wtorek, 4 września 2018

Wieści z Najpiękniejszych Gór Świata

                                                           Tekst ten dedykuję Anabell


I. Coraz więcej turystów

Od kwietnia do czerwca br. Tatrzański Park Narodowy odwiedziło prawie 722 tysiące osób. Jest to o 70 tysięcy więcej niż w analogicznym okresie roku 2017. Nie ma w tych liczbach osób, które wjechały kolejką na Kasprowy Wierch.
Niestety, większość z tych osób nie umie zachować się w Parku Narodowym.


2. Co zdjęto z krzyża na Giewoncie

Wiele osób przyjeżdża w Tatry tylko po to aby „zaliczyć” Giewont. Pół biedy gdyby tylko na tę górę weszli i zeszli. Wiele osób dochodzi na sam szczyt tylko po to, żeby zostawić tam swój ślad. Służba Parku Obwodu Ochronnego Kuźnice, która ostatnio przeprowadziła akcję czyszczenia krzyża na Giewoncie zniosła stamtąd najwięcej kłódek zakochanych, okolicznościowych tabliczek, wstążek, chustek i kapeluszy. Najwięcej trudności przysporzyły kłódki, które trzeba było ciąć oraz jedna tabliczka, która została przymocowana na śrubach po uprzednim przewierceniu krzyża.
Zastanawiam się nad psychiką takiego człowieka, który idzie na szczyt Giewontu z wiertarką …


3. Śmieci to temat podniosły

Tatry – nazwane przeze mnie Najpiękniejszymi Górami Świata są wciąż zaśmiecane. Chociaż… wolontariusze oczyszczający szlaki Tatr ze śmieci twierdzą, że coraz rzadziej zbierają wciśnięte między skały i w kosodrzewinę butelki, papiery, i różnego rodzaju opakowania. Ale to może dlatego, że wolontariuszy jest coraz więcej… bo aż 7180…


4. Policzono kozice

4 lipca br. pracownikom TPN udało się policzyć kozice. Dzięki słonecznemu i bezwietrznemu porankowi naliczono po polskiej stronie 300 kozic…. W tym ok. 40 tegorocznych koźląt. Te młode w czasie liczenia miały zaledwie miesiąc. Są to oczywiście dane szacunkowe. Trudno jest bowiem stwierdzić czy kozica jest polska czy słowacka, ponieważ przemieszczają się one po szczytach, szczególnie w godzinach porannych. W Tatrach Słowackich jest z reguły trzy razy więcej kozic. Ale jak wiadomo Słowacki Park Narodowy jest ponad trzy razy większy od Polskiego a turystów jest tam znacznie mniej.

5.Największy kwiat Tatr.

Ten kwiat to lilia bulwkowata. Po raz pierwszy ten kwiat pojawił się w atlasie roślin tatrzańskich przygotowanym przez Zofię Radwańską- Paryską w 1957 roku. Po raz pierwszy kwitnącą lilię bulwkowatą / zdjęcie poniżej/ odnaleziono przy Drodze pod Reglami na wysokości 945 m npm 13 czerwca br. Niestety, kilka dni potem została zniszczona przez ludzi, którzy nie powinni się znależć w Najpiękniejszych Górach Świata.

/Zdjęcia 1, 2 i 4 od góry są moją własnością. Pozostałe zdjęcia zeskanowałam z miesięcznika "Tatry".

