czwartek, 21 stycznia 2021

Babcia

 


Moje Babcie mieszkały tam gdzie urodzili się moi Rodzice czyli w Rzeszowie. Ja urodziłam się w Warszawie i całe życie tu mieszkam. A do Babć jeżdziłam co roku na dwa wakacyjne miesiące.

Tak kiedyś pisałam w książce pt: "Zwariowałam" o Ich Domach i Ogrodach.

"Ogród babci Broni"

Dom był duży, drewniany, ale na wysokiej podmurówce. Wchodziło się najpierw po ośmiu schodkach na ganek, potem z ganku do sieni. Po jednej stronie sieni było wejście do dużej kuchni i dalej do spiżarni. Z sieni prowadziły też schody - jedne na strych, drugie w dół do piwnicy.

Przed domem był duży ogród. Zaczynał się zaraz pod ścianą domu, a kończył przy drewnianym płocie. Za nim była wydeptana dróżka, którą przechodzili ludzie, a także krowy i psy. Na drewnianym płocie siedział kot albo stał kogut, a przez dziurę w płocie często uciekały na ścieżkę kurczątka. Wprawdzie wybieg dla kur, kaczek i gęsi był poza domem, to "drobiowe maleństwa" wyrywały się same przez dziury w płocie na zwiedzanie ogrodu i okolic.

Ogród dzielił się na część kwiatową, sad i gaik. W sadzie rosły czereśnie, wiśnie, jabłonie, grusze, krzaki porzeczek czarnych, czerwonych i białych i agrestu. Rosły też trzy stare orzechy, a na tyczkach pięła się fasola i winorośl. Sad był za domem. A za nim był mały gaik. I w nim rosły brzozy, lipy i jeden dąb. Pamiętam, że te drzewa były wysokie i potężne, więc był to raczej rodzaj lasu. Był też jeden bardzo wysoki świerk, ale stał w części kwiatowej. Tak jakby pilnował, aby babci Broni nikt nie zrywał kwiatów...."

"Ogród babci Marysi"

Ogród babci Marysi był dużo mniejszy od ogrodu babci Broni. Dużo mniejszy był też dom w nim stojący. Była to właściwie drewniana chatka bez najmniejszych wygód. Przed nią stała bardzo stara studna z żurawiem, nieopodal postawiono malutką budkę z wyciętym serduszkiem.

Ogród był otoczony starym drewnianym płotem, który miał dwie furtki - malutką od strony pola, na którym rosło zboże i większą od drogi. Wzdłuż ogrodzenia rosły drzewa owocowe - jabłonie, śliwy, gruszki, wiśnie. A pod nimi kłębiło się trochę polnych kwiatów. I to właściwie było wszystko. Aha, pod domem rosła bardzo stara czereśnia. Pamiętam, że owoce z niej można było zrywać stojąc w oknie.

Właściwie to cały ogród zajmowało tzw. "skaranie boskie". Tak na nie mówila babcia Marysia. A były to stojące lub leżące okorowane pnie drzew. Część z nich nie była już pniami, tylko przedstawiała różne postacie - świętych, królów, aniołów, diabłów, sławnych ludzi a także różne zwierzęta.... "

---------------------------------------------------------------------------

Po domach i ogrodach moich Babć nie pozostal nawet najmniejszy ślad...

Napiszecie jakie macie wspomnienia związane ze swoimi Babciami???

No i jeśli jesteście Babciami to przyjmijcie od babci Stokrotki serdeczne życzenia zdrowia i miłości wnuków.

Dziadkom też składam życzenia, ale to dopiero jutro...


wtorek, 19 stycznia 2021

"Na całej połaci śnieg...."

"W przeróżnej postaci-śnieg.

