piątek, 22 lutego 2019

Uzdolnione Dziewczyny z Ciechanowa


- Muszę już wracać – powiedziałam do Joanny, gdy już wszystkie wypiłyśmy kawę – bo kupiłam sobie powrotny bilet. No i po tej operacji nogi nie mogę za dużo siedzieć. Koniecznie muszę się przejśc ...
- Szkoda – Joanna objęła mnie ramieniem – bo myślałam że pójdziemy na zamek. I że zjemy razem obiad.…Ale rozumiem Cię.
-Następnym razem przyjadę na dłużej. Obiecuję. A teraz jeszcze pójdę zrobić parę zdjęć bo widziałam tu na wzgórku ruiny jakiegoś kościoła no i piękne drzewa nad Łydynią..



Dziewczyn było pięć – Małgosia, Ewa, Ania, Basia i Danusia. Tak naprawdę to jest ich osiem, ale tego dnia miałam przyjemność poznać tylko te wymienione.


Gdy weszłam do sali to dziewczyny podniosły na chwilę głowy znad swoich malunków i powitały mnie uśmiechem. Potem znowu pochyliły się nad swoją twórczością.
Nie chciałam ich peszyć i przeszkadzać im. W końcu one tu nie przychodzą bez powodu tylko po to, aby realizować swoją pasję malowania i tworzenia.
A ja przyjechałam aby zobaczyć tę ich pasję no i spotkać się z Joanną.

Bo tak to już jest, że często po latach, gdy już jesteśmy wolne od obowiązków, od pracy zawodowej, od znoszenia i wykonywania często beznadziejnych poleceń swoich przełożonych… 
Gdy już dzieci dawno wyfrunęły nam z gniazd a wnuki przychodzą po to żeby się do nas przytulić i opowiedzieć nam jakich mają nowych przyjaciół na FB albo że rodzice kupili im pieska...

To właśnie wtedy i to niezależnie od tego jakie szkoły kończyłyśmy  wraca do nas marzenie o tym aby zrealizować się i zacząć robić to czego nie miałyśmy odwagi robić dotychczas.

Jedne zaczynają śpiewać w zespołach, chociaż ukończyły na przykład archeologię.

Inne zaczynają pisać książki, chociaż z wykształcenia są ekonomistkami.

A jeszcze inne zaczynają rzeźbić albo fotografować.

Albo malować. Tak jak te Dziewczyny które miałam przyjemność poznać 7 lutego w Centrum Kultury im. Marii Konopnickiej w Ciechanowie.

Dziewczyny malowały w skupieniu. Nie chciałam im przeszkadzać i spoglądać przez ramię ani też być za bardzo wścibska. Więc usiadłam razem z nimi przy stole i tylko patrzyłam.

W pewnym momencie przyznałam się do swojego największego kompleksu.
-Mój ojciec był rzeźbiarzem i malarzem – powiedziałam – a ja jestem antytalentem …
- A może dam Ci farby i spróbujesz? – zapytała Joanna.
- Nie Joasiu, nie chcę się skompromitować …- odpowiedziałam.

Joanna, która przepięknie maluje krążyła dookoła Dziewczyn i udzielała im fachowych porad. Robiła to w sposób niezwykle kulturalny. Niczego nie narzucała, ona tylko sugerowała, bo tak czynią tylko profesjonaliści, którzy wiedzą że prawie w każdym człowieku tkwi jakiś talent. I ten talent trzeba umieć umiejętnie wydobyć. W przeciwnym wypadku można go spłoszyć.

Na dworzec PKP wracałam ulicą Henryka Sienkiewicza.
Była piękna pogoda, świeciło słońce, śpiewały ptaki.
Udało mi się zrobić zdjęcia kilku tablicom które informują o historii i ciekawych wydarzeniach z życia Ciechanowa. Wiem, że są słabej jakości ale bardzo się śpieszyłam. No i słońce miałam za plecami.




Dziewczyny – jesteście wspaniałe. Życzę Wam coraz większej śmiałości i realizacji planów…

Malujcie nadal. Proszę Was.

A ja obiecuję, że wrócę do Was latem.

środa, 20 lutego 2019

Zadziwiające zjawiska przyrodnicze


/Podaję za informacją z jednego z numerów  Angory-Peryskop/

1. Pajęcze drzewa

Pakistan na przełomie 2010 i 2011 r. nawiedziła fala powodzi, która zalała ponad 20% kraju. Przyniosło to niespodziewane konsekwencje w świecie pająków. Uciekające przed żywiołem zwierzątka opanowały drzewa, otaczając kokonami swoich sieci ich korony.