niedziela, 2 września 2018

Droga

Tekst ten dedykuję Eli


Gdy wsiadam na rondzie w ten sam autobus co zawsze i kupuję bilet – kierowca pyta z uśmiechem:
- Zatrzymać się przy sklepie? Pewnie będzie pani chciała jakieś zakupy zrobić…
- Miło, że pan pamięta – mówię. - A deszcz ostatnio padał?
- Oj padał, padał. Nie będzie pani musiała działki podlewać.
Po pięćdziesięciu minutach wysiadam dziękując i żegnając się z kierowcą uśmiechem.
- Zatrzymałam dla pani te jogurty, które pani zawsze kupuje. I jest jeszcze magazyn „Książki”, bo zauważyłam, że u nas tylko pani jest nim zainteresowana - mówi sprzedawczyni.
- To jeszcze sobie loda „Big Milka” kupię, bo już kilka razy wygrałam.
Wychodzę ze sklepu i wchodzę w leśną drogę. Idę przez tę część wioski, gdzie pobudowali się ludzie bardzo dobrze sytuowani. Mają piękne domy - ogrodzone i pilnowane przez specjalne firmy. Kiedyś oparłam się niechcący o bramę ogrodzenia takiego wspaniałego domu. Nie zdążyłam jeszcze dojść do końca tej drogi, gdy podjechał do mnie samochód z panami, którzy zwrócili mi uwagę żebym nie dotykała ogrodzeń, bo jestem wtedy traktowana jak potencjalna włamywaczka. Nie odpowiedziałam im zupełnie nic, bo nie znalazłam wtedy w głowie żadnej riposty. A może nawet lepiej bo pewnie i tak nie zrozumieliby co chciałabym im powiedzieć.
Idąc szeroką drogą jestem obszczekiwana przez psy. Za każdym ogrodzeniem, przy każdym parkanie jest ich co najmniej dwa. Są to przeważnie rotweilery.
/Kiedyś, gdy wracałam już tą samą drogą do autobusu minęłam jakichś ludzi w bardzo wytwornym samochodzie. Pani zapytała mnie gdzie idę. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że idę do autobusu, który mnie zawiezie do Warszawy. Pani popatrzyła pytająco na siedzącego za kierownicą pana. A pan stwierdził wspaniałomyślnie:
- To dobrze, to niech sobie pani idzie./
Gdy mijam już teren ze wspaniałymi, bogatymi willami wychodzę na wąziutką ścieżkę. Po jednej stronie rośnie piękny las, po drugiej stronie jest pole. Jakieś trzy tygodnie temu spotkałam na środku tej ścieżki jelonka. Stał i wcale się nie ruszał. Wyglądał jak namalowany w książce z bajkami dla dzieci. Szłam cicho i nie robiłam żadnych gwałtownych ruchów, więc może dlatego nie uciekł przede mną. Nie wierząc własnemu szczęściu i bardzo zdziwiona zatrzymałam się jakieś pięć metrów przed nim. Odwrócił głowę w moim kierunku, popatrzył i powoli, wręcz majestatycznie odszedł w las.
Oczywiście refleks mnie zawiódł – bo mogłam przecież zrobić mu zdjęcie komórką. Miałabym dowód, że mi się to naprawdę nie śniło.
Jeszcze sto metrów i już jest pierwsza działka. Należy do pani Ani. Tej, która pracowała u nas w archiwum i która miała męża pijaka. I która prawie codziennie chowała się za regałami, żeby ukryć siniaki i podbite oczy po kolejnym powrocie męża do domu. Pani Ania ma też bardzo dorosłego, siwego już syna, który ma niedorozwój. I z nim głównie przebywa na działce. 
Ale pani Ani w tym roku jeszcze nie widziałam…… Jest już bardzo stara i schorowana…
Następna działka należy do ludzi, którzy mają cztery małe wnuczki – córeczki swoich dwóch synów. Jeszcze nie widziałam ludzi, którzy byliby tak zwariowani na punkcie swoich wnuczek jak ci właśnie. Dwie pary pięcioletnich, prześlicznych bliźniaczek są dla nich najważniejsze na świecie.
Wchodzę na teren działek.
Dzień dobry, cześć, co słychać?, jak zdrowie?, nic nie zmarzło?, nie uschło?, złodzieje się nie włamali ?– słychać ze wszystkich stron…
Ptaki śpiewają jak oszalałe…
Wchodzę w swoją alejkę. Przy płotach znajomi. Grabią zeszłoroczne liście, podlewają, rozsypują nawozy, przycinają gałęzie, sadzą. A przy tym rozmawiają, chwalą się, narzekają i … mówią kto już nie przyjedzie nigdy, bo go pożegnali na zawsze. Komu urodziło się wnuczę… i kogo zwolnili z pracy.
Sąsiad - poeta, mąż mojej koleżanki mówi: - Przyjdź potem na kawę, jak się rozpakujesz. Przeczytam ci wiersz jaki przed chwilą napisałem. I wydałem następny tomik, ale nikt go jeszcze nie kupił…
Podchodzę do furtki i otwieram ją. Wszystkie moje drzewa, krzewy i kwiaty wychodzą mi naprzeciw. I słyszę jak szumią: „Jak to dobrze, że jesteś”.
--------------------------------------------------------------------------------
Wieczorem przyjeżdżają najbliższe mi osoby. Pijemy na werandzie herbatę. Na niebie pokazują się gwiazdy.
Zapada noc.

