środa, 20 czerwca 2018

Cytaty z "Lapidarium VI"

Wszystkim osobom, które wypowiedziały się pod moim poprzednim tekstem serdecznie dziękuję.



Co pewien czas wracam do książek Ryszarda Kapuścińskiego.
Ostatnio w „Lapidarium VI’ znalazłam takie słowa: Cytuję:

Coraz bardziej dominuje praktyczne podejście do książki: ludzie szukają w niej informacji – encyklopedycznej, językowej, podróźniczej.
Tymczasem najbardziej napracowałem się nad opisem cienia, które rzuca drzewo, nad opisem milczenia rzeki, która płynie przez Saharę. Ale na te obrazy krytycy nie zwracają uwagi. Ich interesuje polityka, socjologia, gospodarka”.

I jeszcze drugi cytat:

"Młodzi ludzie często nie wiedzą czym jest literatura, najwyraźniej ich tego nie uczą. Oto relacja z matur w "Gazecie Wyborczej z 7 maja 2003. Maturzyści - którzy liczyli na pewniaki po wczorajszym pisemnym w polskiego znowu się zawiedli. Miało być o terroryzmie i o wojnie. Pudło. - A gdzie Unia Europejska" - kręcili nosami maturzyści"
Jakaż to smutna pomyłka. Dlaczego nie mówi się im, że literatura i wiadomości dziennika telewizyjnego to są różne rzeczy? Że literaturą jest piękno poezji Norwida, mądrość  "Czarodziejskiej góry" Manna, głębia dramatów Szekspira, a nie komunikaty z frontu wojny irackiej czy paragrafy umowy z Unią Europejską?

"Lapidarium VI” zostało wydane w 2007 roku, a powstało z pewnością parę lat wcześniej.
Czyli… już wtedy ... już wtedy tak było.

Dla pocieszenia dla wszystkich tych którym bliższy jest "ten cień" i "to milczenie rzeki" …. ta majowa łąka.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Przyznam się, że dwóch książek nie czytałam



Ostatnio w Onecie ukazał się tekst pt: „15 książek, które trzeba przeczytać przed śmiercią”. Oto one:

1. „Mały książę” - Antoine de Saint – Exupery.
To chyba książka mojego życia. Nie wiem czy przeczytałam ją sto czy pięćset razy. Mogę czytać zawsze i wszędzie. A właściwie to nie muszę jej czytać, bo znam ją na pamięć.

2.”Sto lat samotności” - Gabriel Garcia Marquez
Przeczytałam jeden raz. Zapamiętałam wiele zdań. Na przykład takie: „Człowiek nie należy do żadnej ziemi, póki nie ma w niej nikogo ze swoich zmarłych”.

3.”Dziennik Anny Frank” - Anne Frank
Akurat wkraczałam w dorosłe życie, gdy sięgnęłam po tę książkę. Byłam przerażona, chodziłam jak błędna, podobno do wielu osób się nie odzywałam. Nigdy do tej książki już nie wróciłam, bałam się tego smutku, który mnie potem otoczy…

4.”Jądro ciemności” Joseph Conrad.
Pamiętam, że po przeczytaniu tej książki długo płynęłam jeszcze statkiem po Tamizie słuchając opowieści Marlowe o straszliwym zjawisku jakim jest kolonializm. Zaczęłam nawet przyglądać się swoim rysom i skórze i zastanawiać się czy nie jestem przypadkiem "rdzenną mieszkanką Afryki".

5. „Mistrz i Małgorzata” Michaił Bułhakow.
Czytałam tę książkę wiele razy. Z wielu powodów. Nie tylko z zachwytu, ale także z powodu niezrozumienia wielu symboli a także z powodu wielu zawarthych w niej niedopowiedzeń. O tej książce wiele razy rozmawiałam z mądrzejszymi od siebie. I oni też mieli odwagę przyznać się, że nie wszystko było dla nich jasne.

6. „Zabójstwo Rogera Ackroyda” - Agatha Christie
Tej książki nie czytałam, chociaż jest to podobno wspaniały kryminał. Nie uważam kryminałów za książki wartościowe, chociaż Agatha Christie uważana jest za brytyjską królową kryminału. I zapewne na ten tytuł zasługuje.

7. „Dżuma” - Albert Camus
To była /o ile pamiętam/ lektura obowiązkowa w czasie gdy uczęszczałam do liceum. Nie mogłam jej nie przeczytać i nie napisać potem bardzo dobrego wypracowania. Historia zadżumionego miasta Oran zawsze mi się kojarzyła z naszym Zakopanem w którym wybuchła cholera za czasów doktora Chałubińskiego /w 1873 roku/. I z tym jak różnie ludzie podchodzą do spraw najtrudniejszych.

8. „Proces” Franz Kafka
Oczywiście, że czytałam. Tylko raz, ale to mi zupełnie wystarczyło. Książka o rodzącym się totalitaryzmie, o bezpodstawnym oskarżeniu niewinnego człowieka o czyn, którego nie popełnił jest bardzo trudna do czytania.