2. Deszcz żab - czyli jedna z plag egipskich...

Wiosną 2009 roku w prefekturze Ishikawa w Japonii spadł deszcz żab, ale nie zanotowano tu nawet najmniejszego wiatru, a co dopiero trąby wodnej.

3. Kraina burz

Leży w Wenezueli w rejonie, w którym rzeka Catatumbo wpływa do jeziora Maracaibo. Wyładowania elektryczne trwają tu od 140 do 160 dni w roku mniej więcej przez dziesięć godzin na dobę – w tym czasie pojawia się średnio 2800 piorunów /rocznie jest ich ponad 40 tysięcy/

4. Wędrujące kamienie

Nie wiadomo w jaki sposób zmieniają swoje położenie gigantyczne głazy leżące na powierzchni wyschniętego jeziora Racetrack Playa w kalifornijskiej Dolinie Śmierci. Kamienie robią to raz na kilka lat, Jedynym świadectwem przemieszczania się głazów są żłobione przez nie koleiny.

5. Czerwony przypływ

W Stanach Zjednoczonych na Zachodnim Wybrzeżu można obserwować czerwony przypływ – nietypowe zjawisko wytworzone przez kwitnące algi morskie.

6. Tornado ognia

Ta śmiertelnie zabójcza kombinacja wysokiej temperatury i porywistego wiatru połączona z kłębiącym się ogniem zaatakowała w 2010 roku brazylijskie miasto Aracatuba w stanie Sao Paulo.
---------------------------------------------------------------------------
Widzieliście kiedyś na własne oczy jakieś niesamowite zjawisko przyrodnicze? 

Na mnie parę lat temu w środku upalnego lipcowego dnia zaczął nagle padać śnieg. Byłam na swojej podwarszawskiej działce, wyrywałam chwasty, gdy pociemniało a po chwili trawa zrobiła się biała. A płatki śniegu miały średnicę kilku centymetrów. Uciekłam szybko do domku i przez okno patrzyłam zdziwiona na to zjawisko. Po paru minutach po śniegu nie było śladu... I słońce wyszło zza ciemnej chmury...

poniedziałek, 18 lutego 2019

W Krainie Łemków /XI/- pisarze i poeci związani z Muszyną


O tym, że malutka uzdrowiskowa miejscowość Muszyna leży na Małopolskim Szlaku Literackim dowiedzieliśmy się zaraz nastepnego dnia po przyjeżdzie podczas naszego pierwszego spaceru po tym miasteczku. /A w Muszynie byliśmy od 19 września do 10 pażdziernika 2018 roku na leczeniu sanatoryjnym i .... nie możemy stamtąd "wrócić"/.W dzielnicy miasteczka zwanej Podzamczem natrafiliśmy na tablicę informującą nas o poecie i dziennikarzu Adamie Ziemianinie. Ten twórca urodził się w Muszynie i do dziś można oglądać jego dom rodzinny przy ulicy Ogrodowej. A zadebiutował na łamach "Zycia Literackiego" w 1966 roku. A potem zaczął działąć w ramch tzw. Nowej Fali, czyli "literatury mówiącej wprost".Do grupy tej należeli m.inn. Julian Kornhauser, Adam Zagajewski, Stanisław Barańczak i Ryszard Krynicki.  Adam Ziemianin znany jest z wielu tomików wierszy i z tekstów pisanych dla grupy o nazwie "Stare Dobre Małżeństwo". 


Pochodzący z rodziny o mieszanych ukraińsko-polsko-niemieckich korzeniach poeta Jerzy Harasymowicz był z kolei załozycielem grupy poetyckiej o nazwie Muszyna. Starszy od Adama Ziemianina  traktowany był przez niego jak Mistrz. Był laureatem wielu nagród literackich...
Jerzy Harasymowicz poznał "Państwo Muszyńskie" w latach 1949-1951 będąc adeptem w zawodzie leśnika. W Muszynie spędził wiele miesięcy, poznał doskonale jej piękne okolice włócząc się po jej lasach i rezerwatach. Wracał potem często do Muszyny a gdy wracał to siadał na tej ławeczce. Więc i my zmęczeni wędrówkami siadaliśmy czasami na tej ławeczce mając za plecami napis: "Zawsze kiedy tam wracam siadam na ławce z księżycem". Jest to bowiem stojąca na rynku Ławeczka Jerzego Harasymowicza.