Na siostry i braci
Zimowy plakacik-śnieg... śnieg.
Na naszą równinę-śnieg.
Na każdą mieścinę-śnieg.
Na tłoczek przed kinem
Na ładną dziewczynę-śnieg... śnieg.
Na pociąg do Jasła
Na wzmiankę, że zgasła
Na napis: brak masła,
Na starte dwa hasła,
Na flaszki od wódki,
Na tego te skutki...
Na puste ogródki,
Na dzionek za krótki.
Na....."
Tak to śpiewali Starsi Panowie Dwaj....Czy ktoś z Was to pamięta? Muzykę pisał Jerzy Wasowski a słowa Jeremi Przybora.
---------------------------------------------------------------------
A Osobisty Geograf znowu nie wytrzymał i pojechał na weekend w Karkonosze. I znowu noc z piątku na sobotę w pociągu, potem wędrówka ze Szklarskiej Poręby na Szrenicę i na czeską stronę. Potem powrót i noc z soboty na niedzielę znowu w pociągu.
A zdjęcia wyszły mu w białości.... bo śnieg padał i padał...










                         
          Na szczęście schronisko na Hali Szrenickiej było otwarte....
                                       
                                    
                                      


                I gdzie teraz iść jak "na całej połaci śnieg..."


niedziela, 17 stycznia 2021

U Agnieszki Osieckiej na Mazurach

W związku z filmem pt: "Osiecka" wiele się teraz mówi i pisze o Agnieszcze Osieckiej.

Tak się składa, że parę lat temu byliśmy w miejscowości Krzyże na Mazurach. Tam właśnie Poetka przez wiele lat spędzała w leśniczówce letnie miesiące. Podobno - jak mówiła nam córka gospodyni u której Agnieszka Osiecka wynajmowała pokój - tam właśnie najlepiej się jej tworzyło piękne teksty.

Zapraszam Was do obejrzenia zdjęć:


Gdyby ktoś z Was szukał tej leśniczówki to adres jest na domku.


Do leśniczówki wchodziło się bezpośrednio z podwórka albo przez werandę. Ja weszłam przez werandę...


W przedsionku na ścianie umieszczono zdjęcia. Prawda, że to zdjęcie jest piękne?. Jest na nim zamyślona zwykła -niezwykła Poetka wśród drobiu...


A tu - pod tym samym płotem na ławeczce z gospodynią i z gośćmi którzy ją odwiedzili... Poznajecie Olgę Lipińską?.

A tu tablica ze zdjęciami Agnieszki Osieckiej i jej przyjaciółmi w Krzyżach...

 


I autorka bloga podziwiająca pamiątki po Poetce  wyeksponowane w przedsionku...


Łóżko nakryte niebieską kapą należało do Poetki... A pokój był 3-osobowy...


                     A przy tym stoliku Poetka pisała....


                        Stodoła naprzeciwko leśniczówki

i...." śliczna toaleta", bo w leśniczówce nie było łazienki...

/wszystkie zdjęcia można powiększyć/

------------------------------------------------------------------

Ciekawa jestem Waszych komentarzy.

piątek, 15 stycznia 2021

Ciekawostki z Torunia



"Kiedy już nam dzieci przestały płakać, a wnuki jeszcze nie zaczęły,  postanowiliśmy pojechać na weekend do Torunia. Nigdy przedtem w tym mieście nie byliśmy. 

To, że miasto jest piękne, zabytkowe, historyczne i wyjątkowe, to nie ulega wątpliwości. Ale nie będę dużo pisać o jego zabytkach. Napiszę o toruńskich ciekawostkach. 

W 1454 roku toruńską warownię krzyżacką zburzyli zdesperowani mieszkańcy Torunia. Przyczyną były represje, jakie Krzyżacy stosowali w stosunku do ludności, a także bardzo silne dążenie mieszczan do samodzielności. Od tego czasu zamek stoi sobie przysypany gruzowiskiem i ziemią. Zachowała się tylko wieża ustępowa, czyli gdanisko lub dansker. Pozostał także długi korytarz łączący kiedyś wieżę z zamkiem. 

Każde dziecko wie, że Toruń to miasto Mikołaja Kopernika. Tu, przy ulicy kiedyś św. Anny, a teraz oczywiście Kopernika, urodził się nasz słynny astronom. Tylko nie wiadomo, czy pod numerem 15 czy 17. Ale obydwie kamieniczki są prześliczne i znajduje się w nich muzeum – wiadomo kogo. 

