niedziela, 30 września 2018

Choroby pieseczków



Czy wiecie na co najczęściej chorują psy?

Bulteriery – te co mają pysk podobny do świńskiego ryjka – na głuchotę.

Rottweilery często atakuje artretyzm i osteoporoza.

Psy o nazwie shar pei cierpią na zapalenie skóry.

Boksery mają często nowotwory.

Mopsom wypadają gałki oczne.

Dog niemiecki choruje często na skręt jelit i żołądka.

Dobermana atakują choroby serca.

Basseta męczy zapalenie spojówek.

Bernardyn często się przegrzewa i wywija mu się powieka.

Jamnik – to wiadomo, że często ma urazy i zwyrodnienia kręgosłupa.

Cocker-spaniel – zapalenie uszu.

Sznaucer miniaturowy choruje na cukrzycę.

Chihuahua cierpi na zapaść tchawicy.

A owczarki szkockie i szetlandzkie /to te niższe/ chorują często na żołądek. Często wymiotują i potem nie mają apetytu. To takie psy jak słynna Lassie z przepięknego filmu „Lassie wróć”. A także takie ja ta na zdjęciu wyżej. To moja Lassie. A właściwie nasza, bo kochała nas wszystkich. A my do dziś ją wspominamy, chociaż biega po niebiańskiej łączce już prawie 10 lat. A jak odeszła to pisałam w tekście "Jej portret" w książce pt: "Zwariowałam".

Napiszecie coś o swoich pieseczkach?

Albo o koteczkach...

piątek, 28 września 2018

"Pachniała Saska Kępa..."

Tekst ten dedykuję Krysi z Poznania z którą niedawno spotkałam się na Rynku Starego Miasta w Warszawie i która sprezentowała mi "Notes" Agnieszki Osieckiej


Zadzwoniła do mnie niespodziewanie dawno niewidziana koleżanka i powiedziała, że przyjechała, żeby pozałatwiać wszystkie sprawy. Razem z mężem zdecydowali się na zawsze zamieszkać w Londynie, bo tam dzieci i wnuki, no i spokojnie im się żyje, a i mężowi zaproponowano wykłady na tamtejszym uniwersytecie. Planowała spędzić kilka dni w Warszawie, więc chciała się ze mną spotkać i pogawędzić Zaproponowała kawiarenkę „Rue de Paris”. Tę, przed którą siedzi Agnieszka Osiecka.
Ulica Francuska na Saskiej Kępie jest właściwie całkiem zwyczajna. Od innych różni się tylko tym, że jest na niej dużo kawiarenek. A przed kawiarenkami ogródki, w których spotykają się ludzie, siedzą, piją kawę i… bardzo często wspominają. Przychodzą tam wszyscy – starzy, młodzi, z dziećmi w wózkach i z psami.
Usiadłyśmy koło Agnieszki Osieckiej.
I zaczęło się. Mówiłam mało, raczej słuchałam…
Całe życie tu spędziłam – zaczęła Hania, gdy już się wyściskałyśmy i opowiedziałyśmy o swoich dzieciach i wnukach. – Masz pojęcie, ile tu wybitnych ludzi mieszkało? Sami artyści. Na przykład na Francuskiej 36 mieszkała Ewa Bandrowska-Turska, ta słynna śpiewaczka operowa; na Zwycięzców 39 – Witold Lutosławski, przy Styki 25 przez 10 lat Jerzy Michotek, ten słynny bard lwowski i aktor, na Elsterskiej 3 Grzegorz Fitelberg. A niedaleko w Alei Waszyngtona mieszkał przez prawie 80 lat Jan Ekier. Alina i Czesław Centkiewiczowie, rzeźbiarz Józef Gosławski, Wanda Wiłkomirska, profesor Juliusz Domański, Tadeusz Baird… – wymieniała nadal Hania.
Bo Saska Kępa to dzielnica, w której żyły i tworzyły osoby reprezentujące to, co najważniejsze w naszej muzyce, malarstwie, rzeźbie, fotografii, literaturze, teatrze, filmie, architekturze i nauce. Upodobali sobie tę dzielnicę ludzie wyjątkowi sprzed dziesiątek lat. Teraz także ci współcześni.
Ale symbolem tego miejsca w obecnej świadomości jej mieszkańców jest Agnieszka Osiecka, która niedaleko mieszkała i często bywała w pobliskich kawiarniach.
A Hania mówiła, mówiła i mówiła…
Nie wiem, kiedy się zobaczymy – powiedziała mi na pożegnanie – bo wszystko już tu zamknęłam… Chyba, że ty mnie odwiedzisz w Londynie…
Dobrze Ci tam? – zapytałam.
Odwróciła trochę głowę i powiedziała cicho:
Tak, ale starych drzew się nie przesadza…
Wokoło jak oszalałe kwitły bzy i inne krzewy. Pachniała Saska Kępa…
----------------------------------------------------------------------
/Był to urywek z mojej książki "Moje warszawskie zwariowanie"./




środa, 26 września 2018

Na huśtawce...


Pojęcia nie macie ile my już lat tak się razem bujamy...

Zdjęcie z czasów gdy byliśmy jeszcze piękni i młodzi. Ale już byliśmy teściami.


I jeszcze zdjęcie sprzed 8 lat. Dziadek naszych wnuków usiiłował odcisnąć swoją dłoń na Promenadzie Nadwiślańskiej w Miasteczku. A zdjęcie zrobił nam 6-letni wtedy Szczerbaty.
----------------------------------------------------------------------
Piąta róża na konto zaczynającej się dekady. 
No i taki mamy widok z okna w sanatorium.

poniedziałek, 24 września 2018

O prawach Polek


1. Kobietom w Polsce prawo wyborcze /bierne i czynne/ przyznano w 1918 roku. Stało się to na mocy Dekretu Józefa Piłsudskiego. W tym względzie wyprzedziliśmy wszystkie kraje Europy oprócz Finlandii.