/Był to tekst sprzed lat pisany pod wpływem jednej z wczesnowiosennych wizyt na działce/

A ptaszka na mojej drodze spotkałam w czerwcu ubiegłego roku.

piątek, 31 sierpnia 2018

Nauczyciele - czas do roboty!!!



Taki tekścik dostałam na komórkę: Przepisuję w oryginale:

Wchodzi facet do Tesco i widzi gościa, który na plecach dźwiga z 70 kg towaru i mówi do niego: „Ciężka taka robota, co”? W odpowiedzi słyszy: „Panie, cudowna taka robota. Do tej pory byłem nauczycielem, ale tu lźejsza praca i lepiej płacą”. Facet zrobił zakupy, stoi w kolejce do kasy. Kasjerka się szybko uwija, więc znów zagaduje że ma ciężką pracę. A ta mu na to: „Panie, luzik. Nauczycielką byłam. Tu i lżej i więcej zarobię”. Wychodzi facet z Tesco a tam bezdomny. Więc mówi do niego: „Pan pewnie też nauczycielem był?”A ten mu na to: „Jakie był? Okienko mam”.

Jestem córką nauczycielki która uczyła klasy I-III, siostrą nauczycielki akademickiej, żoną nauczyciela historii w liceum, matką dwu-języcznego nauczyciela geografii w liceum z maturą międzynarodową. Informuję Was o tym, ponieważ pracę nauczyciela znam doskonale 
z domu, z autopsji.

Otwieram dyskusję o pracy nauczycieli.

Serdecznie Was zapraszam do wyrażania swoich opinii.

A kwiaty .... oczywiście dla nauczycieli z okazji nadchodzącego roku szkolnego.

środa, 29 sierpnia 2018

Szczęśliwy statek

                                                       Tekst ten dedykuję Grażynie


Był jak pół Giewontu, a fale były jak regle” - tak mówili zakopiańscy górale o najsławniejszym polskim statku pasażerskim MS „Batory”.

Legendarny statek, którym Polacy podróżowali do Nowego Jorku wodował 3 lipca 1935 roku. 
Został wybudowany we Włoszech. I stał się polską wizytówką i prawdziwym salonem. Specjalnie powołana komisja była odpowiedzialna za jego wystrój. I tak na przykład słynna malarka Zofia Stryjenska namalowała we wnętrzu statku 2 syreny i Neptuna. Z kolei  zakopiański rzeżbiarz Wojciech Brzega ozdobił wnętrze rzeżbionymi kolumnami. A Matkę Boską Częstochowską do kaplicy na statku stworzył słynny pedagog i rzeźbiarz Antoni Kenar.

MS „Batory” pływał 34 lata. Pierwszy rejs Batorego odbył się do Ameryki Południowej. Płynęli wtedy sami celebryci i zaproszeni goście.
Potem zaczęły się regularne rejsy za Atlantyk.

Wybuch wojny zastał statek na środku oceanu. Pasażerowie musieli ewakuować się łodzią podwodną.

Na początku wojny MS Batory został przemalowany na kolory wojskowe. Przewoził aliantów, złoto, skarby wawelskie. Przetransportowano też nim z Anglii do Australii 400 polskich dzieci - wojennych sierot.

W 1947 roku statek wrócił do służby cywilnej, znów przemalowano go na barwy biało-czerwone.
Niestety, „zimna wojna” spowodowała, że przed statkiem zamknięto port w Nowym Jorku. Każdy z pasażerów był traktowany jak szpieg. Przez kilka lat MS Batory pływał do Dubaju, od 1958 do 1969 roku do Montrealu. Jednak tylko od kwietnia do grudnia, bo kanadyjski klimat nie sprzyjał rejsom, zimą rzeka Św. Wawrzyńca zamarzała. W tym czasie polski statek zmieniał więc kurs np. na Karaiby, organizowano też rejsy karnawałowe i sylwestrowe.
Każdy powrót MS "Batorego" do Gdyni był wielkim świętem.

W 1966 roku statkiem podróżował zakopiański Zespół im. Klimka Bachledy. Dla wszystkich członków tego zespołu, często prostych górali było to niesamowite przeżycie. Choćby jedzenie na statku i sposób jego serwowania. Górale byli przyzwyczajeni do jedzenia z jednej miski postawionej na środku stołu. A na statku była elegancka porcelana, obrusy i sztućce. Wiele prostych ludzi nie wiedziało po prostu jak jeść serwowane na Batorym potrawy. Tam na statku poznali na przykład smak banana czy pomarańczy. A kuchnia na Batorym była bardzo wykwintna,podawano homary, zupę z żółwi, żabie udka.