A przed ratuszem stoi piękny pomnik astronoma. Przed tym pomnikiem spotykają się wszyscy zakochani, zbierają się wycieczki i wszyscy, którzy w Toruniu stracili z jakichś powodów głowę wraz z rozumem, albo tylko samą głowę. Stojąc pod tym pomnikiem dowiedziałam się od jakiegoś przewodnika, że Mikołaj Kopernik został wyrzeźbiony z wąsami. Odkryto to podczas renowacji pomnika, która miała miejsce przed tym, zanim pojechaliśmy do Torunia. Wiedzieliście o tym, że Kopernik miał wąsy? Bo ja nie. 

Ratusz toruński to symbol handlowego bogactwa miasta. Bywali w nim polscy królowie, a w Sali Królewskiej zmarł w roku 1501 król Jan Olbracht. Ratusz ma 1 wieżę, 4 wieżyczki, 12 sal, 365 okien, czyli jest rodzajem kalendarza. Mistrz Andrzej z Gdańska, który ratusz stworzył, kazał też dla 366 dnia roku przestępnego wykuwać specjalne okienko, a potem co cztery lata je zamurowywać. O tym też dowiedziałam się dopiero na miejscu. W ratuszu mieści się Muzeum Okręgowe, które może poszczycić się bardzo bogatymi zbiorami. A we wspaniałej Sali Mieszczańskiej muzeum wisi najsłynniejszy portret Mikołaja Kopernika. 

Będąc w ratuszu, można wejść na wieżę ratuszową. A stamtąd jest rewelacyjny widok na wszystkie strony. Na przykład na Kościół pw. Świętych Janów. To ta świątynia, w której wieży znajduje się drugi co do wielkości dzwon w Polsce, odlany w 1500 roku i zwany Tuba Dei. W kościele tym miał być ochrzczony Mikołaj Kopernik. Znajduje się tu poświęcone Kopernikowi epitafium, a także najstarszy pomnik astronoma – z XVIII wieku.

Albo na przepiękną białą kamieniczkę z gwiazdą na szczycie stojącą przy rynku. Ta kamieniczka „Pod Gwiazdą” była przez pewien czas własnością Kallimacha. Ten słynny włoski humanista, poeta i prozaik był wychowawcą synów króla Kazimierza Jagiellończyka. Naprawdę nazywał się Filip Buonaccorsi. 

Przy rynku stoi też wspaniały Dwór Artusa. To w nim w 1464 roku został zawarty II pokój toruński, kończący 13- letnią wojnę z zakonem krzyżackim i przekazujący Polsce między innymi Toruń, Gdańsk, Elbląg, Chełmno, Świecie i Malbork. 

Gdy zeszliśmy z wieży ratuszowej, poszliśmy na długi spacer po Toruniu. Chodziliśmy tak dwa dni z przerwą na krótki sen w nocy.

Zaszliśmy do Muzeum Podróżników im. Tony’ego Halika. Znajduje się w nim ponad 800 eksponatów z całego świata, które zostały podarowane przez Elżbietę Dzikowską, żonę znanego podróżnika. Wiedzieliście, że w Toruniu jest takie muzeum??? A znajduje się w prześlicznej zielonej kamieniczce. 

Drugiego dnia poszliśmy coś zjeść do gospody „Pod modrym fartuchem”. W tym budynku, zbudowanym w 1489 roku, posilały się takie osoby jak Kazimierz IV Jagiellończyk oraz Jan I Olbracht, a także Napoleon Bonaparte. 

W toruńskich malowniczych murach obronnych znajdowały się kiedyś następujące baszty: Koci Ogon, Koci Łeb, Kocie Łapy, Koci Brzuch. Do dzisiaj pozostała tylko baszta Koci Łeb i legenda o pewnym kocurze, który zamiast łowić myszy w spichlerzach, przechadzał się leniwie po murach obronnych, zawierając znajomości ze strażnikami. I kiedy na Toruń uderzyli Szwedzi w 1629 roku, miauknął bojowo i skoczył z pazurami na wspinającego się po murze wroga.

A o toruńskich piernikach to już nie będę pisać, bo wszyscy wiemy, że są najlepsze. 

