośrodek Dokumentacji Wychodźstwa Polskiego. Sam Zamek został przepięknie odnowiony a kuchnia zamkowa słynie z pyszności.

I jeszcze moje wspomnienia z Pułtuska.
Byłam w tym mieście 4 razy. Za każdym razem z kim innym. I za każdym razem wywoziłam stamtąd wspomnienia. 
Pierwszy raz pojechałam tam z koleżanką. Miałyśmy po 19 lat. Koleżanka okazała się być bardzo mało ciekawą świata bo jak stanęłyśmy na cichym pułtuskim rynku zapytała: „A po co my tu właściwie przyjechałyśmy?” Pytaniem tym doprowadziła mnie do takiej złości, że zostawiłam ją w kawiarni i poszłam sama zwiedzać miasteczko. Czekała na mnie parę godzin jedząc na okrągło lody. Nie wiedziała i pewnie do dziś nie wie po co wtedy do tego Pułtuska ze mną przyjechała.
Drugi raz pojechałam do Pułtuska z młodszym synem, który miał wtedy 9 lat. Była zima, poszliśmy nad Narew, podziwialiśmy stamtąd zamek i całe miasteczko. Potem poszliśmy zwiedzić muzeum w wieży ratuszowej. Schodząc z tej wieży mój 9-latek spadł ze schodów. Na szczęście schody się zakręcały, więc daleko nie poleciał. Ale okropnie się potłukł i do dziś to pamięta.
Trzeci raz byłam w Pułtusku z Mamą,  starszym synem i synową. Była piękna, słoneczna, lipcowa niedziela. Spacerowaliśmy po rynku, po parku koło zamku i nad Narwią. Zjedliśmy pyszny obiad na zamku. Było to 15 lat temu. I była to ostatnia wycieczka poza Warszawę z moją Mamą.
Pozostały mi po niej piękne zdjęcia, na niektórych jesteśmy we dwie.
Ale nie pokażę ich Wam, bo teraz są już tylko moje.
Czwarty raz byłam w Pułtusku dwa i pół roku temu. Była piękna jesienna niedziela. Osobisty historyk, który jest też osobistym fotografem umyślił sobie uwiecznić babcię Stokrotkę na najdłuższym i pustym rynku Europy... 

środa, 18 kwietnia 2018

Co wiecie o Pułtusku?

      Tekst ten dedykuję CZESI, w podziękowaniu za Jej piękną książkę  pt:"Jeśli będziemy jak kamienie"