Na Batorym okropnie bujało bo statek nie miał stabilizatorów i był statkiem płaskodennym. Górale mieli jednak niezawodny sposób na chorobę morską. Leczyli się litworówką ale robioną z korzenia a nie z liści. Przewozili także dolary w ciupagach, bo legalnie można było zabrać ze sobą tylko 5 dolarów.

W roku 1969 statek nadawał się już do remontu, a prace okazały się zbyt kosztowne, dlatego MS Batory zacumował w Gdyni na stałe i zaczął pełnić funkcje hotelu i restauracji.

Na morzu zastąpił go nowy statek „Stefan Batory”. Ten statek często mylony jest z MS „Batorym”.
Ale ten drugi to zupełnie inny statek i nie na takim poziomie.

MS „Batory”poszedł na żyletki do Hongkongu. Ponoć stal była świetna.

Legendarny MS „Batory” miał 160 metrów długości i 21 metrów szerokości. Miał 7 poziomów, mieścił 750 pasażerów, którzy byli obsługiwani przez 350 osób załogi.
Był pływającym hotelem na bardzo wysokim poziomie.
Miał przydomek "Lucky ship".

W maju 2019 roku ma ukazać się książka o MS „Batorym”. Autorki uroczej książeczki pt: "Na Giewont się patrzy"– Aleksandra Karkowska i Barbara Caillot-Dubus zbierają do swojej nowej książki materiały wśród osób, które płynęły tym transatlantykiem.

A ja przeczytałam o tym wszystkim w jednym z ostatnich numerów „Tygodnika Podhalańskiego”.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Zagadka i konkurs...

ROZWIĄZANIE:

1. Jezioro ISKANDARKUL . położone w północno-zachodnim  Tadżykistanie /Azja/ Prawidłowej odpowiedzi jako pierwsza udzieliła Grażyna.
2. Wyboru najciekawszych podpisów pod zdjęciami dokonał Pytalski - lat 10.
Pierwsze zdjęcie: "Krokodyl z odgryzioną głową" - tak napisała Ela
Drugie zdjęcie : "Tani nocleg" - tak napisała Anabell
Na początku myślałam aby zwycięzcom wysłać w prezencie moją książkę o Warszawie. Ale tak się składa, że zarówno Grażyna jak i Ela i Anabell mają tę ksiązkę. A więc prezentem dla każdej z tych osób będzie dedykacja kolejnych tekstów. Jutro tekst dla Grażyny.



Czy ktoś z Was wie jak nazywa się to jezioro?I w jakim leży kraju?

Jego nazwa w języku kraju w którym się znajduje brzmi Jezioro Aleksandra Wielkiego. Jest ponad 11 razy większe od naszego Morskiego Oka i leży na wysokości szczytów jakie otaczają Morskie Oko.

Dla ułatwienia podam, że zdjęcie robił podróżnik, belfer, włóczęga i geograf w jednej osobie, czyli mój młodszy syneczek. A więc jest ono albo w Azji albo Afryce bo po tych kontynentach dziecko się włóczy z plecakiem, namiotem i w towarzystwie dwójki innych "szurniętych" geografów.
-----------------------------------------------------------------------
A może macie pomysły jak podpisać te zdjęcia?



-----------------------------------------------------------------------
Pierwszej osobie, która poda dokładną nazwę jeziora i osobie, która najciekawiej podpisze jedno ze zdjęć przyznam nagrody w postaci.... jeszcze nie wiem jakiej. Ale z pewnością nagrody będą.