9.”Umiłowana” Toni Morisson
Nie czytałam tej książki. Mówi się, że jest doskonała chociaż przerażająca. Jak może bowiem nie przerazić opowieść o dziewiętnastowiecznej afroamerykańskiej niewolnicy, która zabija swoją córkę tylko dlatego  aby nie powtórzyła ona kiedyś jej losu…?
A więc z pewnością przeczytam.

10. „Jeden dzień Iwana Denisowicza i inne opowiadania” Aleksander Sołżenicyn.
Czytałam raz i więcej do tej książki nie wrócę. Niezwykły realizm opisu jednego dnia więżniów sowieckiego łagru spowodował, że sama poczułam się więżniarką…

11. „Sklepy cynamonowe” Bruno Schulz
Można powiedzieć, że tę książkę też znam na pamięć. Chodziłam nawet jej śladami po Drohobyczu. Pisałam o tym w tekście „Drohobycz” w dn. 4 czerwca br.

12. „Doktor Żywago” Borys Pasternak
Książka o podróży po Rosji i jej historii, o podróży w głąb człowieka i o miłości urzekła mnie chyba tak jak i wszystkich, którzy ją przeczytali.

13.”Zabic drozda” Lee Harper
To też książka o rasizmie. Wywarła na mnie wielkie wrażenie, tym bardziej, że gdy ją czytałam byłam bardzo młoda.

14. „Makbet” William Shakespeare
Nie wyobrażam sobie, że ktoś tej książki nie zna. To jest moralny obowiązek aby ją znać i wyciągnąć z niej wnioski.

15. „Folwark zwierzęcy” George Orwell
Zaraz jak tę książkę przeczytałam zrozumiałam na przykład dlaczego tak wiele osób mówi: „Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze od innych”.
No i z tymi „zwierzętami” to zawsze tak było…


Napiszecie które z tych książek wywarły na Was największy wpływ???
Z góry Wam dziękuję.
A w prezencie dla Was wszystkich ten bukiecik kwiatów polnych.

sobota, 16 czerwca 2018

I znowu ..... Miasteczko


Tym razem postanowiłam iść śladami Świętych.
       
Podjęłam taką decyzję patrząc na Świętego Krzysztofa, który według podań był olbrzymem sięgającym 4 metrów wzrostu. Był też bardzo silny więc przenosił pielgrzymów przez rzekę. Według legend zapadł się w dno rzeki pod ciężarem Dziecka. Zdziwiony usłyszał wówczas, że przenosił cały Swiat i tego który go stworzył.
Jest patronem mostów, przewoźników, kierowców i żeglarzy. Został przepięknie wyrzeżbiony na jednej z kamienic Przybyłów w Rynku.

A na kamienicy obok jest płaskorzeźba przedstawiająca tego Świętego, którego najbardziej lubią dzieci. To Święty Mikołaj. Był przedmiotem wielu legend. Najbardziej znana to ta, gdzie przedstawiony jest jako człowiek, który będąc bardzo bogatym zdecydował się poświęcić swój majątek na działalność charytatywną. I zaczął przynosić prezenty…

O Świętym Franciszku to właściwie wiadomo wszystko. Też pochodził z bogatego rodu. I jako młodzieniec prowadził beztroskie życie. Przełom nastąpił po walkach i krótkiej niewoli w Peruggi. Wtedy postanowił własnymi rekami odrestaurować kilka kościołów i zaczął żyć w ubóstwie. Pokochał zwierzęta i ptaki. Papież Jan Paweł II ogłosił go patronem ekologów. Stoi sobie w ogrodzie Klasztoru oo. Reformatów.

A Święty Antoni to patron osób i rzeczy zaginionych. Zasłynął ze wspaniałych kazań, w czasie których dokonywały się cuda. W Klasztorze oo. Reformatów znajduje się ołtarz z 1770 roku z obrazem Św.Antoniego.

Święta Anna – jak wiadomo była Matką Matki Boskiej. Pochodziła z królewskiego rodu Dawida. Otrzymała staranne wychowanie. Jej mężem był Joachim. Przez 20 lat małżonkowie nie mieli potomstwa. Dopiero mając 45 lat Anna urodziła córkę, której nadano imię Maryja.
W kościele Św.Anny w ołtarzu głównym znajduje się obraz przedstawiający Św.Annę z Panem Jezusem i Matką Boską.

Św.Maria Magdalena to jedna z dwóch Marii, które zastały pusty grób Jezusa. Gdy ukazał się jej Chrystus jako ogrodnik to pierwsza powiedział apostołom że On żyje.
W Kościele farnym /tym, który góruje nad Rynkiem/ w jednej z naw jest obraz, na którym Św.Maria Magdalena w towarzystwie aniołów stoi nad pustym grobem Jezusa.