O tym, że Toruń wraz z 300 zabytkami gotyckimi został wpisany w 1997 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO, to też wszyscy wiedzą. I że drugiego tak gotyckiego miasta w Polsce nie ma. A widać to najlepiej, gdy patrzy się na Toruń z drugiego brzegu Wisły. 

Do budowy większości toruńskich kościołów posłużyły cegły ze zburzonego przez Krzyżaków zamku w Złotorii koło Torunia.

Słynny film "Rejs" był kręcony na Wiśle pod Toruniem. 

I jeszcze Krzywa Wieża. Stanowi jedną z baszt gotyckiego systemu obronnego miasta. Jest odchylona od pionu prawie półtora metra. Mówi się o niej, że to dlatego jest krzywa, bo grunt z jednej strony się pod nią obsunął. Ale to nie jest prawda. Wtajemniczeni twierdzą, że ta jej pochyłość symbolizuje odejście od reguł zakonnych pewnego rycerza krzyżackiego. Spotykał się on potajemnie z piękną torunianką i za karę musiał zbudować basztę. Wyszła mu krzywa."

--------------------------------------------------------------------------Był to urywek z mojej książki pt: "Mój kraj nad Wisłą".

Książkę tę można nabyć w formie e-booka tutaj:

https://ksiegarnia.wydawnictwobialepioro.pl/glowna/304-moj-kraj-nad-wisla-e-book-format-pdf.html

A tutaj mnie chwalą:😀

https://www.kobieta50plus.pl/pl/weranda-literacka/jadwiga-smigiera

środa, 13 stycznia 2021

Poczet słynnych kobiet - część dwudziesta trzecia

Sprawiedliwe władczynie i bezwzględne despotki. Skuteczne dyplomatki oraz dzielne wojowniczki. Utalentowane artystki i niezależne emancypantki. Kobiety zmieniające oblicza świata.


Nie było ich wiele bo nigdy nie miały równych praw z mężczyznami.

Ale te, o których chcę napisać były naprawdę WYJĄTKOWE.

----------------------------------------------------------------------

23. Polska Joanna d'Arc czyli EMILIA PLATER /1806-1831/


                               /autor portretu nieznany/

Polska hrabianka, córka hrabiego Franciszka Ksawerego Platera i Anny von der Mohl.

Najsłynniejsza kobieca postać narodowych zrywów powstańczych od wieków pozostaje symbolem patriotyzmu i walki o niepodległość Polski. Historia bohaterki powstania listopadowego została wielokrotnie uwieczniona w sztuce i literaturze, rozsławił ją m.inn. Adam Mickiewicz w wierszu "Śmierć pułkownika".

Nieco mitologizowana bohaterka powstania listopadowego urodziła się w Wilnie ale dzieciństwo spędziła razem z matką w romantycznym pałacu koło Dyneburga w Inflantach. Po pałacu zniszczonym w czasie I wojny zostały ruiny.

Wczesną wiosną 1831 roku, gdy informacja o wybuchu powstania dotarła na Inflanty, Emilia Plater natychmiast włączyła się w czynna agitację. Jeżdżąc konno po dworach tutejszej szlachty, wzywała zaprzyjaźnionych ziemian do powstania. Snując fantastyczne plany opanowania twierdzy w Dyneburgu aby przejąć broń stacjonującego tam garnizonu zgromadziła w rezultacie grupę kilkuset ochotników /strzelców, kosynierów i kawalerzystów/z którymi przyłączyła się do większego oddziału dowodzonego przez stryjecznego brata Cezarego Platera.

Latem 1831 r. oddział Emilii Plater brał udział w walkach w okolicach Kowna, Bejsagoły i pod Szawlami. Potyczka pod tą ostatnią miejscowością stała się tematem obrazu Wojciecha Kossaka.

                            

Na obrazie malarz przedstawił Emilię Plater walczącą z trzema rosyjskimi żołnierzami. Czwarty pokonany leży pod końskimi kopytami.

Historycy twierdzą jednak, że Emilia nie brała bezpośredniego udziału w walkach. Będąc jednak znakomitym trybunem ludowym, jej rolą była agitacja wśród ludności, zagrzewanie do walki i podnoszenie morale oddziałów. Nie była też pułkownikiem tylko kapitanem. Była natomiast piękną, młodą kobietą.