Kim był Edward Stachura nie muszę nikomu mówić. Jako że w niektórych dziedzinach życia mamy niesamowite szczęście to "spotkaliśmy się" ze Stachurą w znajdującej się po drugiej stronie rynku kawiarni Szarotka. Spotkaliśmy Go tam kilka razy, bo często do Szarotki przyciągała nas atmofera tego miejsca i pyszna szarlotka. A STEDA - bo taki był pseudonim literacki Edwarda Stachury przyciągnęła do Muszyny najprawdopodobniej miłość do Danuty Pawłowskiej  Można o tym przeczytać na ścianie kawiarni. Więc czytaliśmy sobie i na pamiątkę zrobiliśmy zdjęcia. Powiększcie sobie proszę to zdjęcie.



Edward Stachura był typem bardzo skomplikowanym i nadwrażliwym. Nie mógł poradzić sobie ze światem i ze sobą. Pisał o tym w swoich utworach. A zakończył życie bardzo młodo popełniając samobójstwo w wieku 38 lat. 
I jeszcze na koniec najbardziej znany utwór Edwarda Stachury...Domyślacie się jaki - prawda???
https://www.youtube.com/watch?v=8AW8aHimMnk


sobota, 16 lutego 2019

Błękit


- A jutro gdzie pojedziesz?- zapytałam Młodszego poprzez FB gdy już odpoczął po zdobyciu najwyższego szczytu Maroka i Afryki Północnej /mój tekst z 1 lutego 2019 r/.
- Do błękitnego miasta - odpisał mi. 
I pojechał.
1

2

3

4

5

6

                                                7 

8

9

10

11


12
               
               
13


                                                14  

15

16

17


18

19



20

21

                                    22  
Miasteczko, założone w XV wieku przez Mulaja Ali ben Raszida, a rozbudowane o kazbę za panowania Mulaja Ismaila w XVII wieku, długo opierało się obcym - aż do 1920 roku, kiedy to zdobyli je Hiszpanie, było całkowicie zamknięte dla chrześcijan. Dziś wielu mieszkańców utrzymuje się z turystyki.
A skąd wszechobecny błękit? Jedni mówią, że to pozostałość po zamieszkujących miasteczko Żydach, przybyszach z Hiszpanii, którzy jeszcze w pierwszej połowie XX wieku posługiwali się nieużywanym na Starym Kontynencie od 400 lat dialektem kastylijskim i kultywowali tradycje rymarskie nieznane współczesnym Hiszpanom. Mieli oni malować swoje domy na niebiesko, tak by zatrzeć granice między ziemską egzystencją a niebem. Inni tłumaczą, że błękit domów miał chronić ich mieszkańców przed „złym okiem” i urokami. Jeszcze inni - że malowanie ścian na niebiesko świetnie odstrasza komary. I kto wie, jak to było, jest naprawdę? Może i błękit Szafszawanu odstrasza komary - za to jak magnes przyciąga turystów. Może i chroni mieszkańców przed urokami, na pewno jednak zaczarowuje wszystkich tych, którzy tu przyjeżdżają. 
-----------------------------------------------------------------------------------
Zdjęcia w marokańskim miasteczku Szafszawan były robione 2 lutego 2019 roku.
Które zdjęcie wybieracie???


czwartek, 14 lutego 2019

Miłość

LUDZIE
Konstancja Nowina Konopka
Agencja Fotograficzna Edytor
Iran. Przestrzeń miejskiego autobusu w Teheranie jest podzielona z przyczyn kulturowo-religijnych.
Osobno podróżują kobiety, osobno mężczyźni.
Miłość nie zna tych granic.
1 maja 2017.


To zdjęcie zeskanowałam dla Was z 21 numeru Magazynu Stowarzyszenia Autorów ZAiKS.
Przepisałam też wiernie to co zostało o nim napisane.
Dziękuję, jeśli coś na jego temat napiszecie.

poniedziałek, 11 lutego 2019

Obiecuję że nie przewróci mi się w głowie....

Kochani Moi!
W numerze 2/270/ - luty 2019 Gazety Kulturalnej Zelów znalazłam na stronie 18 i 19 recenzję mojej książki o Warszawie.
Napisał ją poeta i krytyk Andrzej Gnarowski.
Będzie mi bardzo miło jesli tę recenzję przeczytacie. I jeśli osoby, które mają i znają moją książkę napiszą na temat tej recenzji parę słów.
Zrozumiem też, jeśli recenzji nie przeczytacie - jest dość długa i nieco skomplikowana.
Recenzja jest dostępna na stronie Gazety Kulturalnej. Ale Gazeta w formie papierowej wydawana jest w niewielu egzemplarzach tylko dla osób zainteresowanych.
Dlatego pozwoliłam sobie przepisać ją dla Was.