Zajrzyjcie proszę we wtorek wieczorem.

sobota, 25 sierpnia 2018

Miasto rzeźbiarzy, ordynatów i heretyków czyli ... Pińczów - część druga


7. W Pińczowie był kiedyś przepiękny zamek. Do prac budowlanych na zamku margrabia Zygmunt Myszkowski zatrudnił Santi Gucciego, który był już wtedy królewskim architektem i rzeźbiarzem. Po zamku nie pozostał nawet ślad, ale na sztychu F.Dahlberga z 1657 r. można zobaczyć naprawdę imponującą budowlę. W XVII wieku z pewnością konkurowała z innymi zamkami w Małopolsce. Zamek ten był siedzibą ordynatów pińczowskich.
8.Ordynacja Pińczowska była trzecią /po Radziwiłłowskiej i Zamojskiej/ ordynacją rodową w Polsce. To pierwszemu ordynatowi hr.Zygmuntowi Gonzadze-Myszkowskiemu miasto zawdzięcza największy rozwój.
9. Na jednym z pińczowskich synodów był obecny Mikołaj Rej z Nagłowic. W pińczowskim kościele popaulińskim po raz pierwszy publicznie odczytano wiersz Jana Kochanowskiego, zaczynający się od słów: "Czego chcesz od nas Panie za Twe hojne dary..". Według legendy Mikołaj Rej po usłyszeniu utworu miał przyznać poecie z Czarnolasu pierwszeństwo w poezji polskiej. Świadkiem tego wydarzenia miał być 17-letni Jan Zamojski, późniejszy hetman i kanclerz wielki koronny i założyciel Zamościa.
10. Arianie na Ponidziu to temat coraz bardziej zapomniany. Stanowili oni najbardziej radykalny odłam reformacji na ziemiach polskich. Ich aktywność trwała przez wiek, aż do momentu, gdy uchwała sejmu walnego z 1658 r. nakazała im przejść na katolicyzm lub opuścić Rzeczypospolitą. Miasto, które opisuję było kiedyś nazwane "Polskimi Atenami doby Reformacji". Do dziś stoi w Pińczowie tzw. Dom Ariański, zwany też Drukarnią Ariańską. Budynek zwraca uwagę ciekawymi obramieniami okiennymi z wyrytymi na nich łacińskimi dewizami. To w tym budynku były drukowane utwory, których autorem był Andrzej Frycz-Modrzewski.
11. W czasach I wojny światowej stacjonował w Pińczowie 2 Pułk Piechoty Legionów. Służył w nim mój dziadek, tata mojej Mamy. 
12. Mój dziadek - legionista /odznaczony parę lat póżniej orderem Virtuti Militari/ przebywał w Pińczowie z moją babcią. I tam w 1916 roku urodziła się moja Mama.
13. Latem 1944 r. współpracujące ze sobą polskie oddziały partyzanckie wyzwoliły od Niemców obszar naokoło Pińczowa o powierzchni ok.1000 km.kw.  Fakt ten przeszedł do polskiej historiografii jako Partyzancka Republika Pińczowska.
W Pińczowie byłam tylko raz - w lutym 2012 roku. Pojechałam tam sama autobusem wykorzystując swój pobyt w sanatorium w Solcu-Zdroju.  Najpierw pojechałam  do Buska-Zdroju, potem przesiadłam się w drugi autobus. Tą samą drogą wróciłam ok. 21-szej do swojego sanatorium.
Po drodze dwa razy zmoczył mnie deszcz, zaliczyłam jedną śnieżycę, dopadły mnie jakieś bezpańskie psy. Ale przez pewien czas świeciło też słońce, więc jak weszłam na Wzgórze Św. Anny, to zobaczyłam u swych stóp piękne, zabytkowe miasto i duży obszar ziemi leżącej w Dolinie Nidy.
Pospacerowałam też po uliczkach miasta, obejrzałam zabytki. I oczywiście wypiłam kawę w jednej z kawiarenek.
Musiałam tam pojechać.
Poczułam wewnętrzną potrzebę zobaczenia miejsca, które w istotny sposób związane jest z moimi korzeniami.