Takie pytanie zadałam czterem osobom: historykowi, geografowi, polonistce i przewodniczce PTTK.
Historyk /w drodze z pokoju do kuchni/ rzucił trzy tematy:
- to miasto chlubnie zapisało się w historii Polski w czasie walk narodowo- wyzwoleńczych. Tu stacjonował generał Antoni Madaliński, który się zbuntował i to stało się sygnałem do wybuchu Powstania Kościuszkowskiego.
-  Pod Pułtuskiem Napoleon dostał od Rosjan porządny wycisk – chyba w roku 1806. Zostało to upamiętnione na Łuku Triumfalnym w Paryżu.
- założono tam słynną Akademię Humanistyczną im. prof. Aleksandra Gieysztora /u którego nie zaliczyłem kiedyś na UW „wieków średnich” i w którym kochały się wszystkie moje koleżanki/
Geograf poinformował mnie smsem:
- to tam spadł ten słynny meteoryt. /Więcej ci puszczę mailem, bo teraz się śpieszę/
- no i ma piękne położenie nad Narwią na skraju Puszczy Białej  i przez to nazwane jest  Wenecją Mazowsza.
Polonistka, do której telefonowałam na 10 minut przed  rozpoczęciem się lekcji powiedziała, że muszę wspomnieć o trzech sprawach:
- pożar Pułtuska posłużył Henrykowi Sienkiewiczowi do opisu pożaru Rzymu w powieści „Qvo Vadis”
- dzieciństwo w Pułtusku pięknie opisał we „Wspomnieniach niebieskiego mundurka” Wiktor Gomulicki
- a Henryk Purzycki w powieści „Trzecie pokolenie” też opisał swoje lata w pułtuskim gimnazjum, ale dwa pokolenia później.
Najwięcej do powiedzenia miała moja sąsiadka, która jest przewodniczką PTTK. Więc zaprosiłam ją do siebie na kawę i ciasto.
Przyszła i zaczęła opowiadać najpierw o dzieciach, wnukach i nawet o mężu. Potem o Pułtusku. Zjadłyśmy chyba 2 kilogramy sernika i wypiłyśmy morze kawy.
Gdy wyszła, powyciągałam z regałów różne przewodniki, informatory, stare pocztówki. Odpaliłam laptopa, odświeżyłam pamięć i uruchomiłam wyobraźnię.
Najpierw sprawdziłam informacje otrzymane od historyka.
Jeden z dowódców Insurekcji Kościuszkowskiej i „rezerwowy” kandydat na Naczelnika Powstania – generał Antoni Madaliński rzeczywiście stacjonował ze swoją brygadą nad Narwią w okolicach Pułtuska. Odmówił on redukcji brygady i w marcu 1794 roku rozpoczął marsz w kierunku Krakowa. Dało to początek do powstania zbrojnego. A w dn. 24 marca nastąpiła proklamacja powstania przez Naczelnika, czyli słynna przysięga Tadeusza Kościuszki na rynku krakowskim.
Faktycznie, w czasie okropnej burzy śnieżnej w dn.26 grudnia 1806 r. rozegrała się pod Pułtuskiem bardzo krwawa bitwa wojsk napoleońskich z wojskami rosyjskimi. Francuzi usiłowali zdobyć most na Narwi i wejść do miasta, ale zostali znienacka zaatakowani przez liczne oddziały rosyjskie. Bitwa została nierozstrzygnięta, chociaż Rosjanie wytrwali na stanowiskach i zniszczyli most. Straty były dużo większe po stronie Francuzów.
No i dwukrotnie spod Pułtuska armia napoleońska wychodziła na Moskwę /w 1806 i w 1812 r./
Bitwa z 1806 r. została wymieniona na paryskim Łuku Triumfalnym, którego budowę rozpoczęto na polecenie cesarza Napoleona. Jest ona wyryta obok nazw innych polskich miast: Gdańska, Ostrołęki i Lidzbarka Warmińskiego.
W 1994 r. utworzono w Pułtusku niepaństwową wyższą szkołę - Akademię Humanistyczną. Jej organizatorem i pierwszym rektorem był prof. Andrzej Bartnicki. Po jego śmierci rektorem został prof. Aleksander Gieysztor, który już  został też patronem tej uczelni. Niestety, profesor Gieysztor też już odszedł na zawsze, no ale na Akademii wykładają głównie profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego i PAN.
W tak zwanym „międzyczasie” otrzymałam maila od geografa.
Pisał: Jak byłem na pierwszym roku to oglądaliśmy w Muzeum Techniki kawałki tego meteorytu zwanego Pułtuskim. Był to jeden z największych na ziemiach polskich meteorytów. Spadł w 1868 r.  na obszarze ok. 130 km. kw. I rozleciał się na kilkadziesiąt tysięcy kawałków. Te kawałki znajdują się we wszystkich muzeach geologicznych w kraju, a także w British Museum w Londynie.
A największy z nich we wsi  Ponikiew na północ od Pułtuska.
Miasto leży w mezoregionie Doliny Dolnej Narwi. Usytuowane jest na północnym brzegu Zalewu Zegrzyńskiego, który w tym miejscu tworzy dwie odnogi  opasujące miasto. W rezultacie stary Pułtusk leży jakby na wyspie, na którą prowadzą mostki. I dlatego został nazwany Wenecją Mazowsza.

Ciąg dalszy nastąpi...

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Kontrowersyjne czy śmieszne?

W jednej z toalet na terenie Warszawskiego Ogrodu Zoologicznego jest taka tabliczka...
Co o niej myślicie???
---------------------------------------------------
Poszliśmy oczywiście do tej Ptaszarni, żeby zobaczyć leniwca na żywo.... ale wisiał sobie i wisiał nieruchomo i nawet oka na nasz widok nie otworzył...mimo że Szczerbaty z Pytalskim tańce wojenne Siuksów i zbójnickiego przed gablotą z leniwcem tańczyli...

sobota, 14 kwietnia 2018

George Orwell twierdził że: ....


George Orwell - który był twórcą wielu książek, z kórych najsłynniejsze to  "Folwark zwierzęcy" i "1984" tak naprawdę nazywał się Eric Arthur Blair. Był mistrzem pisarstwa zaangażowanego w problemy polityczno-społeczne. Osiągnął sukces dzięki wyostrzonemu zmysłowi obserwacji zjawisk społecznych i wielkiej wrażliwości. Wymienione wyżej książki należą do gatunku satyry politycznej. Ich fabuła oparta jest na wydarzeniach z życia pisarza, jego doświadczeniach w kontaktach z machiną biurokratyczną oraz wnikliwej obserwacji sytuacji politycznej na świecie.

Twierdził że:

"Ludzie, którzy głosują na nieudaczników, złodziei, zdrajców i oszustów nie są ich ofiarami. Sa ich wspólnikami." 

Mocne słowa...

To może - na wszelki wypadek - na nikogo nie głosować?
Bo skąd wiadomo kto jest kim? Dzisiaj nie kradną, nie oszukują a jutro jak będą mieli okazję to zmienią zdanie. Albo okaże się, że zawsze byli tacy, tylko o tym nie wiedzieliśmy...

Ja w każdym razie od wielu lat nie chodzę na żadne wybory...
I mam nadzieję, że w związku z tym nikt mi tu nie napisze, że nie jestem Polką...

czwartek, 12 kwietnia 2018

W trawie i na wysokich drzewach











Na zdjęciach niewinne i skromne małe kwiatki i dumne pąki kasztanowca… sfotografowane w Łazienkach Królewskich  w dn. 8 kwietnia 2018 roku.