Stała się ikoną powstania listopadowego.

W lipcu 1831 po przegranych walkach na Żmudzi i naradzie wojennej polskie siły powstańcze zostały rozdzielone. Emilia Plater trafiła pod dowództwo generała Chłapowskiego. Jednakże nikłe szanse na zwycięstwo skłoniły generała do złożenia broni. 

Emilia Plater wymówiła wówczas posłuszeństwo i postanowiła samodzielnie przebić się w kierunku Warszawy. Niestety ciężka wędrówka przerosła jej siły i na skutek przemęczenia i rozpaczy po informacji, że Warszawa skapitulowała - Emilia Plater zmarła w wieku 25 lat 23 grudnia 1831 roku w dworze w Justianowie w powiecie sejneńskim. 

Dwór ten spłonął w czasie II wojny światowej. Pozostał tylko rozległy park a w nim wzruszający pomnik Emilii Plater.



poniedziałek, 11 stycznia 2021

RAPA ITI

Z książki Judith Schalansky pt: "Atlas wysp odległych" podtytuł - "Pięćdziesiąt wysp na których nigdy nie byłam i nie będę" postanowiłam Wam dzisiaj przepisać tekst na temat wyspy RAPA ITI leżacej na Ocenie Spokojnym. 

W 1791 roku wyspę odkrył/zauważył brytyjski oficer Royal Navy George Vancouver.

Wyspa należy do Polinezji Francuskiej, ma powierzchnię 40 km.kw. i zamieszkuje ją około 480 mieszkańców.


"Mieszkający w małym miasteczku w paśmie Vogezów sześcioletni chłopiec często miewa sny, w których uczy się zupełnie nieznanego języka. Mały Marc Liblin umie się nim posługiwać również na jawie, choć nie wie skąd ten język pochodzi ani czy naprawdę istnieje. Jest dzieckiem lubiącym samotność, bardzo zdolnym i żądnym wiedzy. Jako młodzieniec żywi się raczej książkami niż chlebem. 

W wieku 33 lat mieszka jako odludek w Bretanii. Interesują się nim naukowcy z Uniwersytetu w Rennes, chcą zrozumieć i przetłumaczyć język z jego snu. Przed dwa lata karmią dziwnymi dźwiękami Liblina wielkie maszyny liczące. Bez rezultatu. W końcu przychodzi im do głowy żeby zapytać marynarzy w portowych knajpach, czy któryś z nich nie słyszał może podobnego języka. W jednej z knajp Marc Liblin robi przedstawienie, monologując przed grupą Tunezyjczyków, aż w końcu odzywa się człowiek stojący za barem, były marynarz, który zapewnia, że słyszał już gdzieś taki dialekt na jednej z małych wysp polinezyjskich. I że zna nawet starszą kobietę, która się nim posługuje, byłą żonę pewnego wojskowego, mieszkającą obecnie w komunalnym mieszkaniu na przedmieściu.

Spotkanie z Polinezyjką zupełnie zmienia życe Liblina: gdy Meretuini Make otwiera drzwi, Liblin pozdrawia ją w swoim języku, a ona natychmiast odpowiada w ojczystym rapa. Marc Liblin, który nigdy wcześniej nie opuszczał Europy, żeni się z jedyną potrafiącą go zrozumieć kobietą, w roku 1983 wyjeżdżają razem na wyspę, gdzie mówi się w jego języku.

28 maja 1998 roku Marc Liblin umiera  w wieku 50 lat na Rapa Iti."

---------------------------------------------------------------------

Dlaczego dziś wybrałam akurat ten tekst z książki Judith Schalansky?

Dlatego, że od wielu już lat śni mi się czasami, że mówię w języku którego nikt nie może zrozumieć. Budzę się przerażona z przeświadczeniem, że chyba mi się rozum pomieszał. Tej nocy też mi się śniło...

Na szczęście nie zależy mi na tym aby znaleźć kogoś kto by mnie zrozumiał...

Też tak czasami macie w snach???