czwartek, 23 sierpnia 2018

Miasto rzeźbiarzy, ordynatów i heretyków czyli ....Pińczów - część pierwsza


                          /W tym mieście urodziła się moja Mama/

1. Już w XII wieku wydobywano z tutejszego kamieniołomu szlachetny budulec. To z niego zbudowano Wawel i Sukiennice. A także w połowie XX wieku - warszawski Pałac Kultury i Nauki. Kamień ten otrzymał do dziś używaną nazwę kamienia pińczowskiego.
2. Temu właśnie kamieniowi miasto zawdzięcza fakt, że zainteresował się nim znany florencki architekt i rzeźbiarz Santi Gucci. Osiadł on w Pińczowie około 1568 r. na stałe. Ten włoski artysta założył w mieście wielki zakład kamieniarsko-rzeźbiarski, produkujący różnego rodzaju detale architektoniczne - portale, epitafia, chrzcielnice, figury. To Santi Gucci jest autorem nagrobków Zygmunta Augusta i Anny Jagiellonki znajdujących się w Kaplicy Zygmuntowskiej na Wawelu.
Oprócz Santi Gucciego pracowali w Pińczowie inni włoscy artyści. Miasto to stało się w pewnych latach włoską kolonią artystów.
3. Santi Gucci jest twórcą górującej nad Pińczowem i okolicą manierystycznej kaplicy Św. Anny. Powstała ona w 1600 r. i jest pierwszą wolno- stojącą świątynią kopułową o przeznaczeniu wyłącznie kultowym.
Ze Wzgórza koło świątyni rozlega się wspaniały widok na miasto i Dolinę Nidy.
4. Widoczny ze Wzgórza Św. Anny piękny Klasztor Paulinów ma bardzo bogatą historię.
Zakon paulinów sprowadził do Pińczowa w poł. XV w. biskup krakowski Zbigniew Oleśnicki. Spowodowało to wzrost znaczenia Pińczowa, bowiem zakonnicy prowadzili również działalność gospodarczą i edukacyjną. Pół wieku później - potomek rodu Mikołaj Oleśnicki wygnał zakonników z miasta, przekształcając kościół w zbór kalwiński. Zgodnie z doktryną nauk Kalwina usunięto wówczas ze świątyni prawie wszystko oprócz ambony. Od tego czasu pińczowski klasztor pauliński stał się "gniazdem heretyków". Gdy na mocy postanowienia Trybunału Konstytucyjnego paulini powrócili do Pińczowa, rozpoczęły się długotrwałe procesy o odszkodowania związane z zawieruchą reformacyjną.
W latach 1647-1650 przeorem w pińczowskim klasztorze był ks.Augustyn Kordecki - ten sam, który później wsławił się bohaterską obroną Jasnej Góry przed potopem szwedzkim.
Po 200 latach ordynat Franciszek Wielopolski ponownie wyrzucił paulinów z klasztoru, potem na krótko wrócili, a w 1819 r. nastąpiła kasata klasztoru, a cały majątek przeszedł w ręce rządu Królestwa Polskiego.
Kościół popauliński pw.Św. Jana Ewangelisty jest niezwykle ciekawym i cennym artystycznie zabytkiem. Zwiedzając go nie sposób nie zwrócić uwagi na bogatą dekorację stiukową sklepień naw i prezbiterium, a także na piękne stalle i organy.
5. W budynkach klasztornych tego kościoła znajduje się ciekawe muzeum historii i kultury regionu Ponidzia. W muzeum można obejrzeć między innymi marmurową fontannę, która pierwotnie stała na rynku pińczowskim. Fakt, że pochodzi z warsztatu Santi Gucciego powoduje, że zatrzymują się przy niej wszyscy zwiedzający.
6. W muzeum tym znajduje się przede wszystkim stała wystawa poświęcona życiu i twórczości syna tej ziemi i piewcy Ponidzia - Adolfa Dygasińskiego. Eksponowane tam osobiste rzeczy pisarza - należy do nich bagaż podróżny z metalową plakietką na której wygrawerowano "A.Dygasiński" - są bardzo wzruszające. Bagaż ten to symbol tułaczego życia pisarza. Było to jednak życie bardzo ciekawe. Z jednego z przewodników o Pińczowie dowiedziałam się, że pisarz ten był także guwernerem Jacka Malczewskiego /w późniejszym okresie wybitnego malarza/. Miał bardzo bogate życie, wyjechał nawet na pewien czas do Brazylii. Wyjazd ten zaowocował cyklem "Listów z Brazylii", w których opisywał tragiczną sytuację polskich emigrantów. Zawsze jednak był związany z Ponidziem.


Ciąg dalszy nastąpi...

wtorek, 21 sierpnia 2018

Orły w Warszawie


Siedziałam sobie kilka dni temu pod Kolumną Zygmunta i patrzyłam na Zamek Królewski. A właściwie to patrzyłam na wieżę zamkową, tę z zegarem. Bo zobaczyłam, że nad nią krąży para jakichś dużych ptaków. Patrzyłam i patrzyłam. I im dłużej patrzyłam, tym bardziej mi się wydawało, że to są orły.
Tylko skąd w Warszawie orły? Wprawdzie jedna para sokołów mieszka na szczycie Pałacu Kultury i dochowała się nawet jednego pisklęcia, ale one chyba są mniejsze.?
Siedziałam pod tą kolumną dość długo, bo osoba, z którą się umówiłam, stała w korku samochodowym w Jankach pod Warszawą. I ciągle spoglądałam w górę, bo te ptaki latały naokoło wieży zamkowej, potem odlatywały, znikały i znowu się pojawiały. Jak to ptaki…
Zadzwoniłam do znajomego, który na pewno wie, jak wygląda orzeł w locie, a on mi odpowiedział, że orzeł ma specyficzny lot, który można określić jako majestatyczny. I że w locie jego skrzydła wyglądają jak te w zbroi husarskiej.