2. Do 1921 roku Polki były zobowiązane do posłuszeństwa mężowi – nie mogły między innymi zarządzać majątkiem.

3. Dopiero w 1946 roku mężatki w Polsce otrzymały prawo do posiadania odrębnego majątku i posiadania własnego konta w banku.

4. Kobiety dopuszczono do udziału w olimpiadach dopiero w 1928 roku. Pierwszy złoty medal otrzymała Halina Konopacka w rzucie dyskiem.

5. Pierwsza w Polsce kobieta nominację sędziowską otrzymała w 1929 roku. Jej aplikację rozpatrywano … półtora roku.

6. Do 1921 roku Polki nie miały zdolności procesowej. Nie mogły na przykład wytoczyć powództwa i zaskarżyć orzeczenia sądowego, a także złożyć oświadczenia czy wniosku.

7. W 1697 roku na mocy dyplomu królewskiego Augusta II Mocnego chirurgiem kopalni w Wieliczce została Magdalena Bandzisławska. Była żoną cyrulika kopalnianego i po jego śmierci przejęła jego obowiązki. Była pierwszą w Polsce kobietą - chirurgiem.

8. W roku 1879 pierwsza Polka zaczęła uczęszczać na Uniwersytet we Lwowie, zaś w roku 1894 przyjęto na Uniwersytet Jagielloński trzy aptekarki. Odmówiono im jednak prawa składania egzaminów.

9. Pierwszą Polką, która otrzymała nominację generalską była Maria Stanisława Wittek /1899 – 1997/. Dokument podpisał prezydent Lech Wałęsa.

10. Pierwszą kobietą dyrygującą w Mediolańskiej La Scali była Polka – Agnieszka Duczmal.

11. Służąca w Malborku porucznik Katarzyna Tomiak- Siemieniewicz jest pierwszą w Polska kobietą pilotującą odrzutowce bojowe.
-----------------------------------------------------------------
A jak jest dzisiaj? Czy kobiety w Polsce mają we wszystkich dziedzinach równe prawa z mężczyznami?
Myślę, że nie mają i nigdy nie będą ich miały.
A wiecie dlaczego?
Bo potrzeba wieków aby zmienić mentalność wielu mężczyzn. 
Bo potrzeba wieków aby kobiety same zaczęły się bardziej cenić i nie pozwalały sobą poniewierać.
Wczoraj w małym miasteczku byłam świadkiem jak jedna kobieta nawymyślała drugiej od STARYCH BAB. Takie przypadki w kłótniach między kobietami są normą właściwie wszędzie. O tym jak wielu mężczyzn wypowiada się o starszych kobietach wolę nie pisać.
No a co powiecie na to, że są w naszym kraju ludzie, którzy decydują o ciele kobiety...?




sobota, 22 września 2018

Migawki sanatoryjne - zakończenie


IX.
Po 22-giej wyszłam ze swojego pokoju do recepcji, bo chciałam zajrzeć czy nie ma do mnie jakiejś poczty i wejść na swój blog.
W holu przy stole siedział pan Zdzisiek i przy małej lampce nocnej usiłował nawlec igłę.
- Przepraszam – powiedział, gdy mnie zobaczył – czy mogłaby pani pomóc mi z tą nitką. Bo za cholerę nie mogę trafić w dziurkę. A żona mnie wysłała, żebym…
Już chciałam podejść do niego, ale drzwi nagle się otworzyły i pani od pana Zdziśka wypadła z pokoju.
- Ty nawet w dziurkę nie możesz trafić sam, tylko trzeba ci pomagać – krzyknęła.
Uciekłam do swojego pokoju, zaryglowałam za sobą drzwi… i schowałam się w szafie.
Ale i tak słyszałam awanturę za ścianą.
X.
- Bo pani to tylko na spacery chodzi, książki czyta i w ten komputer klika – powiedziała z wyrzutem moja sąsiadka przy stole. – I nie ma pani pojęcia co tu się dzieje.
- No chyba nie mam – zgodziłam się z nią.
XI.
Siedziałam sobie zanurzona po uszy w kąpieli siarczkowej i wspominałam najpiękniejsze momenty z mojego życia – gdy nagle usłyszałam żonę pana Zdziśka. Biegała po korytarzu w Domu Zdrojowym i chyba zaglądała do łazienek, bo słychać było jakieś krzyki, trzaskanie drzwiami i głosy oburzenia. Najwyraźniej szukała męża. Okropnie się zdenerwowałam, że mnie odnajdzie i zacznie w mojej kąpieli szukać swojego męża – i aż się poślizgnęłam i o mało z desperacji nie utopiłam w wannie /tak się złożyło, że nie zdążyłam się jeszcze nauczyć pływać/. Ale chyba go znalazła gdzie indziej, a mnie się tym razem jeszcze udało.
XII.
W nocy obudziła mnie awantura za ścianą, więc wstałam, zeszłam do recepcji, „odpaliłam kompa”, wrzuciłam tekst i napisałam kilka komentarzy na znajomych blogach.
Nad ranem wróciłam do pokoju, żeby chociaż przez chwilę przytulić się do poduszki. A rano w czasie śniadania dowiedziałam się, że moja przemiła para zza ściany wyjechała.
Mogłam więc już całkowicie wyjść z szafy.
XIII.
Przy sobotnim obiedzie trzy panie, z którymi siedzę przy stoliku na stołówce rozpoczęły poważną rozmowę.
- Wiecie panie – powiedziała jedna – podobno w tym turnusie nie ma nikogo z Warszawy. Tylko ze Śląska i z kieleckiego ludzie przyjechali.
- I bardzo dobrze, bo ja bardzo nie lubię warszawiaków – ucieszyła się druga.
- No pewnie – dołączyła się trzecia – bo to takie zarozumiałe chamy są, że aż ręce opadają.
Była moja kolej na krytykę warszawiaków, ale jakoś nie zabierałam głosu.
Panie popatrzyły na siebie, a jedna z nich zwróciła się do mnie:
- A pani to nic nie mówi skąd jest…
Jestem osobą prawdomówną, więc nie miałam wyjścia i przyznałam się na głos…, że z tych warszawskich chamów pochodzę.