Gdy spacerowałam znowu po Łazienkach Królewskich, to przypomniałam sobie, że miała w nich miejsce premiera "Odprawy posłów greckich" Jana Kochanowskiego. Stało się to w dniu 12 stycznia 1578 roku na zamku w Jazdowie pod Warszawą w czasie zaślubin kanclerza Jana Zamojskiego z Krystyną Radziwiłłówną. Dziś Jazdów/Ujazdów wchodzi w skład Łazienek Królewskich i leży w centrum Warszawy. 
Przedstawienie odbyło się w obecności pary królewskiej - Stefana Batorego i Anny Jagiellonki a aktorami byli dworzanie królewscy. Utwór ma charakter pouczenia o sprawach dotyczących postawy władcy wobec spraw państwowych. A dotyczy posłów wysłanych do Troi w przeddzień wojny trojańskiej...
Ale to przecież wiecie i pamiętacie.
Przypomnę tylko, że to z "Odprawy posłów greckich" pochodzi słynna maksyma obywatelska, która do dzisiaj nic nie straciła na aktualności. 
A brzmi następująco:

"Wy, którzy pospolitą rzeczą władacie

A ludzką sprawiedliwość w ręku trzymacie.

Wy, mówę, którym ludzi paść poruczono

I zwierzchnośći nad stadem bożym powierzono:

Miejcie to przed oczyma zawżdy swojemi,

żeście miejsce zasiedli boże na ziemi,

Z którego macie nie tak swe własne rzeczy

Jako wszytek ludzki mieć rodzaj na pieczy".


-------------------------------------------------------------
Napiszecie coś pod tym dziwnym tekstem?

Bo ja planuję wpuścić więcej światła do domu, a więc pójdę myć okna...
No i posadzę kwiatki w loggi...

wtorek, 10 kwietnia 2018

Prawie w pałacu...

 Tekst ten dedykuję ANABELL - z pewnością wie dlaczego...



Prawie w tym pałacu, …….który był własnością Michała Poniatowskiego – brata ostatniego króla Polski.

/Bywał też ten pałac mieszkaniem samego Stanisława Augusta Poniatowskiego./

Później pałac odziedziczył książę Józef Poniatowski. Jego osobisty apartament mieścił się w parterze prawej oficyny.

Następnie pałac otrzymała w dożywocie siostra księcia Pepi – Teresa Tyszkiewiczowa, potem Anna Tyszkiewiczowa, która wystawiła piękną bramę wjazdową z napisem „Poniatowskiemu”.

Potem pałac przeszedł w ręce Potockich.
Pałac w Jabłonnej, który powstał według projektu Dominika Merliniego otacza angielski park krajobrazowy, który w miejsce dawnego ogrodu barokowego stworzył Szymon Bogumił Zug.

W 1944 roku pałac został spalony przez wojska niemieckie.
Po wojnie został odbudowany a od 1953 roku znajduje się w nim siedziba Polskiej Akademii Nauk.

Ale ja nie o pałacu chcę pisać....
----------------------------------------------------

W dniu 6 kwietnia o godzinie 18.00 prawie w pałacu w Jabłonnej pod Warszawą miał miejsce wernisaż obrazów pt: "Białe na białym”





Prawie w pałacu...bo z okien sali, w której prezentowano ciekawe obrazy widać było pałac.

Więc tak jakby w oficynie pałacu…

A nawet lepiej – bo w budynku stojącym naprzeciwko pałacu, z którego wszystkich okien rozpościera się widok na pałac i park…

Gdy weszłam na salę /a tak się złożyło. że przyszłam pierwsza i zastałam tam tylko organizatora wernisażu/ od razu rzuciły mi się w oczy dwa obrazy. Te właśnie. Ten na górze ma tytuł „Guru”, ten na dole „Panna młoda”.

             Autorka - Joanna Rodowicz

Potem zaczęli przychodzić twórcy obrazów i zaproszeni goście.

A potem było bardzo miłe „parę słów’ wygłoszone przez organizatora, lampka wina, zdjęcia, rozmowy z twórcami.

Pisząca te słowa stała cichutko pod jednym z okien z widokiem na pałac i podziwiała...

Joanna Rodowicz, która była jedną z  głównych bohaterek  tego spotkania usłyszała wiele słów uznania. 
Joanna miała na szyi piękny amulet a w rękach trzymała czerwone stokrotki.

Ale oddam głos Jej właśnie, bo to Ona udzieliła przepięknego wywiadu, który znajduje się w ostatnim numerze miesięcznika „Mława Life"./ Joanna 20 lat temu opuściła Warszawę i zamieszkała pod Mławą/.Wywiad ma tytuł "Skarb wyobraźni"..

Oto dwa cytaty z tego wywiadu:

" Moje poszukiwania artystyczne spowodowały powstanie nowej techniki łączącej malarstwo z rzeźbą."

"To już jest ponad 100 portretów i dwa razy tyle szkiców ulicznych wymagających realistycznego sposobu malowania. Mam też około 60 obrazów plenerowych. Jest to zazwyczaj pejzaż i architektura"

Ale to nie wszystko. Dodam, że Joanna, którą nazywam „człowiekiem renesansu” nie tylko maluje i rzeźbi, ale też pisze opowiadania, prowadzi blog i udziela się w rekonstrukcjach historycznych. A kiedyś projektowała i tworzyła biżuterię. Była też scenografką w telewizji i dyrektorem działu promocji Muzeum Narodowego. 
Zdarza się jej tez napisać wspaniałą recenzję książki – tak jak to zrobiła w przypadku „Mojego warszawskiego zwariowania”.