Vademecum osobliwości

Warszawa jest płaskim miastem i wschód słońca zaczyna się nad nią z daleka, latem pastelowo przejrzysty, różowy i siny, zimą pomarańczowy i ostry”. A. Żuławski

Lektura trzeciej książki Jadwigi Śmigiery „Moje warszawskie zwariowanie” uświadamia nam, że autorka posiadła wiedzę historyczną, której te stronice zawdzięczają wiarygodność do jakiej powinny predystynować. 
A może anioł stróż prowadził ją – jak aniołowie prowadzili proroków. Sytuacja (nawet niepełnej) informacji wymaga dużej przenikliwości, daru obserwacji nawet drugorzędnych zdawałoby się szczegółów i zarazem dobrej pamięci. Tylko w taki sposób można przeniknąć do tajemniczych zakamarków sumienia i świadomości czytelników. 
Tytuły poprzednich książek „Zwariowałam” i „Nadal wariuję” (na pierwszy rzut oka mogą wydać się nieco enigmatyczne) słownik wyrazów bliskoznacznych wymienia cechy charakterystyczne słowa „zwariowanie” – w piętkę gonić. Mieć bzika, ćwieka, młynka, fioła, chysia. Mieć kręćka, fiksum dyrdum. Nie pytajmy – czy w tym zwariowaniu jest metoda? 
Tworzenie jest sprawą szaleńczo subiektywną – osobną. Teza ta jest jednym z podstawowych wyznaczników dzieła i otwiera przed nami perspektywy interpretacyjne. Dlatego, że zapewnia piszącemu tzw. „zinstytucjonalizowane współistnienie”. Nad autorką tej książki spoczywał obowiązek przekazania faktów – i, że z jednej strony chroni ją przeszłość, a z drugiej przyszłość. A więc może poczuć się bezpieczną – nie strząsając z siebie teraźniejszości jak kropli wrzącej wody. 
Z duchem epoki rusza w dalszą drogę. Poznajemy sekrety miasta – a zwłaszcza damskie sekrety, które mają skłonność do poetyckości. To one przychodzą jako informacje. Nie my je stwarzamy – one po prostu są. 
Wyłaniają się ze świata dzieciństwa: „Tu się urodziłam i tu całe życie mieszkam”. O Warszawie wiemy jeszcze, że jej tajemnica leży w nieodwołalności wyroku, gdzieś, kiedyś, wszak orzeczonego. W okresie Księstwa Warszawskiego (1807-15) nastąpiło wielkie ożywienie – wtedy podjęto szersze plany urbanistyczne. Dzisiaj o Księstwie Warszawskim mówi się często z szyderstwem i pogardą „rosyjski komunizm zapanował nad pobitym, wykrwawionym miastem europejskim”. 
Trzeba się nauczyć tak właśnie patrzeć na miasto, żeby wzbogacić jego perspektywę o nasze najprawdziwsze i najgłębsze uczucia. Dostrzegać poszczególne ulice, obrazy i widoki, które będą nam przywoływać na myśl różne stany duszy. Może się zdarzyć, że kochamy swoje miasto (jak zdarzyło się autorce) jak kocha się rodzinę. 
Portret miasta posiada już określone własne miejsce w ogromnym ciągu poezji i prozy płynącym przez stulecia. Czasem tylko, spoza tych rzeczy bliskich i bezspornych wyłania się twarz naszych czasów – wysmukłe drzewo, księżyc pomiędzy kwadrą a pełnią, plaster chmury i kościelna wieża. Śmigiera potwierdza regułę, że pisarze to istoty wrażliwe – całą jej uwagę pochłania miasto, które jest jej Małą Ojczyzną. 
Myślę, że bez wahania dostrzeże różnicę pomiędzy wiosenną burzą – a starotestamentowym potopem. A to oznacza, że nie wpatruje się w przestrzeń (nazwijmy to przestrzenią wewnętrzną) bez potrzeby – nie widząc tej drugiej strony i mając mnóstwo informacji do przetworzenia, którą trzeba pochwycić samej, bo nikt jej nie przekaże. 
Rzetelna informacja polega na niewyobrażalnym stopniu autentyzmu i namacalności. 
Kobiety wysyłają wyobraźnię w przeszłość i umiejscawiają ją w konkretnych punktach – autorka ma jakieś swoje miejsce w życiu, które jest jej oknem na świat. 
Obecne i niezbędne, które zdolne jest uczynić zeń sugestywną egzemplifikację niepowtarzalnych wrażeń i doznań np. „Park Łazienkowski, czyli Łazienki Królewskie, uważany jest za najszczęśliwsze miejsce w Warszawie”. To jedna z osobliwości, która tworzyła z naszymi poprzednikami przeszłość, tak jak współtworzy z nami teraźniejszość. 
Druga osobliwość to „Pałacyk Szustra, który znajduje się w Parku Morskie Oko (byłem przed laty na ślubie wybitnego poety R. Śliwonika, który wspominam z rozrzewnieniem).
 Do którego ze światów przenikających się nawzajem w wielowymiarowej rzeczywistości powinniśmy zaliczyć Stare Miasto – o którym autorka wspomina w rozdziałach: „Ten drugi rynek”, „Poszłam na Stare Miasto”, „Jak to było z odbudową warszawskiego Starego Miasta”. Potem „Tajemnice Placu Zamkowego” z Kolumną Zygmunta (wzniesioną w 1644 r.) i oczywiście Zamek Królewski powstały z ruin.