czwartek, 20 września 2018

Migawki sanatoryjne


Wczoraj po południu przyjechałam do sanatorium. Tym razem zabrałam  ze sobą "osobistego Zdziśka". A Wam przypominam mój tekst sprzed lat.
--------------------------------------------------------------------
I.
- Teraz podnosimy prawą nogę, zginamy w kolanie i przyciągamy do klatki piersiowej – polecił pan na kinezyterapii zespołowej.
- Pani w niebieskim dresie też podnosi prawą nogę. Nie lewą, tylko prawą. PRAWĄ…
- Halo, czy pani wie gdzie ma prawą nogę?
II. 
- Proszę się rozebrać do naga i zanurzyć w kąpieli po szyję – powiedział pracownik łazienki.
- To całkowicie się rozebrać?
- A można się rozebrać częściowo do naga?
III.
- „Tera” się pani położy na brzuchu i nie rusza – powiedział masażysta o wyglądzie recydywisty.
Miał „złote ręce”, więc stwierdziłam, że następnym razem już do gabinetu wejdę z zamkniętymi oczami. I otworzę je dopiero po wyjściu.
IV.
- Poczuje pani taki prąd na kręgosłupie jakby pani miała mrowisko na plecach. Wytrzyma pani?
- Jasne, przecież w wolnych chwilach zawsze szukam mrowiska…
V. 
Po powrocie do pokoju zauważyłam w swoim plecaczku męski T-shirt o rozmiarze XXXXXL. Nie było natomiast góry od mojego niebieskiego dresu. Zastanawiałam się co zrobić z tym nadmiarem szczęścia, gdy nagle usłyszałam dochodzący zza ściany zdenerwowany głos żeński:
- I gdzie znowu sklerotyku jeden zostawiłeś swoją koszulkę?
I co w twojej torbie robi jakiś babski dres?
VI.
W nocy obudziłam się przerażona i zerwałam na równe nogi. Śniło mi się, że do mojego pokoju przyszedł rehabilitant i groził mi długim kijem, że jak się nie nauczę gdzie mam prawą nogę, to mi nie zaliczy semestru. I wylecę ze studiów, bo jestem przecież na pierwszym roku.
VII.
Ubrałam niebieskie spodnie od dresu, wzięłam męski T-shirt rozmiar XXXXXL i zapukałam do sąsiednich drzwi.
- Przepraszam, ale ściany są tu cienkie i usłyszałam, że u Państwa jest góra od mojego dresu. I odnoszę T-shirt, bo on na pewno nie jest mój.
- Zdzisiek – krzyknęła pani stojąca w drzwiach – sąsiadka oddaje ci koszulkę.
I prawie rzuciła we mnie moją bluzą od dresu. I zamknęła mi drzwi przed nosem.
VIII.
Następnego dnia spóźniłam się minutę na gimnastykę. Pech chciał, ze jedyny wolny materac był koło pana Zdzisia. Położyłam się na swoim materacu i dzięki temu, że na lewej nodze zawiązałam sobie czerwoną wstążeczkę, wiedziałam już która moja noga jest prawa.
Nagle wtargnęła do sali pani od pana Zdziśka i krzyknęła:
- Ty już chodź, już ci wystarczy tych ćwiczeń!
Pan Zdzisiek wstał natychmiast i grzecznie wyszedł.
A mnie tym razem pomyliły się ręce.


Ciąg dalszy nastąpi...

wtorek, 18 września 2018

To nie jest chwalenie się tylko moja wielka radość, którą chcę się z Wami podzielić...


W ubiegły piątek zatalefonowała do mnie Pani Dyrektor Głównej Biblioteki na Targówku i powiedziała, że chciałaby kupić 16 egzemplarzy mojej książki o Warszawie.
Myślałam, że ktoś mi kawał robi.
Ale pani powiedziała, że biblioteka zdobyła dodatkowe fundusze na ten zakup.
Więc poszłam w poniedziałek z tymi książkami i ... dokonałam transakcji. /To sformułowanie pozostało mi jeszcze z czasów gdy pracowałam w resorcie handlu zagranicznego/. Szesnaście bibliotek na Targówku - w tym sześć bibliotek młodzieżowych - ma mieć w swoich rejestrach po jednym egzemplarzu tej książki. Bo podobno ....książka jest śliczna.
-------------------------------------------------------------------------------------
No i zastanawiam się czy już teraz powinno mi się w głowie przewrócić, czy dopiero jutro...
No dobra. Spoko i luzik. Najwyżej kompleksy mi się odrobinę zredukują.
No i zwrócił mi się też koszt dodruku ksiązki.
I teraz zarobek przede mną...

Kiedyś już pisałam że:

Koszty wydania książki "Zwariowałam" zwróciły mi się w jednej trzeciej.
Za zarobek na sprzedaży książki "Nadal wariuję" kupiłam sobie torebkę./72 zł/
To może za zysk na "Moim warszawskim zwariowaniu" kupię sobie bilet na samolot do Machu Picchu?

Jak myślicie?