Joanna to nie tylko osoba niesamowicie i wszechstronnie uzdolniona, ale też osoba niezwykle pracowita.
A przy tym bardzo skromny  człowiek – żona, matka, babcia...

Jeszcze tylko dodam, że namalowała także moje wnuki. I mamy w rodzinie jej trzy wspaniałe obrazy:„Zimowe brzozy”, „Ciechana” i „Ciuchcię".

Mogłabym więc powiedzieć, że Joanna jest moim "nadwornym" malarzem. Ale z pewnością nie tylko moim. /Mam nadzieję, że się za to określenie na mnie nie pogniewa./

Joanna  Rodowicz tworzy przepięknie. A jej twórczość wzbudza powszechny zachwyt.

I to wszystko prawda. Naprawdę niczego nie zmyśliłam.
                                                        Joanna Wspaniała

niedziela, 8 kwietnia 2018

Krzemieniec nad Ikwą - zakończenie

                                                                              Tekst ten dedykuję JOTCE


                        Widok na Krzemieniec z Góry Królowej Bony
V.
Absolwenci Liceum Krzemienieckiego to m.inn. Antoni Malczewski, Józef Korzeniowski, Stanisław Worcell, Zygmunt Rumel. Uczył się w tej szkole także Juliusz Słowacki, a jego ojciec Euzebiusz był tam nauczycielem historii literatury. Wykładali w Liceum Joachim Lelewel, Alojzy Feliński oraz Aleksander Mickiewicz, brat poety.
Poetka Irena Sandecka, pracownik naukowy Liceum, współzałożycielka Towarzystwa Odrodzenia Kultury Polskiej im. Juliusza Słowackiego od 1942 r. aż do śmierci w 2010 r. działała i mieszkała w Krzemieńcu.
VI.
Poeta rodzi się poetą w każdym miejscu. Nie tylko w przepychu pałacu, ale także w nędzy czworaków. Pisze wiersze i tworzy mając za oknami nie tylko gondole płynące po kanałach Wenecji, ale też kominy fabryk. Mówi się jednak, że piękno i atmosfera miejsca tworzy wyjątkowych poetów. Tak było w przypadku Juliusza Słowackiego. Z pewnością jego talent zrodził Krzemieniec nad Ikwą. Wieszcz opuścił to miasto dla Warszawy gdy miał 20 lat.
VII.
Deszcz padał przez cały czas gdy zwiedzaliśmy Muzeum Słowackiego, kościół w którym znajduje się przedstawiająca poetę płaskorzeźba dłuta słynnego rzeźbiarza, cmentarz Tunicki, na którym została pochowana matka poety, dziedzińce słynnego Liceum Krzemienieckiego. A na Górze Królowej Bony, gdy spacerowaliśmy wśród ruin zamku i podziwialiśmy leżące u naszych stóp wyjątkowe miasto wiał także porywisty, zimny wiatr. Mówi się, że brzydka pogoda odbiera urok nawet najpiękniejszym miejscom na świecie. Krzemieńcowi nad Ikwą nie udało się jej tego uroku odebrać.
VIII.
Gdy odjeżdżaliśmy z parkingu przed kościołem do autokaru weszło kilkoro dzieci z polskich rodzin, żyjących w Krzemieńcu. Wszystkie miały w koszyczkach krzemień wydobywany z okolicznych wzgórz. Zapytały, czy może ktoś chciałby sobie kupić taki kamyk na pamiątkę. Nie było osoby która nie kupiłaby takiej pamiątki. Dzieci musiały iść do domów aby przynieść jeszcze kilka kamyków więcej.

Widok na Górę Królowej Bony. Na pierwszym planie Ateny Wołyńskie, czyli Liceum Krzemienieckie.
IX.
Juliusz Słowacki tak pisał o Krzemieńcu:

„ Jeżeli kiedy w tej mojej krainie
Gdzie po dolinach moja Ikwa płynie
Gdzie góry moje błękitnieją mrokiem,
A miasto dzwoni nad szmernym potokiem,
Gdzie konwaliją woniące lewady
Biegną na skały, pod chaty i sady…”

I jeszcze urywek z „Godziny myśli”:

Tam stoi góra, Bony ochrzczona imieniem,
Większa nad inne, - miastu panująca cieniem
Stary, posępny zamek – który czołem trzyma,
Różne przybiera kształty, chmur łamany wirem,
I w dzień strzelnic błękitnych spogląda oczyma,
A w nocy jak korona, kryta żalu kirem,
Często szczerby wiekowe powoli przesuwa
Na srebrzystej księżyca wschodzącego twarzy…”
X.
Na mojej półce wśród wielu pamiątek przywiezionych z wycieczek na Kresy Wschodnie leży jedyny kamień. Ten z Krzemieńca nad Ikwą.
--------------------------------------------------------------------------
I jeszcze tablica pamiątkowa w języku ukraińskim umieszczona na budynku muzeum. Widać ją w poprzednim tekście na pierwszym zdjęciu - na budynku po prawej stronie. Po lewej jest tablica w języku polskim, ale zdjęcie jej nie obejmuje.