------------------------------------------------------------------

P.S. W sieci znalazłam informację, że faktycznie żył taki człowiek o którym pisze autorka w swojej książce.

sobota, 9 stycznia 2021

Pamiętacie "Mazowsze?



Mam oczywiście na myśli Zespół Pieśni i Tańca "Mazowsze".

Perfekcyjni, piękni, utalentowani, bardzo ambitni - takie komplementy słyszą często artyści zespołu "Mazowsze". Jednak mało kto wie, że strój łowicki może ważyć nawet 14 kg, a koszule są tak wykrochmalone, że aż sztywne przez co potrafią poranić ciało. A na zmianę kostiumu podczas koncertu są niespełna 3 minuty.
To było tak:
W czasie Powstania Warszawskiego Tadeusz Sygietyński wymógł na Mirze Zimińskiej przyrzeczenie, że jeśli przeżyją to założą zespól pieśni i tańca. On - kompozytor i aranżer, ona gwiazda filmowa i artystka kabaretowa.
Na szczęście przeżyli...i zaczęli jeździć i wędrować po wsiach aby znależć prawdziwy folklor.



Zespół "Mazowsze" powstał dekretem powołanym przez Ministerstwo Kultury i Sztuki w dniu 8 listopada 1948 roku.
Najpierw dyrektorem został Tadeusz Sygietyński, a po jego śmierci w 1955 roku funkcję tę objęła Pani Mira Zimińska-Sygietyńska. Ale i ona odeszła i spogląda już z chmur na swoich tancerzy i śpiewaków.
Siedzibą Zespołu jest pałacyk w Otrębusach /zwany Karolinem na cześć żony pierwszego właściciela pałacyku/. Dwanaście lat temu powstał obok niego wspólczesny budynek z salą widowiskową nazwany Matecznikiem. Mieści się w nim także sauna i siłownia.
Tancerze i śpiewacy spędzają w siedzibie Zespołu wiele godzin. Ale - jak twierdzą wszyscy bez wyjątku - są jedną wielką rodziną. Dla dzieci członków zespołu,  które zdążyły się urodzić a nawet tu dorosnąć -  wszyscy jego członkowie są ciociami albo wujkami.
 

To teraz trochę ciekawostek:
1. Na każdy koncert niezależnie od tego czy ma miejsce w kraju czy za granicą zabiera się około tysiąca kostiumów i 20 ton bagażu.
2. Do jednego kufra pakuje się stroje dwóch osób.
3. Każdy bez wyjątku maluje sie sam przed występem.
4. Aby korale nie zrobiły krzywdy w czasie tańca muszą być odpowiednio przyszyte do stroju tancerki.
5.Tancerze przebierają się do dziesięciu razy w ciągu jednego koncertu. Przecież każdy taniec potrzebuje innego stroju.
6. Ubranie kobiecego stroju łowickiego wymaga pomocy innej osoby. Gdy suknia jest na specjalnym stelażu stanowi pewnego rodzaju pancerz. Podobnie jest w przypadku zakładania szerokiego pasa w męskim stroju podhalańskim.
7. Najdroższy jest strój cieszyński z racji ręcznie robionej biżuterii. Wszystko musi być posrebrzane lub pozłacane. Koszt takiego stroju sięga 20 tysięcy zł.
8. Na wyjazdy zagraniczne jeździ od 130 do 140 artystów.
9. W trakcie jednego koncertu Zespół pokazuje folklor 20 regionów z 42 opracowanych.
10. W Zespole pracuje się do 45 roku życia. Zdarzają się jednak osoby 50-letnie.