Św. Jan Chrzciciel jak wiadomo ochrzcił Jezusa. Zaraz potem został ścięty na skutek spisku żony faraona. W kościele farnym w Miasteczku znajduje się pochodząca z 1587 roku kamienna chrzcielnica pokryta polichromią. Związana jest z warsztatem Santi Gucciego z Florencji, słynnego architekta i rzeźbiarza.

Kaplica Borkowskich i Witkowskich w Farze została ufundowana przez Elżbietę, córkę Jana Kochanowskiego z Czarnolasu. Jest to póżnorenesansowa kaplica o kolebkowym sklepieniu. Znajduje się w niej drewniany ołtarz z Chrystusem na krzyżu.

Jest jeszcze w Miasteczku wiele kapliczek i krzyży przydrożnych. I piękna biała postać Matki Boskiej stojąca pod Zamkiem.

-----------------------------------------------------------------------
A na koniec poszłam na Górę Trzykrzyską aby popatrzeć na świętość jaką jest dla mnie całe Miasteczko.


czwartek, 14 czerwca 2018

Znak jakiś chyba...


To było tak:
Dwa lata temu mój Pytalski czyli wtedy 7 letni młodszy wnuk powiedział:
- Babciu – mamy na działce tyle różnych ptaków. Mówiłaś że są sójki, kosy, słowiki, skowronki, pliszki, różne wróbelki, dzięcioły. Ale nie mamy przecież gołębi.
- Bo gołębie to tylko w miastach żyją – odpowiedziałam.
- To może – zaczął myśleć na głos Pytalski – kupimy sobie jakąś figurkę gołębia i przyczepimy go na dachu domku albo na którymś drzewie. I może jakiś prawdziwy gołąb go tam zobaczy i do niego przyleci. I założą rodzinę – taką na niby… no wiesz….
I kupiliśmy białego gołębia.
I postawiliśmy go pod drzewem wśród paproci i bukszpanu. Tylko na zimę zabieraliśmy go do domku.

Gdy parę dni temu wchodziłam na działkę przeleciało mi coś nad głową.
I usiadło na tym właśnie drzewie. Tuż nad tym białym sztucznym gołębiem.
Podeszłam ostrożnie, wyjęłam komórkę…
I udało mi się zrobić zdjęcie temu ptakowi. A on wcale się nie wystraszył. Siedział  spokojnie i spoglądał z góry raz na mnie a raz na tego sztucznego gołębia... Po pewnym czasie zaczął latać nad działką... I znowu usiadł w tym samym miejscu na gałęzi.
No i nie wiem czy to był sen, czy jawa. No ale we śnie nie mogłabym zrobić zdjęcia temu ptakowi.


Przyjrzyjcie się dokładnie. To jest biały gołąb.
Jak myślicie? Będą z tej pary dzieci???

A może to jest jakiś znak? Tylko nie mówcie, że zły… bo ostatnio miałam dużo stresów i chorób.

wtorek, 12 czerwca 2018

Piękna i utalentowana góralka


Nazywała się Helena Roj i pochodziła ze starego i utalentowanego zakopiańskiego rodu Gąsieniców-Rojów. Ukończyła szkołę powszechną i słynną założoną w Zakopanem przez Helenę Modrzejewską Szkołę Koronczarską. Mając 18 lat napisała pierwsza  sztukę pt:"Janosik". Zaraz potem zorganizowała zespół aktorski, który z tą sztuką dał ponad 100 przedstawień w całej Polsce.
W 1921 roku poznała w Warszawie pisarza Mieczysława Kozłowskiego, znanego lepiej pod pseudonimem Rytard. I chociaż jej ojciec przestrzegał ją mówiąc „Aniś Ty dla Pana, ani Pon dlo Tobie” to w dniu 24 kwietnia 1923 roku w izbie starej chałupy na Rojach odbyło się słynne wesele. Na weselu grała najlepsza muzyka Podhala – na prymie sam mistrz Bartuś Obrochta, stryjeczny dziadek panny młodej, na sekundzie dwaj jego synowie, a na basach Stanisław Szczepaniak-Bańscorz. Drużba weselny i pierwszy tancerz Podhala Wojciech Wawrytko śpiewał przed muzyką. Drugi drużba nie tańczył, siedział pod ścianą zasłuchany w Bartusiowe granie. Był to Karol Szymanowski. Z powodu tego wesela odłożył wyjazd do Darmstadu na premierę swojej opery „Hagigh”.
Za stołami siedzieli goście, bliżsi i dalsi krewni, sąsiedzi, stare góralskie rody: Bachledy, Gąsienice, Krzeptowscy, Sobczaki, Stopki. I goście niezwykli – ze świata. Siedzieli między Rojami a Krzeptowskimi: pani Iza Kozłowska, matka pana młodego, znana aktorka scen polskich, artyści Zofia i Karol Stryjeńscy, pisarz Jarosław Iwaszkiewicz z żoną Anną, która na tę okazję włożyła góralski strój, rzeźbiarz August Zamojski, muzykolodzy Adolf Chybiński i Stanisław Mierczyński. Byli  też: dyrektor Muzeum Tatrzańskiego Juliusz Zborowski i redaktor „Skamandra” Mieczysław Grydzewski, z Kozińca przyszedł Jan Gwalbert Pawlikowski, w kącie rozsiadł się Witkacy, a obok niego jakiś zagubiony Francuz, który nie wiadomo skąd się wziął.
Kolejni tancerze wybiegali przed muzykę, wirowały kwieciste spódnice, góralski śpiew niósł się het za potok o nazwie Cicha Woda i odbijał echem od brzyzków Gubałówki. Panna młoda była w staroświeckim góralskim ubraniu, pan młody we fraku. Para jak z „Wesela” Wyspiańskiego. Goście też „z Wyspiańskiego”. Dymiły głowy od tańca i wódki, chłopy chwytali za ciupagi i brali się do bitki, aż ojciec panny młodej wkroczył z dubeltówką na środek izby…