Wieszcz z Krzemieńca nad Ikwą zakończył życie w Paryżu w dn. 3 kwietnia 1849. My byliśmy w Krzemieńcu w lipcu 2009 roku - rok ten został przez Sejm Rzeczypospolitej ustanowiony Rokiem Juliusza Słowackiego.

----------------------------------------------------------------
Przy pisaniu tego tekstu korzystałam z:
Kamienni świadkowie dawnych dziejów” tekst Halina Haśkiewicz
Ukraina Zachodnia - Tam szum Prutu, Czeremoszu…” wyd. Bezdroża

..... i jak zwykle w takich przypadkach uruchomiłam wspomnienia.



piątek, 6 kwietnia 2018

Krzemieniec nad Ikwą

/Ten mój tekst został po raz pierwszy opublikowany  na portalu pisarze.pl w dniu 6 maja 2013 roku/

                                                Tekst ten dedykuję JOTCE, która odgadła dwie zagadki z dn. 28.03.18


I.

- Zapraszam serdecznie do  jedynego na świecie Muzeum Juliusza Słowackiego – tymi słowami przywitała nas  pani Halina – kustosz tego muzeum w Krzemieńcu na Ukrainie.

Muzeum powstało w 2004 roku. Mieści się w dworku, w którym przez kilka lat Juliusz Słowacki mieszkał wraz z matką. Nastrojowe muzeum zawiera przede wszystkim pamiątki po poecie, a więc autografy i książki Słowackiego, jego rysunki i portrety malarskie członków jego rodziny. Dworek wyposażony jest w stylowe meble z epoki.
Dzięki pięknej, wzruszającej opowieści kustoszki muzeum, która jest Polką wszyscy zwiedzający przenieśli się w czasy Juliusza Słowackiego i jego pobytu w Krzemieńcu.
W pobliżu dworku znajduje się kamień z wyrytym na nim napisem. Z napisu dowiedzieliśmy się, że kamień postawiono w miejscu nieistniejącego już domu, w którym urodził się poeta.
II.
Wacław Szymanowski, który jest twórcą pomnika Fryderyka Chopina znajdującego się w warszawskich Łazienkach stworzył także przepiękny pomnik Juliusza Słowackiego. Wykonany z brązu odlew oraz elementy z chęcińskiego marmuru udało się szczęśliwie przemycić za granicę w 100- lecie urodzin  poety i wbudować w tylną ścianę lewej nawy kościoła św. Stanisława znajdującego się w centrum Krzemieńca. Jak niesie wieść pomnik w formie płaskorzeźby uniknął zniszczenia w 1939 roku, ponieważ udało się wmówić bolszewikom, że przedstawia on „poetę rewolucyjnego”.

III.
Krzemieniec był miastem królewskim Korony Królestwa Polskiego. /Nazwa taka powstała w czasach rządów Kazimierza Wielkiego/. Początki miasta związane są z Górą Zamkową, która w późniejszych wiekach otrzymała nazwę Góry Królowej Bony. Najpierw istniał na górze gród słowiańskiego plemienia Dulębów, potem odparto tu najazd mongolskich hord Batu-chana, a także atak Tatarów. Jednak w 1261 roku Daniło Romanowicz Halicki, jako lennik chana zmuszony został zburzyć wszystkie warownie, w tym krzemieniecką. Dopiero za czasów Zygmunta Starego zamek został odbudowany, a następnie przekazany w ręce Królowej Bony. Królowa nadała miastu szereg przywilejów a jej namiestnicy wzmocnili obronność zamku.
Podobno królowa Bona nigdy zamku nie odwiedziła, ale do dzisiaj krzemieńczanie opowiadają jakie to bale wyprawiała ona na zamku i jak w złotym powozie jeździła skórzanym mostem do klasztoru, stojącego na sąsiedniej górze Wołowicy.
A piękna legenda mówi o wspaniałych skarbach zgromadzonych przez Królową. I o tym, że jej dusza pilnując tych skarbów błądzi wśród ruin zamku. Mówi się też, że raz w roku na Wielkanoc, Królowa pojawia się z kluczem do piwnic w ustach. Jeśli znajdzie się śmiałek, który ją pocałuje, to dostanie się do tych skarbów. Będzie też mógł je wynieść, ale musi to zrobić między pierwszym a ostatnim dzwonem na rezurekcję. Jeśli nie zdąży – zostanie zamknięty ze skarbami na zawsze.
W 1648 roku podczas wojen kozackich zamek został zdobyty przez pułkownika wojsk Chmielnickiego, Maksyma Krzywonosa. Przestał pełnić wtedy funkcję obronną i pozostaje w ruinie do dzisiaj.
Od tego czasu Górę Królowej Bony zdobywają tylko turyści. I stamtąd podziwiają niesamowitą wprost urodę Krzemieńca nad Ikwą.