I jeszcze coś :
W czasie pierwszego wyjazdu zespołu do Chin były jeszcze w tym kraju świeże wspomnienia o Mao-Tse-Tungu. Na koncert większą grupą przybyli polscy marynarze. Po zaśpiewaniu "Furmana" przez Stanisława Jopka marynarze zaczęli krzyczeć: "Jeszcze" i "mało, mało". Wtedy wszyscy Chińczycy wstali i zaczęli skandować na cześć Mao.!!!
-----------------------------------------------------------------
Kiedyś "Mazowsze" było niesamowicie popularne. Stało się przepiękną kulturalną wizytówką Polski.
Po jakimś czasie jego popularność zmalała.
Ale podobno teraz się odradza.
Byliście kiedyś na występie "Mazowsza"?
Ja byłam kilka razy w Sali Kongresowej w Warszawie.  Ale największe wrażenia zrobił na mnie nie występ tylko film z występów Zespołu w Szwajcarii wyświetlony w holu Muzeum Polskiego w Rapperswilu. Akurat weszliśmy do Muzeum i zobaczyliśmy i usłyszeliśmy "W zielonym gaiku ptaszki śpiewają"....Nigdy nie zapomnę swojego zaskoczenia i niesamowitego  wzruszenia...chociaż to było wiele lat temu...

czwartek, 7 stycznia 2021

Natręctwo, obsesja czy mania???

Mam taki zwyczaj, że jak tylko wychodzę z domu to szukam drzew. Szczególnie tych starych. I przyglądam się ich pniom.

I zawsze znajduję coś ciekawego.

I tak wczoraj spotkałam takie pnie na swojej drodze:















                                




I nie wiem czy już dawno powinnam pójść do psychiatry czy jeszcze trochę poczekać???

To się jakoś nazywa to uzależnienie od drzew... ale nie wiem jak... bo na dodatek mam sklerozę...

Ale całkiem chyba nie zwariowałam, skoro zauważyłam też w pobliżu mojego bloku na Skwerze Wiecha-Wiecheckiego taką tabliczkę...


Jeże powinny teraz spać i obudzić się dopiero pod koniec marca. Ale podobno nie śpią bo zima latoś jest taka bardziej jesienna. I pętają się po alejkach parku i straszą nielicznych zamaskowanych spacerowiczów. I pewnie jak tak ciepło to i gody jeżowe będą wcześniej niż zwykle .... I trzeba będzie uważać jak się jeżowym rodzicom wyturlają na spacerek małe jeżyki...

Już się nie mogę doczekać...bo może wtedy przestanę się tym pniom drzew przyglądać...

wtorek, 5 stycznia 2021

O tym jak zderzyłam się z żołnierzem napoleońskim...

 



"Przez Katowice, Zebrzydowice, Żylinę i Trenczyn jechałyśmy nocnym pociągiem w kierunku Wiednia. Rano wysiadłyśmy w Bratysławie i od razu, nawet nie zachodząc do hotelu, pojechałyśmy taksówką na teren targowy.

Był poniedziałkowy poranek.
Na naszym stoisku był już ruch. To znaczy panowie odpowiedzialni za jego zorganizowanie powykładali już wszystkie materiały, poustawiali próbki, porozwieszali plakaty i coś w rodzaju banerów. Na Międzynarodowych Targach Przemysłu Chemicznego w stolicy Słowacji reklamowaliśmy swoją firmę. Było nas troje: przedstawiciel naszej firmy w Bratysławie i my dwie. I jeszcze panowie, którzy poprzedniego dniach przyjechali, aby zorganizować stoisko.
Byłyśmy bez śniadania. Zdążyłyśmy tylko wypić kawę, bo na teren targów zaczęli wchodzić zwiedzający, a ponieważ teren naszej ekspozycji był bardzo blisko wejścia, więc wszyscy zaczynali od nas.
Około siódmej wieczorej, ledwie żywe, zabrałyśmy swoje bagaże i korzystając z uprzejmości jednego ze Słowaków , który wyraził chęć zawiezienia nas do centrum miasta, pojechałyśmy do hotelu.
We wtorek zaraz po śniadaniu poszłyśmy na teren targów, a wieczorem zostałyśmy zaproszone do kawiarni UFO, która znajduje się na wierzchołku wspaniałego mostu przerzuconego przez Dunaj. 