O weselu pięknej i utalentowanej Heleny Roj i Mieczysława Rytarda rozpisywał się po trzech dniach Warszawski Kurier.
A Jarosław Iwaszkiewicz pisał, że wesele to było „jednym barwnym obrazem”,
Z kolei Adolf Dygasiński tak zapamiętał tamtą weselną noc: „Nie wiadomo było, czy patrzeć, czy słuchać. Jedno dopełniało drugie. Czekaliśmy aż podłogi zawalą się pod uderzeniami tanecznej burzy, aż się rozstąpią ściany. Jak oni tańczyli!!! W jak pięknych formach. Nie na pokaz – z ochoty i namiętności ujętej w nieskazitelnie piękne linie i ruchy”.

Rytardowie zamieszkali w Zakopanem, za Strugiem, spędzali też sporo czasu w Warszawie. Pod Tatrami prowadzili góralski teatr. Piękna i utalentowana Helena współtworzyła libretto do „Harnasiów” Szymanowskiego.

W 1925 roku wyjechali na Wystawę Sztuki Dekoracyjnej do Paryża. Razem napisali trzy powieści: „Koleba na Hliniku” „Wilczur z Prohyby” i „Na białej grani”. Helena zagrała główną rolę w filmie „Dzień wielkiej przygody” Józefa Lejtesa w roku 1935.

Spełniły się niestety słowa ojca Heleny i małżeństwo rozeszło się po  kilku latach. Już po separacji piękna i utalentowana góralka wydała obrazek sceniczny „Podhale” i poświęciła się wielu dziedzinom sztuki a przede wszystkim malarstwu na szkle. Jej obrazki na szkle zdobią sale Muzeum Tatrzańskiego przy Krupówkach w Zakopanem.

Jej syn Jan Gąsienica-Roj został znanym ratownikiem tatrzańskim.

Piękna i utalentowana góralka od lipca 1955 roku spoczywa na Pęksów Brzyzku w Zakopanem.

Głównym źródłem informacji do w/w tekstu były dla mnie „Kroniki Zakopiańskie” Macieja Krupy. 


niedziela, 10 czerwca 2018

.Z życia wzięte czyli ...Gródek Jagielloński

Przepraszam, ale znowu "odkurzam" stary tekst. Tekstem tym zaczyna się moja książka pt: "Zwariowałam"