IV.
W XVIII w. powstało w Krzemieńcu Kolegium Jezuickie. Po kasacie zakonu zostało ono przejęte przez Komisję Edukacji Narodowej, a w 1805 r. założono w budynkach poklasztornych słynne Liceum Krzemienieckie. Zostało założone przez hr. Tadeusza Czackiego, przy znacznym poparciu księcia Adama Czartoryskiego i Hugo Kołłątaja. Była to szkoła średnia o tak wysokim poziomie nauczania, że w krótkim czasie otrzymała rangę szkoły wyższej. Szkoła dysponowała świetnym zapleczem doświadczalnym i wyposażeniem dydaktycznym, a przede wszystkim słynną biblioteką – był to księgozbiór króla Stanisława Augusta Poniatowskiego kupiony przez hr. Czackiego i uzupełniony przez liczne darowizny i zapisy znanych rodów magnackich i szlacheckich.
Liceum Krzemienieckie uzyskało miano Aten Wołyńskich.

----------------------------------------------------------------
P.S. Zdjęcia Muzeum Słowackiego, Góry Królowej Bony i Liceum Krzemienieckiego są mało atrakcyjne, bo były robione w deszczu i na wietrze.

Ciąg dalszy nastąpi...

środa, 4 kwietnia 2018

Pudelek


Po dwunastu godzinach nieobecności wracałam okropnie zmęczona do domu, gdy w okolicach trawniczka dla piesków zaczepiła mnie sąsiadka. Była oczywiście ze swoim ślicznym pudelkiem.
- Jak to dobrze, że panią spotykam – rzuciła się na mnie z wielką serdecznością… Bo już się dowiedziałam wszystkiego…
- …
- Bo ta pani, do której zawsze chodziłyśmy, to teraz przeniosła się pod miasto…. Ale tam można dojechać, tylko zapomniałam jakim autobusem… ale potem sprawdzę … to jak się następnym razem spotkamy to pani powiem…
- …
- No więc ta pani musiała się przenieść pod miasto, bo odziedziczyła dom… no i też mówiła, że w tym domu są lepsze warunki… i ogród jest …. Tak, że klienci będą mogli sobie pobiegać oczekując na wizytę u niej i nie będą musieli się gnieść w tej poczekalni co zawsze… bo to było okropnie męczące, prawda?
-…
- Cena pozostaje taka sama… nawet ta pani mówiła, ze stałym klientom i tym co mają do niej daleko to rabatu udzieli…
-…
- Tak, czy inaczej warto do tej pani jechać bo ona pięknie strzyże… i potem moja Funia jak wychodzi na spacerek to ma wyjątkowe powodzenie… 
-…
- Albo inaczej zrobimy… jak będę się następnym razem z Funią wybierała to zapukam do pani… to może pojedziemy razem… tylko trzeba będzie wcześniej zadzwonić i umówić się na wizytę….ale ja mam w domu tę nową wizytówką … no i może nam rabatu udzieli… bo będzie miała dwa pieski za jednym razem…
------------------------------------------------------------------------------------
Weszłam do mieszkania i zapytałam tego faceta siedzącego przed telewizorem:
- Słuchaj, czy my mamy jakiegoś pudelka, o którym ja nic nie wiem?
- A ty to znowu chcesz się ze mną rozwodzić, czy tylko migrenę będziesz miała? – zapytał bardzo spokojnie.
-------------------------------------------------------------------------------------
No bo my nigdy nie mieliśmy i nadal nie mamy żadnego pudelka.


 -----------------------------------------------------------------------
Dopisek z godz. 18.20:

Niektórzy z Was pamiętają może, że przez 14 lat miałam przepiękną suczkę o imieniu Lassie. Poświęciłam jej tekst pt: "JEJ PORTRET" w książce pt: "Zwariowałam".


poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Następne dzieło najwspanialsze