Potem był spacer w międzynarodowym towarzystwie na bratysławski zamek i mniej więcej w środku nocy dotarłyśmy wreszcie do swojego hotelu.
W środę historia się powtórzyła. Z tym, że po śniadaniu zabrałyśmy już swoje niewielkie bagaże, bo wieczorem targi się kończyły. A z nich miałyśmy pojechać od razu na dworzec kolejowy.
Pociąg do Polski odjeżdżał około godziny dwudziestej drugiej. Gdy wychodziłyśmy z targów, było jeszcze jasno, więc zdecydowałyśmy się na mały spacer po starówce.
Znajomy Słowak przestrzegł nas, abyśmy uważały na Podglądacza, bo to taki ciekawski człowiek, który pracuje w kanałach i co pewien czas wychyla się z nich i z dobrodusznym uśmiechem obserwuje ludzi, szczególnie kobiety.
Podglądacz to oczywiście rzeżba.
Powiedziałyśmy, żeby się o nas nie martwił, ponieważ damy sobie radę, pożegnałyśmy się i poszłyśmy przez most na drugą stronę Dunaju na Stare Miasto. Tam od razu spotkałyśmy Podglądacza i poklepałyśmy go po kasku.
                                     
Na Starym Mieście było ślicznie i romantycznie, grały przeróżne kapele. Usiadłyśmy sobie na rynku, zamówiłyśmy jakieś lody. Odpoczywałyśmy po pracowitych trzech dniach. Czekała nas noc w pociągu, a nastepnego dnia na godzinę ósmą musiałyśmy się zameldować w biurze i zdać sprawozdanie z tego, co udało nam się na targach załatwić.
Mniej więcej po godzinie wstałyśmy, zabrałyśmy swoje bagaże i poszłyśmy. I nagle zderzyłam się z żołnierzem napoleońskim. Stał sobie spokojnie oparty o łąwkę. Był to jeden z uczestników kampanii napoleońskiej biorących udział w ostrzeliwaniu Bratysławy w 1809 roku. Zrobiony został z brązu, stał sobie i pozwalał się fotografować. To że jakaś Polka rozetnie sobie o jego kapelusz łuk brwiowy nie przyszło mu do głowy.
                                  
A potem to już niewiele pamiętam. Tylko jakichś ludzi pochylających się nade mną i przykładających mi zimne okłady na czoło. I okropnie zdenerwowaną koleżankę, która mówiła, że zaraz mamy pociąg do Warszawy. Gdy znalazłam się jednak w tym pociągu, bo w ostatniej chwili zawiózł nas na dworzec właściciel kawiarni, który mnie ratował, było mi naprawdę wszystko jedno. Podobno przespałam całą noc i obudziłam się dopiero nad ranem.
Z plastrem i bandażem na głowie zakrywającym rozcięty łuk brwiowy stawiłam się przed prezesem firmy. Nie zdążył zapytać co mi się stało, bo sama mu powiedziałam:
- W Bratysławie zderzyłam się z żołnierzem napoleońskim... A poza tym to odnieśliśmy duży sukces, bo podpisaliśmy kilka kontraktów na dostawę chemikaliów..."

---------------------------------------------------------------------------------------------------
Był to urywek z mojej książki pt: "Nadal wariuję"
Książka jest dostępna w formie e-booka tutaj:
https://ksiegarnia.wydawnictwobialepioro.pl/glowna/132-nalad-wariuje.html?search_query=Nadal+wariuje&results=13&

niedziela, 3 stycznia 2021

Znalezione w bardzo starym albumie



ONA - Zofia - nauczycielka i pedagog. Uczyła najmłodsze dzieci.



ON- Leon - rzeźbiarz i malarz. Twórca około 400 rzeźb znajdujących się w kraju i za granicą.
Obydwa zdjęcia zostały zrobione w Zakładzie Fotograficznym w Rzeszowie tuż przed wybuchem wojny.

---------------------------------------------------------------------------


                                             ICH DZIECI

Ciekawa jestem czy ktoś jeszcze będzie zaglądał do tego starego albumu gdy młodsza dziewczynka dołączy do tamtej trójki ze zdjęć...

-----------------------------------------------------------------

Wydaje mi się że niektórzy z Was też mają w domach bardzo stare albumy... I że też je na przełomie lat przeglądają i wspominają sobie...


Babcia

  Moje Babcie mieszkały tam gdzie urodzili się moi Rodzice czyli w Rzeszowie. Ja urodziłam się w Warszawie i całe życie tu mieszkam. A do Ba...