-------------------------------------------------------------------------------------
Te osoby, które są w posiadaniu moich książek wiedzą że: "nie dla sławy i nie dla pieniędzy, ale dla siebie samej, dla swojej Rodziny i dla przyjaciół je piszę"

Ale ta wczorajsza transakcja była dla mnie naprawdę WIELKĄ RADOŚCIĄ.


niedziela, 16 września 2018

Kto chodzi do parku?


Ale nie do takiego znanego i pięknego jak Park Łazienkowski czy Ogród Saski.
Kto chodzi do takiego zwykłego parku na osiedlu?
Jak miałam małe dzieci to chodziłam z nimi na długie spacery po alejkach parkowych. Na huśtawki, zjeżdżalnie, do piaskownicy, nad fontannę. Potem chodziłam do parku z psem – tą najwspanialszą psinką o imieniu Lassie, o której kiedyś pisałam. Często z wnukami jak przychodziły na gościnne występy do dziadków z reguły w jesienne lub wiosenne weekendy.
Teraz często przed południem chodzę do parku sama. Zawsze staram się zrobić sobie godzinny spacer przez park. Obok znajduje się teatr, więc często do niego zaglądam żeby zobaczyć co grają i ewentualnie kupić bilety na jakiś nowy spektakl. Jest tu też ujęcie wody oligoceńskiej, więc czasami biorę ze sobą niewielki pojemnik i napełniam go.
Podobno jestem niezłą obserwatorką codzienności. Więc obserwuję przyrodę, ptaki, niebo. Mam też bardzo czuły węch, więc czuję wiosną świeżą, budzącą się do życia zieleń, potem kwitnące kasztany i bzy, jaśmin, lipy. A jesienią lubię obserwować spadające z drzew liście i chodzić po nich szurając nogami.
Obserwuję też ludzi, którzy do parku przychodzą.
Można ich podzielić na pięć grup.
Pierwsza – najbardziej naturalna i sympatyczna to matki z małymi dziećmi w wózkach. Z reguły siadają na ławce i jak dziecko śpi, to wyciągają książki i czytają. Prawie wszystkie mają też ze sobą małe laptopy. Czasami spotykają się z koleżankami, które też przyszły z malutkimi dziećmi do parku.
Druga grupa – to młodzi ludzie, którzy przychodzą się do parku całować się i przytulać. Ale jest ich coraz mniej. Widać wolą te przytulanki w domowym zaciszu.
Trzecia – to bezdomni i pijacy. W parku, o którym piszę, jest ich bardzo dużo. Najpierw przeglądają wszystkie śmietniki, potem jeśli znajdą coś co nadaje się do jedzenia to siadają na ławkach i rozkładają i rozwijają różne papierki i pudełka. Czasami też przebierają się na tych ławkach w jakieś znalezione ubrania. Piją też alkohol i dopijają ze znalezionych butelek różne napoje. 
Jest to widok bardzo odrażający chociaż jednocześnie przykry.
Czwarta grupa to pary ludzi starszych lub po prostu starych. Wychodzą na spacery. Idą z laskami, kulami, balkonikami. Czasami jedno z nich popycha wózek inwalidzki ze swoim partnerem czy partnerką. Bardzo powoli dochodzą do najbliższej ławki, siadają tam i ciężko oddychają. Przeważnie milczą. Do grupy tej zaliczyć też można matki z dorosłymi, ale niepełnosprawnymi dziećmi.
Ostatnia grupa to ludzie samotni. Wychodzą z domu aby z kimś porozmawiać. Wychodzą często w kapciach, albo w dresach domowych bo park mają pod domem. Ale widuję też panie elegancko ubrane i panów w garniturach. Przeważnie siedzą samotnie na ławce odprowadzając tęsknym wzrokiem każdą przechodząca osobę. Albo siedzą nieruchomo zapatrzone w jeden punkt. Często po prostu przysiedli na ławce w drodze powrotnej z targu. Świadczą o tym stojące obok torby na kółkach. Czasami przyglądają się ptakom a te malutkie karmią z ręki.
Czasami zamienię kilka słów z tymi samotnymi. Zaczepiają mnie proponując abym na chwilę usiadła. A jak już usiądę to nie muszę nic mówić. Wystarczy, że słucham:
O czterdziestoletnim synu, który nie pracuje tylko ciągle pije wódkę.
O niedobrej córce, która pewnie znowu nie zaprosi na Święta.
O dzieciach, które pojechały do Anglii i już nie wrócą, bo w wolnym kraju nie ma dla nich pracy /”a wie pani… moja córka to ma doktorat”/
O mężu, który leży sparaliżowany.
O sąsiadce, która nastawia telewizor na cały regulator.
O piesku, który zdechł i już nie ma się do kogo odezwać.
O niskiej emeryturze, o drogich lekach, o bolących nogach, o tym, że najbliższa wizyta u kardiologa to będzie dopiero w sierpniu przyszłego roku.
O…
--------------------------------------------------------------------------
Ale w zwykły, pochmurny dzień w parku jest właściwie całkiem pusto.
Idę wtedy przez park tylko w towarzystwie własnych myśli.
A także tych wszystkich osób o których pisałam.


/Był to urywek mojej książki "Nadal wariuję".

piątek, 14 września 2018

O niezwykłych rowerach ...



1. Najmniejszy rower jest wielkości buta i mieści się w małej torebce. I ma w pełni funkcjonalne rozwiązania, takie jak w dużym rowerze, choć sama jazda wymaga nie lada umiejętności.


2. Najwyższy rower ma ponad 6 metrów wysokości. Skonstruował go Amerykanin Richie Trimble i jeżdzi nim na specjalnych pokazach.