Myślę, że zgodzicie się ze mną, że nie ma wspanialszej rzeźby na świecie. Nikt nigdy nie wyrzeźbił niczego równie pięknego. Jest to dzieło antyczne i chrześcijańskie zarazem. Chrześcijańska jest jego tematyka, antyczne jest wykonanie. Twórca skupił się nie tylko na ukazaniu cierpienia, ale też piękna ludzkiego ciała.
Zanim zobaczyłam Pietę na własne oczy – zastanawiałam się często dlaczego Matka Boska jest taka piękna i młoda. Przecież Cierpiąca Matka 33-letniego Syna nie może być kobietą młodą i piękną. W chwili śmierci Syna mogła mieć 50 lat. Ale twórca nadał jej twarz pięknej, młodej Madonny, bo Matka Boska zawsze musi taka pozostać. Jednak Jej cierpienie jest widoczne. Gestem lewej, otwartej ręki Matka Boska zdaje się pytać: Dlaczego?
W całej rzeźbie brak dramatycznej ekspresji. Widoczna jest natomiast klasyczna harmonia i idealne piękno. Przepiękne, subtelne rysy Matki Boskiej, włosy przykryte chustą, delikatny nos, przymknięte powieki, ramiona okryte szatą spływającą do ziemi... Na kolanach Marii o Niepokalanej i Nieśmiertelnej urodzie leży ciało zdjętego z krzyża Chrystusa, który sprawia wrażenie jakby spał. Okrywa ich powaga, podczas gdy niewidoczny welon osłania ich postacie.
Pieta wzbudza zachwyt i podziw pielgrzymów z całego świata swoja idealną kompozycją i ekspresją. Twórca zażądał dla swojego dzieła marmuru bez skazy, o świetlistej, mlecznej pół-przeźroczystości. Znalazł taki wysoko w górach Toskanii – w Carrarze. Transport bryły do Rzymu specjalnie wybudowaną drogą dojazdową trwał 9 miesięcy. Bo taka rzeźbę można było wykonać tylko w najwspanialszym marmurze.
Jest to jedyne dzieło Michała Anioła własnoręcznie przez niego podpisane. Podpis znajduje się na szarfie opasującej Matkę Boską. Jak głosi anegdota, Michał Anioł po wystawieniu Piety na widok publiczny, wysłuchiwał w przebraniu opinii widzów. Gdy okazało się, że nie wszyscy znają nazwisko autora, zakradł się w nocy i podpisał swoje dzieło. Podobno żałował tego do końca życia.
Gdy w Bazylice Świętego Piotra w Watykanie stałam w pierwszej kaplicy prawej nawy i podziwiałam na ołtarzu Pietę, usłyszałam rozmawiających ze sobą polskich księży. Jeden z nich powiedział: „Jezus jest ułożony jak ołtarz. Jego Matka gestem ręki niejako w zastępstwie kapłana sprawuje Przenajświętszą Ofiarę”.
Od rzeźby bije szczególny blask. Mówi się, że Michał Anioł nadał marmurowi doskonały połysk i gładkość poprzez polerowanie jej przez wiele tygodni kawałkami drobnego pumeksu. Inna wersja mówi, że użył do tego celu słomy.
21 maja 1972 r. zdradzający objawy choroby psychicznej węgierski rzeźbiarz Laszlo Toth uszkodził rzeźbę. Uderzając kilkadziesiąt razy młotkiem uszkodził ramię Matki Boskiej, twarz i złamał Jej nos. Rzeźba została pieczołowicie odrestaurowana. Od tego czasu znajduje się za pancerną szybą.
Kaplica Piety to miejsce, gdzie papież wdziewa ornat przed obrzędami liturgicznymi w Bazylice.
Michał Anioł miał zaledwie 24 lata, gdy ukończył Pietę. Rzeźbił ją w latach 1498-1500. Czy kiedykolwiek i gdziekolwiek na świecie znalazł się twórca, który w tak młodym wieku i w tak mistrzowski sposób stworzył inne, równie wybitne dzieło? Z pewnością nie było i nie ma takiego. Wydaje mi się, że nie ma na świecie piękniejszej rzeźby.
------------------------------------------------------------------
P.S. To też był mój tekst z portalu pisarze.pl /z 20.08.2012 roku/. Umieszczałam go także na poprzednich blogach, więc niektórym z Was może być znany.


piątek, 30 marca 2018

Dzieło najwspanialsze

/Ten mój tekst od dnia 9 lipca 2012 roku znajduje się na portalu pisarze.pl. Umieszczałam go też w Wielki Piątek na poprzednich blogach/