 Na wyciągnięcie ręki Krakowskie Przedmieście – fasady domów, odbudowanych podług siedemnasto, osiemnasto i dziewiętnastowiecznego stylu... Autorka postanowiła nie pogrążać nas czytelników widokami (które pamiętam z młodości) czyli dzikiej, nożowniczej i lumpenproletariackiej Warszawy. Z nieporządkiem płyt chodnikowych ułożonych niechlujnie i wysterczających się tu i ówdzie – psując wrażenie europejskiego ładu. 
„Salonem Warszawy” autorka- varsavianistka (cokolwiek to znaczy) nazwała tę część miasta: „To wyjątkowa przestrzeń, a a właściwie ciąg kilku ulic – Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat i Aleje Ujazdowskie – zwana jest też Traktem Królewskim, bo tędy jeździli królowie z Zamku do Łazienek i dalej do Wilanowa”. Idąc Traktem Królewskim napotykamy na swej drodze m.in. „Pałac Prezydencki”, „Hotel Bristol”, „Uniwersytet Warszawski”, „Kościół św. Krzyża z sercem Chopina”, „Polską Akademię Nauk”. 
Za Świętokrzyską wchodzimy w Nowy Świat (o którym wiadomo, że cały świat był zawsze Nowym Światem) za kawiarnią wpisującą się wówczas w życie kulturalne miasta (czego przykładem był słynny kabaret „Dudek”). Nieopodal sklepu muzycznego dostrzeżemy tablicę upamiętniającą grupę poetycką „Skamander” z J. Iwaszkiewiczem w roli głównej. Pod numerem 35. mieści się Najstarsza Cukiernia Bliklego (otwarta w 1869 roku) – o słynnych pączkach i tortach Bliklego autorka pisze ciepło i ze smakiem. 
Może właśnie trzeba iść za głosem natury, głosem emocji i trochę (lekce sobie ważąc) pułapki cywilizacji. 
Lewobrzeżna część Warszawy czyli Praga w rozdziale „Obrzydliwa” – mamy zarówno efektowną wycieczkę w krainę „wszechmożliwości”– jak również powrót w gigantyczne ludzkie mrowisko pod dachem świata z odległej przeszłości: „o Pradze myślałam jak o siedlisku prostytutek i złodziei, z podwórkami pełnymi pijaków. Ironia losu spowodowała, że zamieszkałam niedaleko niej i mieszkam tu do dziś (...) „Ci, którzy mieszkają na Pradze (perłą tej dzielnicy jest słynny Bazar Różyckiego) od urodzenia i „z dziada pradziada” twierdzą, że ta dzielnica ma swoje „genius loci”. 
Uznajmy to – za swoisty reportaż krajoznawczy, który spełnia rolę przewodnika turystycznego (opracowany szczegółowo). W świadomości mieszkańców Praga pełni zapewne rolę medium, poprzez które dokonuje się projekcja przeszłości na wydarzenia współczesne (należy dodać, że jest ich wiele). 
Jadwiga Śmigiera świadoma wagi tematu posiada niekłamany dar poruszania czytelniczej wrażliwości. Unika skrajności – jest jakby pośrodku, w samym centrum życia – żywioły kłębią się i przenikają.