Rozmowa z Mamą sprzed wielu lat:
-------------------------------------------
- A skąd wy się tam wzięliście?
- Jeszcze przed wybuchem wojny wasz ojciec dostał pracę w kościele w Gródku Jagiellońskim koło Lwowa. Bo przecież do września 1939 to tam była Polska. Mieliśmy zaraz pojechać ale wkroczyli Niemcy, potem Rosjanie. W końcu przyszło pismo, że będziemy mieszkać tuż przy rynku w ładnym domku. I żebyśmy się nie bali bo nic nam się nie stanie. Więc pojechaliśmy w lutym 1943 roku.
- No i nic się nie stało.
- Ale to chyba cudem jakimś. Mieszkaliśmy naprzeciwko posterunku Gestapo. Ale Niemcy byli wtedy w stosunku do nas w porządku, przychodzili i rozmawiali z nami. Oni jednak cenili sztukę. Było kilku takich buców, ale komendant był na poziomie. I chyba uratowało nas to, że znaliśmy dość dobrze niemiecki.
Wasz ojciec spędzał całe dnie w kościele po drugiej stronie rynku. Rzeźbił tam Św. Jacka i Św. Jakuba i anioły do ołtarza głównego.
Byłam w ciąży z twoją siostrą. Któregoś dnia, a był to maj usłyszałam okropne krzyki i na rynku pojawili się Żydzi. Wypędzili ich Niemcy z getta. I na moich oczach, tuż przed oknem zaczęli do nich strzelać. Zlikwidowali tego dnia podobno wszystkich Żydów w Gródku Jagiellońskim. Wasz ojciec nie mógł wrócić na noc do domu bo nie mógł przejść przez rynek. Byłam sama, bałam się że zacznę rodzić. Modliłam się, aby przyszli do mnie do domu i też mnie zabili. A wasz ojciec wrócił dopiero po dwóch dniach. Nie chciał go wypuścić z kościoła polski ksiądz. Przyszedł jak już rynek był pusty.
Twoja siostra urodziła się dwa miesiące później. Przeżyliśmy tam jeszcze jesień i zimę i na początku 1944 roku wróciliśmy do Rzeszowa. A przedtem to jeszcze Ukraińcy zaprosili nas do siebie na wieś na wesele czy chrzciny, już nie pamiętam. Byli bardzo gościnni. I mimo, że była wojna i nie było co jeść, to stoły były pełne. Był straszliwy mróz, myślałam, że mi dziecko zamarznie. Ale Ukraińcy dali nam jakieś pierzyny, którym je owinęłam i tak na wozie wróciliśmy do domu.
- To nie byli do was wrogo nastawieni?
- Byli. Wiesz, otoczyli cały dom w którym byliśmy goszczeni. Stali przy płocie, zaglądali przez okna. A jak odjeżdżaliśmy tą furmanką to tylko stali w ciszy i patrzyli spode łba. Byłam przerażona, myślałam, że nas zaczną „ rezać.” Ale wasz ojciec mi mówił, że nas nie ruszą bo on i jego kolega wyrzeźbili im świętych w kościele.
------------------------------------------------------------------------------
Wydarzenie z sierpnia 2004 roku:
----------------------------------------------------
Po drodze z Przemyśla do Lwowa autobus zatrzymał się na rynku w Gródku Jagiellońskim, który jest teraz Gorodkiem. Kierowca ogłosił 20- minutową przerwę.
Wyszłam z autobusu i podeszłam do drzwi starego XV wiecznego kościoła. Zobaczyłam tablicę z napisem w języku polskim i ukraińskim: „W hołdzie Władysławowi Jagielle – 1386-1434 Wielkiemu Księciu Litewskiemu Królowi Polskiemu, którego serce tu spoczywa”.
Przypomniałam sobie jak w dzieciństwie mama opowiadała mi, że Władysław Jagiełło zmarł w Gródku Jagiellońskim, w trakcie słuchania słowików.
Weszłam do kościoła. Odszukałam figury świętych i aniołów w ołtarzu głównym.
Patrzyłam na rzeźby, które stworzył mój ojciec na długo przed tym zanim się urodziłam.
- A pani to chyba nie tutejsza? – zapytał mnie ktoś po polsku. Stał za mną polski ksiądz. – Pewnie do Lwowa pani jedzie.? No tak, tu mało kto zagląda. A szkoda, bo historia tego miasta jest bardzo bogata. I jest ono bardzo stare.
Przeprosiłam i wyszłam. Nie chciałam, żeby widział, że płaczę.

-------------------------------------------------------------------------------------
P.S. W książce pt: "Kresy. Piękno utracone"do której wstęp napisał Jan K.Ostrowski znalazłam informację, że przebudowywany wiele razy kościół /wraz z klasztorem/w którym znajduje się serce Władysława Jagiełły został ostatnio pieczołowicie odnowiony i zajmują go obecnie greckokatoliccy studyci.

piątek, 8 czerwca 2018

Chyba zrozumiałam...

Tak mi urosły drzewa na działce. Jak je sadziłam to miały najwyżej 40 cm.

Skończyłam czytać książkę pt: „Czy Bóg przebaczy siostrze Bernardetcie”? Napisała ją Justyna Kopińska – ta sama pisarka, którą poznałam osobiście gdy byłam na promocji jej książki pt: „Z nienawiści do kobiet”. Pisałam o tym w dn. 10 marca 2018.
Książka jest o przemocy jakiej poddawane są w zakonach sieroty i dzieci z rodzin patologicznych. Tu konkretnie autorka pisze o zakonie sióstr boromeuszek w Zabrzu, które to siostry z opiekunek dzieci przeobraziły się w instytucję oprawców pełnych okrucieństwa. Znęcały się nad dziećmi fizycznie i psychicznie. Dzieci były więzione, bez przerwy bite, obrażane, straszone, przykuwane do kaloryferów, molestowane i gwałcone.
W książce kilkakrotnie stawiane jest pytanie instytucjom i konkretnym osobom, które wiedziały o tym co dzieje się za murami tego koszmarnego obozu… bo innych słów nie można użyć.
Autorka pyta dlaczego skoro wiedziały o tym koszmarze przez lata nic nie zrobiły.
Odpowiedź zawsze była taka sama:
To grzech śmiertelny donosić na osoby duchowne”.
Więc chyba zrozumiałam. Dlatego ukrywana jest pedofilia księży i przemoc sióstr zakonnych.
Nie!!!!Nadal nic nie rozumiem.!!!!