Weszłam do refektarza kościoła Santa Maria delle Grazie w Mediolanie i usiadłam na posadzce naprzeciwko „Ostatniej Wieczerzy” Leonarda da Vinci. Obok przewodnik opowiadał turystom po angielsku o tym, co zdarzyło się w Mediolanie 15 sierpnia 1943r. W tym dniu alianci prawie całkowicie zbombardowali Mediolan. Zniknęły średniowieczne i renesansowe kamienice. Zbombardowany został także ten kościół… .
 Tylko częściowo ocalała ściana z „Ostatnią Wieczerzą”. Słuchałam uważnie słów przewodnika, starając się zapamiętać jak najwięcej. A więc; Leonardo da Vinci otrzymał zamówienie na fresk od księcia Mediolanu Ludovico Sforzy. Malował „Ostatnią Wieczerzę” w latach 1495-1498. Technika olejowa, którą się posłużył, okazała się bardzo nietrwała, bowiem farby olejne pozostawione na powierzchni tynku są podatne na działanie wilgoci i na wietrzenie. Jednak lepszy jest dobór barw i odcieni, dlatego przez krótki czas freski olejowe są piękniejsze. Później niszczeją niestety; czasami w sposób katastrofalny, tak jak to było w przypadku tego fresku. Gdyby mistrz nakładał pigmenty na mokry tynk, weszłyby w reakcję chemiczną i związałyby się silnie z porowatą powierzchnią ściany.
 Fresk był przez wiele lat nieudolnie restaurowany i kilkakrotnie niszczony. Najpierw zakonnicy klasztorni zmyli omyłkowo część obrazu, następnie w 1800 roku powódź zalała refektarz, potem kwaterujące w kościele wojska napoleońskie ćwiczyły w refektarzu strzelanie do celu.
Mimo znacznych zniszczeń, nadal wyczuwa się  klasyczne piękno malowidła, którego sława przetrwała stulecia. Fresk wymaga jednakże ciągłych renowacji, które z reguły trwają kilkakrotnie dłużej niż trwało samo malowanie dzieła. Jest niesamowicie naturalistyczny, znawcy podziwiają w nim proporcje i symetrię. Promieniuje czarem, nastrojem, wspaniałością kompozycji, patosem postaci, mistrzostwem detali trudnym do ujęcia w słowa.
Często jest określany jako „Najsmutniejszy obraz Świata”. Jak wiadomo w „Ostatniej wieczerzy” Jezus Chrystus ogłosił, że jeden z apostołów go zdradzi. Obraz jest wyjątkowy pod wieloma względami. Malując go Leonardo sięgnął do cechy narodowej Włochów (sam był obywatelem Florencji) - mianowicie do żywej gestykulacji. Wszystkie 13 postaci gestami rąk odkrywa swoje uczucia. Chrystus – rozkładając bezradnie ręce gdy mówi o zdradzie. Judasz – zaciskając w prawej dłoni sakiewkę, a lewą rozprostowując. Piotr – lewą ręką dotyka ramienia Jana i patrzy na Chrystusa jakby pytał, kto będzie zdrajcą. Za nim widać rękę z nożem. Nóż dotyka żeber Judasza, który przestraszony nachyla się do przodu i przewraca solniczkę. Jest kilka wersji przypuszczeń, do kogo należy ta ręka. Jedna z nich mówi, że nóż trzyma Święty Piotr – on to przecież bronił Jezusa przed napastnikami w Getsemani… Wszystkie inne postacie też żywo gestykulują.
Wydaje mi się, że najpiękniejszy opis „Ostatniej Wieczerzy” i jej otoczenia stworzył Johann Wolfgang Goethe. Opis ten został opublikowany w Kunst und Altertum w 1817 roku. Zacytuję tu jego fragment:
Miejsce, gdzie namalowany jest fresk od razu przyciąga spojrzenie. Mądrość artysty uwidacznia się w wyborze motywu. Czyż w refektarzu może być coś bardziej pasjonującego i szlachetniejszego niż Ostatnia Wieczerza, która na wieki pozostała w całym świecie symbolem świętości?/…/ Naprzeciw wejścia, na węższej ścianie w głębi sali stał stół przeora, z obydwu stron stoły mnichów. Wszystkie na jednostopniowym podwyższeniu nad podłogą. /…/, gdy wchodzący odwracał się, widział na czwartej ścianie, /…/, namalowany czwarty stół, przy nim Chrystusa i jego uczniów, jak gdyby też należeli do Zgromadzenia. /…/ obrus z zagniecionymi fałdami, o wzorze w paski i z podpiętymi narożami wziął malarz z pewnością z klasztornej pralni; miski, talerze,/…/ i inne sprzęty podobne były do tych, którymi posługiwali się mnisi /…/. Chrystus miał spożywać ostatnią wieczerzę u dominikanów w Mediolanie”.
Z kolei Matteo Bondella, kuzyn przeora klasztoru dominikanów przy Santa Maria delle Grazie, który był świadkiem „rodzenia się” fresku – tak opisywał pracę Leonarda:
Zwykł był Leonardo od wschodu słońca do zmierzchu wieczornego nie wypuszczać pędzla z ręki, zapominając o jedzeniu i piciu, malować bez ustanku. Potem następowały też dwa lub trzy dni, że nie przyłożył ręki, choć czasem bawił tam dwie lub trzy godziny dziennie i patrzył tylko i dumał, i w sobie oceniał badawczo swoje postacie.”
 I jeszcze jedno. Z książki Ernsta Ullmanna „Leonardo da Vinci” (która jest dla mnie głównym źródłem wiedzy na temat tego dzieła), dowiedziałam się, że głowę Chrystusa pozostawił mistrz nieskończoną. Dopracował natomiast głowę Judasza, która jest doskonałym portretem zdrady i okrucieństwa.
 Siedziałam na podłodze refektarza i patrzyłam na „Ostatnią Wieczerzę”. Było cicho i pusto. Wszyscy już wyszli. Nawet nie zauważyłam, że się ściemniło. Usłyszałam wysypujące się z sakiewki Judasza srebrniki. Nóż wypadł z ręki Świętego Piotra. A Chrystus pochylił jeszcze bardziej głowę, spuścił oczy i rozłożył ręce; tym gestem potwierdził to, co miało się stać. 
--------------------------------------------------
Kochani Moi! 
Wszystkim, którzy tu do mnie zaglądacie, czytacie i komentujecie /albo tylko czytacie/ życzę Zdrowych i Spokojnych Świąt Wielkanocnych.
Przekazuję też życzenia od właściciela Kawiarenki - Andrzeja Pogorzelskiego, który poinformował mnie esemesem, że Wielkanoc będzie spędzał we Francji.

Co wiecie o Pułtusku? - zakończenie

                                                         Tekst ten dedykuję CZESI Polonistka zadzwoniła do mnie na przerwie między...