3. Najdłuższym rowerem świata może jechać jednocześnie 20 osób. Ma 42 metry i waży – trudno w to uwierzyć - dwie i pół tony. Zbudowano go w Australii.

4. Najcięższy rower jednoosobowy świata jest trójkołowcem. Przednia opona pochodzi z gigantycznej maszyny budowlanej. Rower waży 750 kg.

5. Najlżejszy rower zbudowany na ultralekkiej ramie waży zaledwie 4,5 kg. A przeciętny rower waży do kilkunastu kilogramów.



6. Rowery składane wróciły do łask. Najlżejsze z nich np. A-bike ważą kilka kilogramów i są majstersztykami technologii oraz mechaniki.



7. Zwykły rower pozwala rozwinąć szybkość maksymalnie 70 km/godzinę. Istnieje jednak rower f-my Donhou, którego zębatka liczy ponad 100 zębów. Na tym rowerze można osiągnąć prędkość 160 km/godzinę.

8. Górski rower o nazwie Beverly Hills Edition 24k Gold Extreme Mountain Bike jest pokryty 24 karatowym złotem. Nawet tarcze hamulcowe ozdobiono tym kruszcem. Wyceniono go na milion dolarów.

/Powyższe informacje i zdjęcia z Angora-Peryskop nr 17 z dnia 29.04.2018/
---------------------------------------------------------------------
A jakie są Wasze rowery.?
No i czy często ich używacie?
Pytam, bo w Warszawie i chyba w całej Polsce coraz więcej osób jeżdzi do pracy rowerem.
Znam nawet osobiście takiego jednego belfra od geografii, który przez pół Warszawy pędzi na rowerku ścieżką rowerową do swojej szkoły... A na plecach ma oczywiście plecak z laptopem, książkami, skryptami, testami...Na szczęście globus mu się do plecaka nie mieści... Ale nigdy się do szkoły nie spóźnia...

środa, 12 września 2018

5 zdjęć z Ząbkowskiej

Wczoraj zatelefonowała do mnie pani z biblioteki na Ząbkowskiej i zapytała czy ja to ja, i czy to ja napisałam „zwariowaną książkę o Warszawie”, w której "obrzydliwej dzielnicy Praga" poświęciłam dużo miejsca. bo jeśli tak to zaprasza mnie serdecznie do tej biblioteki z tą książką bo chciała by ją obejrzeć….no bo dostała mój numer telefonu od pani z innej biblioteki, która już ma tę książkę.
Ufff…
Wiecie jak się przestraszyłam?
No bo ulica Ząbkowska na Pradze to jedna z najbardziej  „szemranych” ulic w całej stolicy.
A jak mi jeszcze ta pani powiedziała, że biblioteka mieści się prawie na rogu Ząbkowskiej z Brzeską i tuż przy Komendzie Policji to od razu poczułam nadciągającą migrenę.
Ale poszłam.
I nawet parasolki do obrony ze sobą nie wzięłam. Że nie wspomnę o jakimś bejsbolu czy innym łomie.
Zanim doszłam do tej biblioteki to pstryknęłam komórką kilka zdjęć.
To pierwsze to pomnik pod nazwą"Matecznik anielski". Od pani-autochtonki dowiedziałam się, że te małe aniołki to były już kilka razy kradzione. Ale nie zapytalam czy zostaly odnalezione i znowu postawione, czy artysta dorobił nowe. Pomnik znajduje się zaraz przy wejściu z ulicy Targowej po lewej stronie.


Ulica Ząbkowska leży trochę na tyłach słynnego Bazaru Róźyckiego. A na bazarze jak świat światem zawsze bywały pyzy. Do dzisiaj jakaś pani Hania się reklamuje:

Sfotografowałam też wejście do knajpki pod nazwą "W oparach absurdu" A po prawej jest sklepik w którym można kupić "Konopne leki".

                           

Zadziwił mnie ten opakowany w folię aluminiową stary dom z zamkniętą jeszcze knajpą pod nazwą „Coś na Ząb...kowskiej”. Widać artysta -opakowacz stwierdził, że jak na zachodzie Europy różni artyści owijają w folię mosty i pałace to on może i dom na Ząbkowskiej.

Najwięcej mnie jednak zdziwiła reklama fryzjera...
Cały czas się teraz zastanawiam co można sobie jeszcze generalnie u fryzjera ostrzyc…


Gdy przyszłam do biblioteki – przemiła pani bibliotekarka przeglądnęła moją książkę, przeczytała wszystko to co dotyczy „Obrzydliwej Pragi” i zapytała kiedy mogłabym przyjść na wieczór autorski.
A ja powiedziałam, że się jeszcze zastanowię….
No bo jeśli do biblioteki przyjdą ludzie tacy jak na tym pomniku, na dodatek z pyzami w papierze i z butelkami konopnych leków i jeszcze po wizycie u tego fryzjera, który w tzw. międzyczasie zmieni  zdanie….. no to KONIEC ŚWIATA...
--------------------------------------------------------------------
A tak na poważnie to na Ząbkowskiej mieszkają tacy sami ludzie jak na każdej innej ulicy w innej dzielnicy miasta a nawet w zupełnie innym mieście. Tam po prostu ciągle jest żywy ten folklor warszawskiej starej Pragi. A w innych dzielnicach Warszawy - np. na Mokotowie czy na Woli  folklor przeszedł już do historii.

poniedziałek, 10 września 2018

O katarze i kichaniu będzie...