P.S. Nie czytajcie tej książki. Bo i tak nie uwierzycie... A jak uwierzycie to wpadniecie w depresję...
P.S. Mój znajomy poeta /ten zza działkowego płotu/ jako całkowity sierota spędził dzieciństwo u sióstr zakonnych pod Warszawą. Mówił mi, że był przez nie bez przerwy bity i poniżany. To on pożyczył mi tę książkę...Przeczytałam ją i poszłam jeszcze tej samej nocy podziwiać gwiazdy.... A potem użarł mnie ten trzmiel. Taka była kolejność...

środa, 6 czerwca 2018

Włochaty bzyczący grubasek..... czyli "Lot trzmiela"


To było tak:
Jak już skończyłam oglądać to rozgwieżdzone niebo to wróciłam do domeczku i „cudem jakimś” udało mi się w telefonie komórkowym napisać i opublikować tekst o patrzeniu w gwiazdy. /Tekst z 30 maja/. I poszłam dalej spać.
I wtedy przyśnił mi się „Lot trzmiela”. Tak, ten utwór muzyczny, który napisał Rimski-Korsakow. Jeśli go nie pamiętacie to posłuchajcie go sobie na YT. Jest rewelacyjny.

https://www.youtube.com/watch?v=ucrKUO9FVfY

Latał i latał ten trzmiel i tak pięknie bzyczał. Tak sugestywnie, że wydawało mi się, że lata nade mną. Więc otworzyłam oczy żeby zobaczyć jakiego jest koloru. I zobaczyłam ale tylko przez chwilkę bo….
Znowu usnęłam.
A jak się obudziłam to nie mogłam otworzyć oczu. Coś mi siedziało na głowie. Jakieś takie duże i włochate. Ale wcale się tym nie przejęłam tylko znowu zasnęłam.
Obudził mnie straszliwy ból głowy.
I nie słyszałam już „Lotu trzmiela”.
Nie będę Was dalej dręczyć.
Tak, ugryzł mnie trzmiel. W ucho mnie użarł. Więc ucho mi urosło i stałam się taką Stokrotką- Uszatką. Na dodatek okropnie zapuchłam, nie mogłam prawie wcale otworzyć oczu. O bólu głowy nie wspomnę…
Jak już wreszcie odnalazłam telefon to i tak nie mogłam z niego skorzystać bo prawie nic nie widziałam.
A byłam na działce sama bo jedni korzystali z długiego weekendu i wyjechali a inny pracowali.
Dobrze, że domeczek mam malutki więc i do łazienki mam dwa kroki i do kranu z zimną wodą…
Chyba spałam bardzo długo.
Słyszałam, że dzwoni moja komórka, że na działkach coś się dzieje. Wreszcie znajomi przeszli przez płot i zapukali do mojego domku.
Jakoś wyżyłam. Widać złego diabli nie biorą.

A najfajniejsze jest to, że ja sobie to wszystko w jakiś sposób „wykrakałam” pisząc parę godzin przedtem, że mogę nie mieć dostępu do internetu. No bo w komórce w sieci T-Mobile i na dodatek w szczerym polu w którym jeden maszt przekażnikowy jest uszkodzony to z tym internetem kiepściutko jest.
A ja po prostu przez ten atak trzmiela byłam tak zapuchnięta, że nie mogłam oczu otworzyć.
Dopiero pod wieczór w niedzielę /3 maja/ wróciłam do normalności.
To był ten trzmiel z pierwszego zdjęcia. Piękny, prawda???Znalazłam biedulka dopiero wczoraj na podłodze. Niestety, nie wyszedł mu „na życie” ten atak na mnie.
No to już wszystko wiecie.
A jedno ucho mam nadal ciągle ..... bardziej….




poniedziałek, 4 czerwca 2018

Drohobycz

Mili Moi! 
Ostatnie 5 dni przeżyłam bardzo intensywnie. Ponadto byłam prawie przez cały ten czas odcięta od internetu. Nie bywałam ani na Waszych blogach ani na swoim. Ale powoli /bardzo powoli/ wracam. Ten brak możliwości  a także siły nie pozwolił mi napisać nowego tekstu. Pozwólcie więc że "uraczę" Was tekstem, który znajduje się w mojej książce pt: "Nadal wariuję".