Świat (a w nim Warszawa) jest jedną nieustającą eksplozją. Jedni uważają, że nie była i nie jest piękniejsza od Pragi Czeskiej, Budapesztu, Wiednia, Paryża czy Rzymu. Drudzy sądzą, że jest najpiękniejszym miastem świata.
Sądzę, że czas miłowania – w naszej epoce przegląda się w czasie nienawiści, a czas pokoju w czasie wojny. 
Na stronie 189 czytamy: „Nie można zrozumieć Warszawy, nie wczuwając się w jej historię poprzez pryzmat najbardziej tragicznego i „bohaterskiego zrywu mieszkańców stolicy, który przeszedł do historii pod nazwą Powstania Warszawskiego”. W związku z tym wydarzeniem (bez precedensu) powinno się wspomnieć o pokoleniu, które wierzyło w sprawdzone, patriotyczne „sensy i chrześcijańskie odniesienia”. 
Poeci tamtego czasu jak: Czechowicz, Gajcy – a zwłaszcza Baczyński. Świadek historii, którą chcąc czy nie chcąc współtworzył. Przed śmiercią napisał wiersz „Warszawa” oto fragment: „Miasto groźne jak obryw trumny. / Czasem głuchym jak burz maczugą / zawalone w przepaść i dumne / jak lew czarny, co kona długo.” Znaleźliśmy się jakby za progiem cywilizacji – wygnani w obszary zupełnie nas nie pragnące. Jak w „Wielkim Tygodniu” Jerzego Andrzejewskiego, „gdzie wiosennie ubrani warszawiacy zbierali się na placu Krasińskich u muru getta (...) i patrzyli na skaczące ze złotych okien ludzkie ciężkie ciała bojowców żydowskich przypartych pożarem (...) i kobiet wyskakujących aby zabić siebie i dziecko trzymane na sobie”. 

Muszę przyznać, że moją „ciekawość” rozbudził fakt, że ojcem autorki był artysta rzeźbiarz Leon Machowski. W poprzedniej książce autorka zamieściła kilkanaście czarno białych zdjęć rzeźb, które są jej własnością. 
To jednak nie jest pełny obraz, żeby zrozumieć jak artysta budował swój światoobraz z elementów najbardziej typowych, z tworzywa, które najbardziej przystaje do rzeczywistości. Nie ma tu przesadnej prostoty, ale nie ma również nadzwyczajnego bogactwa. 
Jest to, co być powinno. 
Ekspresja kształtu rzeźbiarskiego zawsze gwarantuje niespodzianki twórcze. 
W książce, o której mowa (obecnie) czytamy o jeszcze jednej osobliwości – o nagrobku książąt Mazowieckich: „Zniszczony nagrobek (w katedrze św. Jana) został zrekonstruowany i umieszczony w prawej nawie katedry, podstawą rekonstrukcji był odlew gipsowy nagrobka, dokonany w okresie międzywojennym. Przetrwał on wojnę i znajdował się w Muzeum Historycznym miasta stołecznego Warszawy. Według znawców rekonstrukcja została dokonana w sposób mistrzowski. Podjął się jej w 1966 roku mój ojciec”.

Ze wspomnianego „epizodu” wrażliwy czytelnik wybierze ten motyw, który jest mu najbliższy – jeśli autor odsunie go na drugi plan albo nie wykrystalizuje go w pełni – w czytającym wytwarza się stan oczekiwania. Może autorka rozszerzy ten temat?

PS. W odzie do miłości własnej – do miłości bliźniego (do miejsc, w których się przebywa – uczestnictwem w twardych realiach życia codziennego – w takim, a nie innym miejscu) uświadamiamy sobie (wraz z autorką) psychologiczny ciężar genetycznego dziedzictwa, w którym to najbardziej nieszczęśliwi odnajdują szczęście, dające poczucie mocy i bezpieczeństwa...

Andrzej Gnarowski



sobota, 9 lutego 2019

Warszawski luty


1. 1 lutego 1925 roku Stacja Doświadczalna Warszawskiego Towarzystwa Radiotechnicznego przy ulicy Narbutta nadała pierwszą oficjalną audycję radiową w Polsce.

2. 1 lutego 1944 roku Oddział specjalny Kedywu Komendy Głównej AK „Pegaz” dokonał udanego zamachu na Franza Kutscherę, dowódcę SS i Policji dystryktu warszawskiego. Akcja odbyła się na rogu Alei Ujazdowskich i Chopina. W odwecie 10 lutego okupant rozstrzelał 140 osób w ulicznej egzekucji przy ulicy Barskiej.

3. 7 lutego 1908 roku w Warszawie uruchomiono Elektrownię Tramwajów Miejskich.

4. 10 lutego 1648 roku król Władysław IV Waza nadal prawa miejskie osadzie leżącej po drugiej stronie Wisły naprzeciwko Starego Miasta i dzisiejszego Mariensztatu czyli Pradze. Centrum miasta znajdowało się w rejonie dzisiejszego Parku Praskiego i Ogrodu Zoologicznego.


5. 10 lutego 1919 roku w Warszawie zainaugurował obrady Sejm Ustawodawczy, zwany Konstytuantą. Był on jednoizbowym organem parlamentarnym wybranym dla uchwalenia konstytucji II Rzeczypospolitej. Ostatnie posiedzenie Sejmu odbyło się 27 listopada 1922 roku.
 