Mniej więcej miesiąc temu…
Gdy już upał odebrał mi całkiem rozum…
Gdy już nie chciało mi się nie tylko nogi albo ręki podnieść ale nawet oczu otworzyć…
Gdy wypijałam wszystko co było pod ręką…
Nagle.
Niespodziewanie.
Dostałam kataru.
I był to katar jakiś taki dziwny, bo ciekło mi z nosa jak z kranu.
Na szczęście tylko jeden dzień. Potem ten kran sam się zakręcił.
Więc postanowiłam poszukać w mądrych księgach jakichś informacji o „katarze w czasie upałów, który nie wiadomo dlaczego przychodzi i potem nagle odchodzi”.
Niczego takiego oczywiście nie znalazłam. Więc bardzo prawdopodobne, że kataru dostałam na tle nerwowym. Coś złego się wydarzyło a potem się „wyprostowało”. Już nie pamiętam co to mogło być.
Ale znalazłam kilka „kichających ciekawostek”.

Oto one:

1. W medycznym świecie znany jest tzw. katar nowożeńcow, który objawia się jako uczucie zatkania nosa podczas uprawiania seksu. 
Ale to nie był ten mój przypadek bo po pierwsze nos mi się nie zatkał, tylko za bardzo odetkał, a poza tym już nawet nie pamiętam kiedy był mój ślub.

2. Prędkość powietrza, które podczas kichnięcia wydostaje się z płuc to nawet 170 km/godz. Wydmuchujemy wówczas jednorazowo 100 tysięcy kropelek, które mogą zawierać miliony bakterii. 
To też nie był ten mój przypadek, bo ja wcale nie kichałam.

3. U około 25% procent ludzi można zaobserwować odruch kichania przy nagłej ekspozycji na światło słoneczne. Nasz mózg może łączyć wysyłanie sygnału o konieczności zwężenia żrenic z koniecznością kichnięcia. 
Okropnie to mądre – prawda?

4. W styczniu tego roku 34-letni mężczyzna trafił do szpitala w Wielkiej Brytanii, bo po próbie zduszenia kichnięcia pękło mu gardło. 
A więc nie powinno się wstrzymywać kichania.

5. Zdaniem naukowców sposób kichania jest powiązany z cechami osobowości. Osoba ekstrawertyczna będzie kichać głośno. Osoby introwertyczne będą starały się ukryć kichanie. 
Tu się zgadzam.

6. Śpiąc nie kichamy. Dzieje się tak dlatego, że połączenia nerwowe porzekazujące sygnał do mózgu o potrzebie kichnięcia też „śpią”, są po prostu nieaktywne. 
Eeeee tam. To nie jest prawda. Pamiętam, że kiedys śpiąc całą noc kichałam…

7. Kichniesz jeden raz, to znaczy że ktoś cię potajemnie chwali, dwa razy – ktoś cię za plecami obmawia, trzy razy – ktoś się w tobie zakochał, cztery razy – po prostu masz katar. 
Coś podobnego!!!???

8.W polskiej kulturze życzymy kichającemu „na zdrowie” lub „sto lat”. Anglicy mówią „Niech Cię Bóg błogosławi”. Z kolei starożytni Rzymianie mawiali: „Oby nie w złą godzinę”. 
Dziwne te polskie życzenia – prawda? No bo przecież kichanie to już poważna choroba ...

9. Po polsku naśladując kichanie mówimy: „a psik”. Anglicy kichają „achoo, atchoo, achew” i atisho”. Z kolei Włosi kichają „etciu” lub „ecciu”, a Hiszpanie „achis” lub „achus”. 
Normalny cyrk!!!

10. 79- letniemu Brytyjczykowi zdarzyło się że zmarł zaraz po tym jak głośno kichnął. Reakcja organizmu była tak gwałtowna, że spowodowała wylew krwi do mózgu. 
Czyli za głośno kichać też nie można.

I to by było na tyle...



sobota, 8 września 2018

Warszawskie latarnie

Tekst ten dedykuję Stanisławowi Michalikowi, który był dla mnie ŚWIATŁEM...


Mam na myśli latarnie gazowe. Czy wiecie, że w Warszawie jest ponad 150 latarni gazowych zapalanych ręcznie przez latarników tuż przed zapadnięciem zmierzchu i gaszonych przez nich o świcie? Najbardziej znane to te, które stoją przy biegnącej wzdłuż Parku Łazienkowskiego ulicy Agrykola.

Wiele latarni jest też na Żoliborzu, Powiślu, Ochocie i nad Jeziorkiem Czerniakowskim. Pojedyncze stoją również w innych miejscach Warszawy, na przykład ta na Nowym Mieście przed figurą Najświętszej Marii Panny.

Miejsca oświetlane latarniami gazowymi uważam za magiczne. Nie da się w żaden sposób opisać nastroju, kolorów, wrażeń, a także zapachu, jaki otacza taką latarnię. Idąc tak oświetloną ulicą, czuje się jakiś dziwny dreszcz. Wydaje się, że otacza nas jakieś niezwykłe, ciepłe, wręcz namacalne światło. A gdy jeszcze widzi się w świetle latarni gazowych opadające powoli z drzew kolorowe liście, to człowiek czuje się jak w bajce. Najbardziej nastrojowo jest jednak wtedy, gdy powoli pada śnieg. W świetle gazowych latarni widać dokładnie każdy całkiem inny, wirujący w powietrzu i powoli opadający na ziemię płatek.

Wiele razy i o różnych porach roku szłam wieczorem Agrykolą. Szłam bardzo wolno, bo bałam się tego kontrastu i rzeczywistości, która mnie omota, gdy wyjdę w oświetlone jarzeniówkami i hałaśliwe Aleje Ujazdowskie. Kiedyś szłam Agrykolą o świcie. Wtedy światło latarni gazowych rozpływało się w porannej mgle. Spotkałam latarnika, który gasił latarnie. Wyglądał tak niesamowicie, że do dziś nie jestem pewna, czy to był człowiek…

/Był to urywek z mojej książki "Moje warszawskie zwariowanie"/.

czwartek, 6 września 2018

Dziedziczenie?