„ W te noce przedwiosenne, dzikie i rozprzestrzenione, nakryte ogromnymi niebami, jeszcze surowymi i bez woni, prowadzącymi wśród wertepów i  rozłogów powietrznych w gwiezdne bezdroża – ojciec zabierał  mnie ze sobą do małej restauracji ogrodowej, zamkniętej między tylnimi murami ostatnich domów rynku. Szliśmy w mokrym świetle latarń, brzęczących w podmuchach wiatru, na przełaj przez wielki sklepiony plac rynku, samotni, przywaleni ogromem labiryntów powietrznych, zagubieni i zdezorientowani w pustych przestrzeniach atmosfery.”
„W ogrodzie restauracyjnym ścieżki były wyżwirowane. Dwie latarnie na słupach syczały w zamyśleniu. Panowie w czarnych tużurkach siedzieli, po dwóch – po trzech, zgarbieni nad biało nakrytymi stolikami, zapatrzeni bezmyślnie w lśniące talerze. Siedząc tak, obliczali w duchu ciągi i posunięcia na wielkiej czarnej szachownicy nieba, widzieli w duchu wśród gwiazd przeskakujące konie i stracone figury i konstelacje wstępujące natychmiast na ich miejsce.”
Któż mógł tak obrazowo i sugestywnie pisać?. Oczywiście Bruno Schulz w „Sklepach cynamonowych” i w "Sanatorium pod klepsydrą”.
Drohobycza nie było w planie wycieczki po Ukrainie Zachodniej. Ale gdy wracając z Truskawca zauważyliśmy tablicę informującą, że do Drohobycza nie jest daleko, namówiliśmy pana Tadzia, naszego pilota aby nam to miasto pokazał.
Z tego niewielkiego, galicyjskiego miasteczka pochodzi lub jest z nim związanych wiele bardzo znanych osób, m.in. Artur Grottger,  Iwan Franko,  Kazimierz Wierzyński, hetman wielki koronny Wacław Rzewuski, twórca szczawnickiego uzdrowiska Józef Szalay,  malarze Maurycy i Leopold Gotlieb i wielu innych.
Nikt jednak nie rozsławił tego miasta tak jak polski pisarz i rysownik żydowskiego pochodzenia Bruno Schulz.
Drohobycz roku 1892, czyli wtedy gdy urodził się w nim Bruno Schulz był niedużą, kresową mieściną. Na pocztówkach i zdjęciach z końca XIX wieku widać niewielkie parterowe domki. Tylko w centrum górowała nad miastem bryła ceglanej, gotyckiej fary wraz z dzwonnicą, a także okazały ratusz.
Miasto to jest jednym z niewielu miast II Rzeczpospolitej, które nie zostały zniszczone w czasie II wojny światowej.
Gotycka fara znajdująca się centrum miasta została ufundowana w roku 1392 przez króla Władysława Jagiełłę. Ten sam król nadał miastu  w 1422r. prawa magdeburskie.
Zwiedzaliśmy ten olbrzymi, surowy kościół. Z jego południowej strony znajduje się piękny gotycki portal, ozdobiony herbami Drohobycza i polskim orłem. A wewnętrzne ściany pokrywa  XVIII wieczna polichromia, przedstawiająca m. inn. nadanie praw miastu przez króla polskiego. Obok fary znajduje się wieża-dzwonnica. Jest ona częścią obwarowań, bowiem fara pełniła kiedyś funkcje obronne. Miasto nie posiadało bowiem nigdy murów obronnych.



Piękny jest Drohobycz XIX- wieczny. Zachował się w mieście ratusz oraz wiele zabytkowych, eklektycznych willi, należących kiedyś do polskich naftowych potentatów. Przecież w Drohobyczu do wybuchu II wojny działało 5 rafinerii naftowych.





Podeszliśmy do ul. Floriańskiej gdzie stoi dom, w którym Bruno Schulz mieszkał do czasów II wojny światowej. Informuje o tym niewielka tabliczka.

Domu przy rynku, w którym mieścił się sklep bławatny ojca Brunona już dawno nie ma. To ten właśnie sklep opisał przepięknie Schulz w „Sklepach cynamonowych”.
Spacerując po Drohobyczu szukaliśmy też słynnej Ulicy Krokodyli ze „Sklepów Cynamonowych”:
„Pseudoamerykanizm zaszczepiony na starym, zmurszałym gruncie miasta, wystrzelił tu bujną lecz pustą i bezbarwną  wegetacją tandetnej, lichej pretensjonalności. Widziało się tam tanie, marnie budowane kamienice o karykaturalnych fasadach, oblepione monstrualnymi sztukateriami z popękanego gipsu. Stare, krzywe domki podmiejskie otrzymały szybko sklecone portale, które dopiero bliższe przyjrzenie demaskowało jako nędzne imitacje wielkomiejskich urządzeń”.
Ale nie znaleźliśmy jej. I to chyba dobrze. Przedstawiała przecież katastroficzną wizję rzeczywistości zdegenerowanej i przerażającej.
W mieście rozsławionym przez Brunona Schulza byliśmy w sierpniu 2006 roku. Wracaliśmy z niego zamyśleni i z urywkami „Sklepów cynamonowych” w pamięci.

środa, 30 maja 2018

Pytanie o gwiazdy...



W środku majowej, księżycowej nocy budzę się, wychodzę z domku, staję na środku działki i patrzę w niebo. Widzę zawieszony gwiaździsty firmament bardzo blisko, jakby na wyciągnięcie ręki. Rozpoznaję dokładnie największe konstelacje gwiezdne a innych się domyślam. Niektóre gwiazdy do mnie mrugają, inne "spadają". Wydaje mi się że te gwiazdy są dookoła mnie, nie tylko w górze. I że na dodatek chcą mi coś powiedzieć. Czuję jakby mnie oblepiał gwiezdny pył...

Mam prośbę.