6. 12 lutego 1784 roku w obecności króla Stanisława Augusta nadworny chemik i mineralog Stanisław Okraszewski dokonał udanej próby wypuszczenia w powietrze nad Warszawą balonu napełnionego wodorem.

7. 20 lutego 1578 roku przed kościołem św. Anny w Warszawie w imieniu chorego umysłowo księcia Prus Albrechta Fryderyka sprawujący nad nim kuratelę Jerzy Fryderyk von Anzbach złożył hołd lenny królowi Stefanowi Batoremu /był to jeden z tzw. hołdów pruskich, pierwszy złożony w Warszawie/.

8. 24 lutego 1833 roku Teatr Wielki w Warszawie zainaugurował działalność. Pierwszą wystawioną sztuką był „Cyrulik Sewilski” Gioacchina Rossiniego.



9. 27 lutego 1861 roku odbyła się manifestacja patriotyczna w Warszawie krwawo stłumiona przez wojsko rosyjskie. Poległo pięciu demonstrantów, których pogrzeb 2 marca na Powązkach przerodził się w kolejną demonstrację patriotyczną.
-----------------------------------------------------------------
Mam prośbę do wszystkich czytających...

Napiszcie proszę które z tych wydarzeń miało według Was największe znaczenie dla Warszawy i dla Polski.

P.S. Tekst opracowałam na bazie artykułu znajdującego się w 2 /107/ numerze miesięcznika Skarpa Warszawska.

czwartek, 7 lutego 2019

Morskie Oko nasze...



Jeszcze Polska nie zginęła,
Wiwat plemię lasze
Słuszna sprawa górę wzięła,
Morskie Oko nasze”.
To znany aktor i zapamiętały miłośnik Morskiego Oka Ludwik Solski ułożył do melodii „Mazurka Dąbrowskiego” taką właśnie okolicznościową zwrotkę. A stało się to po tym jak w granicznym sporze między Galicją a Węgrami o tytuł do własności połowy Morskiego Oka zapadł w roku 1902 sprawiedliwy wyrok sądu polubownego w Grazu. Wyrokiem sądu całe Morskie Oko przyznano Galicji. Fakt ten zawdzięczamy Oswaldowi Balcerowi, którego znakomicie skonstruowany wywód prawny przyczynił się do tego zwycięstwa.
Morskie Oko to emocjonalny symbol Tatr. To nad brzegiem tego owianego legendami górskiego jeziora członkowie założonego w roku 1873 Towarzystwa Tatrzańskiego /a więc dr. Tytus Chałubiński, ks. Józef Stolarczyk, Walery Eljasz –Radzikowski i inni/ znajdowali skrawek wolnej Ojczyzny. Poeta powiedziałby, że spoglądając na szybujące nad szczytami orły widzieli w ich skrzydłach białe pióra…
O Morskim Oku prawiły dziwy prastare legendy, opowiadane przez pasterzy góralskich, kłusowników, poszukiwaczy leczniczych ziół i legendarnych skarbów. Wedle niektórych jest ono połączone z Morzem Bałtyckim albo nawet Śródziemnym i skrywa na dnie wielkie skarby, takie jak na przykład szkatułka z perłami weneckiego kupca i kociołek ze zbójeckimi dukatami pilnowany przez tajemniczego Króla Złotych Węży. Wedle przekazów, na jego dnie znajduje się też popiersie cesarza Franciszka Józefa zrzucone z Rysów przez taterników. Według innej legendy jakiś „pan Morski” łzami po stracie ukochanej córki wypełnił skalną misę jeziora. Niektórzy z opowiadających słyszeli podobno podziemne dzwony kościoła zapadłego w skały Żabiego.
A wspomniany Król Złotych Węży ma w masywie Mięguszowieckich Szczytów swe mieszkanie. I w gorące letnie dni wypełza na skały i grzeje się na słońcu. Na głowie ma złotą koronę, a w niej cudownie lśniący brylant. Bajecznego węża można czasami oglądać jak okręca splotami wierchy.
O Morskim Oku i o otaczających go szczytach powstawały legendy. Opowiadano je dzieciom, pisano o nich poematy, malowano je na romantycznych obrazach.
Dwieście lat temu pojawili się nad tym jeziorem pierwsi poszukiwacze skarbów i ziół. Po nich nadeszli romantyczni łowcy przygód, tacy jak Helena i Rafał z „Popiołów” Żeromskiego. Potem poeci, malarze i miłośnicy pierwotnej przyrody. Zjawili się oczywiście i uczeni, którzy chcieli wszystko dokładnie zbadać, zmierzyć i opisać. Ale wspomnę tylko o Stanisławie Staszicu. Nie będę wymieniać, którzy malarze malowali Morskie Oko. Krócej będzie, jeśli napiszę, że prawie wszyscy. Przecież nie jedno muzeum czy galerię w Polsce i za granicą zdobią obrazy przedstawiające to jezioro.
Nie będę też pisać ile poematów powstało na jego temat. Ani ile utworów muzycznych zawiera w sobie szum potoków i wodospadów spływających do Morskiego Oka. To tam wielcy muzycy tacy jak Mieczysław Karłowicz usłyszeli i przelali na pięciolinię muzykę gór.
W wodach Morskiego Oka do dzisiaj żyją pstrągi. Znajdują się one pod ochroną i nikomu ich łowić nie wolno.
Otoczenie jeziora jest obszarem niezwykle cennym przyrodniczo. Rosną tu okazałe limby, które można zobaczyć wędrując ścieżką wokół jeziora.
I jeszcze tylko kilka danych:
Morskie Oko ma powierzchnię 34,5 ha /według innych danych 34,9 ha/. Jego głębokość sięga 50,8 metra. Woda ma barwę zieloną, a przeźroczystość sięga 11-14 metrów. Położone jest na wysokości 1395 m.n.p.m.
-----------------------------------------------------------------------------------
To jezioro i jego otoczenie to bajka.
Niestety, w tej bajce występuje za dużo turystów, a szczególnie pseudo-turystów.
Według „The Wall Street Journal” jest to jedno z pięciu najpiękniejszych jezior świata. 