- Dlaczego nie wypiłaś herbaty do końca? Przecież Ci wystygła – pytałam za każdym razem.

- Nie mogę tak wszystkiego od razu. Na później sobie zostawiłam. Jak pójdziesz, to nie będę musiała sobie robić nowej. Tylko sobie spokojnie poleżę i poczytam.

- Przed wyjściem zrobię Ci nowej. Ale przecież jeszcze nie wychodzę.

- Idź, idź, przecież masz swoje życie.

---------------------------------------------------------------------------------

Nie zliczę rozmów tej treści. Zawsze sobie coś zostawiała na potem. Było to związane z jej trudnym życiem i z tym, że nigdy nie dojadała. A jak już była wreszcie syta, szczęśliwa i spokojna, to ciągle jednak bała się, że tamte złe dni wrócą. I chciała mieć zachomikowaną czekoladę albo kartonik z soczkiem, aby móc po nie sięgnąć, gdy zajdzie taka potrzeba. 

Albo wypić parę łyków tej gorzkiej /i dawno wystygłej/ herbaty, którą jej córka zrobiła, jak do niej przyszła.

-----------------------------------------------------------------------------------

Kiedy przeszła na druga stronę tęczy…

… to wtedy znalazłam w jej małym mieszkanku kilka takich Jej kubków z niedopitą herbatą.

I kilkanaście przeterminowanych czekolad.

Jeden z takich kubków stoi u mnie na półce wśród książek, które lubiła czytać. I tuż koło Jej zdjęcia.

-------------------------------------------------------------------------------------

Minęło kilka lat.

----------------------------------------------------------------

Wczoraj wieczorem wpadł Młodszy, żeby pozabierać parę rzeczy, których nie zabrał, jak się przeprowadzał kiedyś do swojej kawalerki.

- Zrób herbaty – powiedziałam – a ja pokroję ciasto.

- A gdzie są kubki? – zapytał. - Bo w szafce nie ma ani jednego. O tu są, poroznosiłaś po mieszkaniu. I w każdym jest trochę herbaty…

-------------------------------------------------------------------------------------

Dziedziczenie.


/Był to urywek z mojej książki: "Zwariowałam"./

wtorek, 4 września 2018

Wieści z Najpiękniejszych Gór Świata

                                                           Tekst ten dedykuję Anabell


I. Coraz więcej turystów

Od kwietnia do czerwca br. Tatrzański Park Narodowy odwiedziło prawie 722 tysiące osób. Jest to o 70 tysięcy więcej niż w analogicznym okresie roku 2017. Nie ma w tych liczbach osób, które wjechały kolejką na Kasprowy Wierch.
Niestety, większość z tych osób nie umie zachować się w Parku Narodowym.


2. Co zdjęto z krzyża na Giewoncie

Wiele osób przyjeżdża w Tatry tylko po to aby „zaliczyć” Giewont. Pół biedy gdyby tylko na tę górę weszli i zeszli. Wiele osób dochodzi na sam szczyt tylko po to, żeby zostawić tam swój ślad. Służba Parku Obwodu Ochronnego Kuźnice, która ostatnio przeprowadziła akcję czyszczenia krzyża na Giewoncie zniosła stamtąd najwięcej kłódek zakochanych, okolicznościowych tabliczek, wstążek, chustek i kapeluszy. Najwięcej trudności przysporzyły kłódki, które trzeba było ciąć oraz jedna tabliczka, która została przymocowana na śrubach po uprzednim przewierceniu krzyża.
Zastanawiam się nad psychiką takiego człowieka, który idzie na szczyt Giewontu z wiertarką …


3. Śmieci to temat podniosły

Tatry – nazwane przeze mnie Najpiękniejszymi Górami Świata są wciąż zaśmiecane. Chociaż… wolontariusze oczyszczający szlaki Tatr ze śmieci twierdzą, że coraz rzadziej zbierają wciśnięte między skały i w kosodrzewinę butelki, papiery, i różnego rodzaju opakowania. Ale to może dlatego, że wolontariuszy jest coraz więcej… bo aż 7180…


4. Policzono kozice

4 lipca br. pracownikom TPN udało się policzyć kozice. Dzięki słonecznemu i bezwietrznemu porankowi naliczono po polskiej stronie 300 kozic…. W tym ok. 40 tegorocznych koźląt. Te młode w czasie liczenia miały zaledwie miesiąc. Są to oczywiście dane szacunkowe. Trudno jest bowiem stwierdzić czy kozica jest polska czy słowacka, ponieważ przemieszczają się one po szczytach, szczególnie w godzinach porannych. W Tatrach Słowackich jest z reguły trzy razy więcej kozic. Ale jak wiadomo Słowacki Park Narodowy jest ponad trzy razy większy od Polskiego a turystów jest tam znacznie mniej.

5.Największy kwiat Tatr.

Ten kwiat to lilia bulwkowata. Po raz pierwszy ten kwiat pojawił się w atlasie roślin tatrzańskich przygotowanym przez Zofię Radwańską- Paryską w 1957 roku. Po raz pierwszy kwitnącą lilię bulwkowatą / zdjęcie poniżej/ odnaleziono przy Drodze pod Reglami na wysokości 945 m npm 13 czerwca br. Niestety, kilka dni potem została zniszczona przez ludzi, którzy nie powinni się znależć w Najpiękniejszych Górach Świata.