Gdybym Was zaprosiła do wspólnego podziwiania rozgwieżdżonego nieba to co byście mi odpowiedzieli?

1. Daj spokój – już tyle razy widziałam/widziałem gwiazdy na niebie…

2. W życiu nie patrzyłam/patrzyłem w gwiazdy…

3. Mogłabym/mógłbym tak całe życie podziwiać rozgwieżdżone niebo…

A może jeszcze coś innego.

Napiszcie szczerze proszę…
----------------------------------------------------------------
A jakbym się długo nie odzywała to znaczy że nie tylko w gwiazdy patrzę ale że też nie mam dostępu do internetu. 


poniedziałek, 28 maja 2018

"Moja" wyrzeźbiona Warszawska Starówka


Zacznę od tych gołębi umieszczonych na szczycie portalu przy jednej z kamieniczek na ulicy Piwnej. Pamiętam z dzieciństwa jak przewodnik opowiadał naszej klasie zwiedzającej odbudowaną z ruin Starówkę, że zostały one wyrzeżbione na pamiątkę pewnej samotnej staruszki, która nawet po Powstaniu i po spaleniu Starówki nie chciała opuścić swojego zrujnowanego mieszkania, bo ciągle przylatywały tam do niej gołębie. Więc została aby je karmić tak długo, dopóki niemiecki okupant i jej nie wygonił do obozu w Pruszkowie. No i w ruinach Starówki zostały tylko te gołębie. I oczywiście ciała poległych Powstańców…


Na tej samej ulicy Piwnej można też zauważyć nad portalem dawnej Kamienicy Metrykantów Koronnych /archiwistów opiekujących się dokumentami Rzeczypospolitej/ odtworzony kartusz z Orłem – godłem Polski. Orzeł ten umieszczony podczas budowy kamieniczki w roku 1718 był zatynkowany podczas Powstania Listopadowego w obawie przed represjami carskiego zaborcy. Odkryto go dopiero w 1909 roku. A w czasie walk powstańczych w 1944 roku został uszkodzony. Zachowano go jednak i wmurowano od strony podwórza.


Prawie naprzeciwko stoi kamieniczka w której znajdował się kiedyś szpital pw. św.Ducha ufundowany przez Annę księżnę Mazowiecką. Na częściowo zachowanym portalu można zauważyć zrekonstruowany zwornik z gołębicą jako symbolem Ducha Świętego oraz z przedstawieniem ściętej głowy Św.Jana Chrzciciela.


Na Świętojańskiej 31 nad portalem zwraca z kolei uwagę przepiękna płaskorzeżba wspaniałego żaglowca. Zachował się prawie całkowicie…


A w pierwszej kamieniczce na Rynku  – w domu odbudowanym od piwnic zwraca uwagę przepiękny fryz, stanowiący apoteozę odbudowy Warszawskiej Starówki. Powyżej centralna część tego fryzu.


Z kolei XVIII wieczna kamienica Pod Murzynkiem znajdująca się w samym środku tzw. Strony Dekerta na Rynku ozdobiona jest Głową Murzynka, która jest autentyczna.


A na drzwiach prowadzących do dawnej Winiarni Fukiera przyciąga wzrok piękna kołatka…

Są jeszcze: lew, pelikan i drugi lew





Jest też wspaniały zegar na kamieniczce Cechu Złotników…


I kobieta z dzieckiem...


A na niewielkim placyku stoi najsłynniejszy polski szewc Jan Kiliński. Pomnik tego bohaterskiego przywódcy mieszczan warszawskich w Powstaniu Kościuszkowskim w 1794 roku został na rozkaz władz hitlerowskich usunięty w roku 1942 ze swojego miejsca na Placu Krasińskich. Był to odwet za akcję ruchu oporu – za zdjęcie tablicy w języku niemieckim, którą hitlerowcy przysłonili polski napis na pomniku Mikołaja Kopernika. Na szczęście pomnik Jana Kilińskiego przetrwał okupację w piwnicach Muzeum Narodowego.


Na ul. Kilińskiego znajduje się też głaz na którym wyryto napis. Mówi on, że 13 sierpnia 1944 roku czołg zdobyty w tym miejscu przez Powstańców okazał się być okrutną pułapką. Eksplodował i zginęło wtedy kilkaset osób.


A przy murze okalającym Warszawską Starówkę stoi Mały Powstaniec….


To tylko kilka z przykładów "Mojej" wyrzeźbionej Warszawskiej Starówki. 

A o różnych ciekawych a często mało znanych wydarzeniach związanych z Warszawą piszę w książce pt: „Moje warszawskie zwariowanie”.

Książka ta nadal jest do nabycia tylko u mnie. Jeśli ktoś jeszcze jest nią zainteresowany to proszę,żeby napisał to w komentarzu albo wysłał do mnie maila na adres rusinowa@op.pl

Cytaty z "Lapidarium VI"

Wszystkim osobom, które wypowiedziały się pod moim poprzednim tekstem serdecznie dziękuję. Co pewien czas wracam do książek Ryszar...