wtorek, 5 lutego 2019

Kamienne Schodki czyli ....."Warszawa w filmie"

Ten tekst dedykuję HENRYKOWI, który właśnie czyta moją książkę o Warszawie.


Niektórzy z Was pamiętają może, że w książce „Moje warszawskie zwariowanie” jeden tekst poświęciłam uliczce Kamienne Schodki. Był to tekst pt: Warszawskie schodki do nieba.

Znany varsavianista Jerzy S.Majewski w książce „Spacerownik Warszawa w filmie”, tak napisał o Kamiennych Schodkach, które są najbardziej stromą uliczką Warszawy:

Od dwóch stuleci to ulubiony plener warszawskich malarzy i fotografików, a co najmniej od lat 30. XX wieku także filmowców. Ci upodobali sobie wątek ratowania dziewczyn osaczonych na tej wąskiej uliczce niedającej szans na ucieczkę.”

I dalej…
W filmie „Młody las”/reż Józef Leites, 1934/ dziewczynę niosącą bibułę brutalnie zaczepia cywilny agent rosyjskiej ochrany, a ratuje ją dzielny gimnazjalista – ciosem w szczękę zrzuca tajniaka ze schodów.
W „Małżeństwie z rozsądku” Andrzej /Daniel Olbrychski/ wyobraża sobie, że na Kamiennych Schodkach pokonuje bandę chuliganów, którzy osaczają Joannę /Elżbieta Czyżewska/. Sam kładzie wszystkich pokotem, a Joanna oddaje mu serce. 

Bareja powtórzy podobną scenę kilkanaście lat później w serialu „Zmiennicy”/reż Stanisław Bareja - 1986-87/ . Tu podobnie jak wcześniej bohater kreowany przez Olbrychskiego tak teraz Jacek Żytkiewicz /Mieczysław Hryniewicz/ będzie wyobrażał sobie jak ratuje Kasię / Ewa Błaszczyk/.

Kamienne schodki pojawiają się też w scenach mniej dramatycznych m.inn w filmach „Lekarstwo na miłość” / Jan Batory, 1966/ czy „Och Karol 2" /reż Piotr Wereśniak, 2011/. W tym ostatnim Karolowi Górskiemu /Piotr Adamczyk/ wydaje się, że gdy schodzi po schodkach oglądają się za nim tłumy pięknych kobiet. „Pomysł, że spędzę resztę zycia z jedną, tylko jedną kobietą przeraża mnie” - mówi pod wpływem tej wizji psychoanalitykowi”

Jak pisze autor książki Warszawa to najbardziej filmowe miasto Polski a jej budynki od początku XX wieku występują zarówno w rolach głównych jak i w tle ruchomych obrazów.

A mnie jako osobę beznadziejnie zakochaną w swoim mieście także  i ten fakt bardzo cieszy.

A książkę polecam nie tylko warszawiakom. Jest niezwykle ciekawa.


Poznajecie kto jest na okładce książki.? I z jakiego to filmu zdjęcie?

Uzdolnione Dziewczyny z Ciechanowa

- Muszę już wracać – powiedziałam do Joanny, gdy już wszystkie wypiłyśmy kawę – bo kupiłam sobie powrotny bilet. No i po tej operacji nogi...