/Zdjęcia 1, 2 i 4 od góry są moją własnością. Pozostałe zdjęcia zeskanowałam z miesięcznika "Tatry".

niedziela, 2 września 2018

Droga

Tekst ten dedykuję Eli


Gdy wsiadam na rondzie w ten sam autobus co zawsze i kupuję bilet – kierowca pyta z uśmiechem:
- Zatrzymać się przy sklepie? Pewnie będzie pani chciała jakieś zakupy zrobić…
- Miło, że pan pamięta – mówię. - A deszcz ostatnio padał?
- Oj padał, padał. Nie będzie pani musiała działki podlewać.
Po pięćdziesięciu minutach wysiadam dziękując i żegnając się z kierowcą uśmiechem.
- Zatrzymałam dla pani te jogurty, które pani zawsze kupuje. I jest jeszcze magazyn „Książki”, bo zauważyłam, że u nas tylko pani jest nim zainteresowana - mówi sprzedawczyni.
- To jeszcze sobie loda „Big Milka” kupię, bo już kilka razy wygrałam.
Wychodzę ze sklepu i wchodzę w leśną drogę. Idę przez tę część wioski, gdzie pobudowali się ludzie bardzo dobrze sytuowani. Mają piękne domy - ogrodzone i pilnowane przez specjalne firmy. Kiedyś oparłam się niechcący o bramę ogrodzenia takiego wspaniałego domu. Nie zdążyłam jeszcze dojść do końca tej drogi, gdy podjechał do mnie samochód z panami, którzy zwrócili mi uwagę żebym nie dotykała ogrodzeń, bo jestem wtedy traktowana jak potencjalna włamywaczka. Nie odpowiedziałam im zupełnie nic, bo nie znalazłam wtedy w głowie żadnej riposty. A może nawet lepiej bo pewnie i tak nie zrozumieliby co chciałabym im powiedzieć.
Idąc szeroką drogą jestem obszczekiwana przez psy. Za każdym ogrodzeniem, przy każdym parkanie jest ich co najmniej dwa. Są to przeważnie rotweilery.
/Kiedyś, gdy wracałam już tą samą drogą do autobusu minęłam jakichś ludzi w bardzo wytwornym samochodzie. Pani zapytała mnie gdzie idę. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że idę do autobusu, który mnie zawiezie do Warszawy. Pani popatrzyła pytająco na siedzącego za kierownicą pana. A pan stwierdził wspaniałomyślnie:
- To dobrze, to niech sobie pani idzie./
Gdy mijam już teren ze wspaniałymi, bogatymi willami wychodzę na wąziutką ścieżkę. Po jednej stronie rośnie piękny las, po drugiej stronie jest pole. Jakieś trzy tygodnie temu spotkałam na środku tej ścieżki jelonka. Stał i wcale się nie ruszał. Wyglądał jak namalowany w książce z bajkami dla dzieci. Szłam cicho i nie robiłam żadnych gwałtownych ruchów, więc może dlatego nie uciekł przede mną. Nie wierząc własnemu szczęściu i bardzo zdziwiona zatrzymałam się jakieś pięć metrów przed nim. Odwrócił głowę w moim kierunku, popatrzył i powoli, wręcz majestatycznie odszedł w las.
Oczywiście refleks mnie zawiódł – bo mogłam przecież zrobić mu zdjęcie komórką. Miałabym dowód, że mi się to naprawdę nie śniło.
Jeszcze sto metrów i już jest pierwsza działka. Należy do pani Ani. Tej, która pracowała u nas w archiwum i która miała męża pijaka. I która prawie codziennie chowała się za regałami, żeby ukryć siniaki i podbite oczy po kolejnym powrocie męża do domu. Pani Ania ma też bardzo dorosłego, siwego już syna, który ma niedorozwój. I z nim głównie przebywa na działce. 
Ale pani Ani w tym roku jeszcze nie widziałam…… Jest już bardzo stara i schorowana…
Następna działka należy do ludzi, którzy mają cztery małe wnuczki – córeczki swoich dwóch synów. Jeszcze nie widziałam ludzi, którzy byliby tak zwariowani na punkcie swoich wnuczek jak ci właśnie. Dwie pary pięcioletnich, prześlicznych bliźniaczek są dla nich najważniejsze na świecie.
Wchodzę na teren działek.
Dzień dobry, cześć, co słychać?, jak zdrowie?, nic nie zmarzło?, nie uschło?, złodzieje się nie włamali ?– słychać ze wszystkich stron…
Ptaki śpiewają jak oszalałe…
Wchodzę w swoją alejkę. Przy płotach znajomi. Grabią zeszłoroczne liście, podlewają, rozsypują nawozy, przycinają gałęzie, sadzą. A przy tym rozmawiają, chwalą się, narzekają i … mówią kto już nie przyjedzie nigdy, bo go pożegnali na zawsze. Komu urodziło się wnuczę… i kogo zwolnili z pracy.
Sąsiad - poeta, mąż mojej koleżanki mówi: - Przyjdź potem na kawę, jak się rozpakujesz. Przeczytam ci wiersz jaki przed chwilą napisałem. I wydałem następny tomik, ale nikt go jeszcze nie kupił…
Podchodzę do furtki i otwieram ją. Wszystkie moje drzewa, krzewy i kwiaty wychodzą mi naprzeciw. I słyszę jak szumią: „Jak to dobrze, że jesteś”.
--------------------------------------------------------------------------------
Wieczorem przyjeżdżają najbliższe mi osoby. Pijemy na werandzie herbatę. Na niebie pokazują się gwiazdy.
Zapada noc.

/Był to tekst sprzed lat pisany pod wpływem jednej z wczesnowiosennych wizyt na działce/

A ptaszka na mojej drodze spotkałam w czerwcu ubiegłego roku.

Ciągle siedzimy...

1. Przeciętna osoba dorosła aż 90% czasu wolnego spędza w fotelu lub na kanapie. 2. Przy siedzeniu prosto nasz kręgosłup podlega sile o ...