Po powrocie do domu zaczęłam szukać informacji na temat ptaków żyjących w Warszawie. I z grudniowego wydania miesięcznika „Stolica” dowiedziałam się, że (cytuję za Arkadiuszem Szafrańcem z artykułu „Orły, sokoły…”) „nad warszawską Wisłą gnieździ się ponad 150 gatunków ptaków. Można tu zobaczyć i usłyszeć istne rarytasy ornitologiczne. A do niedawna zagrożone wymarciem orły bieliki i sokoły wędrowne kołują w centrum Warszawy wokół iglicy Pałacu Kultury”.
I dalej…
„Jedna para bielików zaczęła kiedyś montować gniazdo obok Mostu Świętokrzyskiego. Niestety, spróchniała topola nie wytrzymała obciążenia. Ten wypadek nie zraził pięknych ptaków – stale patrolują warszawską Wisłę, a ich dumne sylwetki można zobaczyć nad Zamkiem Królewskim”.
Więc może jednak widziałam orły?

/Był to urywek mojej książki "Moje warszawskie zwariowanie"/
-----------------------------------------------------------------------

Wszystkich moich blogowych przyjaciół zapraszam serdecznie pod ten adres:

https://iwonazmyslona.blogspot.com/2018/08/bardziej-lub-mniej-znani-rzezbiarz-i_20.html#comment-form

niedziela, 19 sierpnia 2018

Tylko tyle:




                               Wąwóz Korzeniowy Dół w Miasteczku                                

Grecki bajkopisarz Ezop - twórca bajki zwierzęcej miał kiedyś napisać takie słowa:

"Im mniejszy umysł tym większa zarozumiałość i buta".


Zgadzamy się z tym???
---------------------------------------------------------------------------------------
A jeśli chodzi o najciekawszy pień /poprzedni tekst ze zdjęciami/ to wyniki głosowania są następujące:
1. 3 głosy
2. 7 głosów
3. 1 głos
4. 4 głosy
5. -
6. -
7. 2 głosy
8. 1 głos
9. 4 głosy
10. 2 głosy
A więć PIEŃ na zdjęciu nr 2 otrzymuje tytuł Mistera. Znajduje się on w Warszawskim Ogrodzie Zoologicznym między wybiegiem dla wielbłądów, osłów i zebr. A więc uzasadnienie Smoothoperatora, że w tym pniu mogą znajdować się jakieś zwierzęta jest jak najbardziej na miejscu...
Mamy też dwóch V-Misterów: pień nr. 4  i pień nr  9 - obydwa pnie znajdują się w Łazienkach Królewskich w Warszawie.
Wszystkim, którzy dokonywali wyboru bardzo dziękuję.





piątek, 17 sierpnia 2018

środa, 15 sierpnia 2018

Arogancja?


Siedziałam z młodszym wnukiem w jadalni przytulnego pensjonatu i czekałam na zamówiony obiad.
Wnuk, który za parę dni miał mieć 10 urodziny wyjął z kieszeni telefon komórkowy, który dostał w prezencie od rodziców. Bardzo się nim cieszył i chciał mi pokazać czyje telefony już sobie w nim zapisał.
Nagle przechodzący obok kelner podszedł do niego i powiedział ostrym głosem:
- Schowaj natychmiast ten telefon bo Ci go zabiorę i wyrzucę przez okno.!!!
- Ale ja chciałem tylko pokazać babci…. – zaczął przerażony prawie 10-latek….
Ale kelner go nie słuchał.
Po dłuższym czasie przyniósł nam zamówione dania. Przedtem sprawdził czy wnuk schował telefon.
Gdy do stołu przyszedł starszy 14-letni wnuk poprosiłam kelnera, żeby przyniósł danie także dla niego.
Powiedziałam żartobliwie w ten sposób:
- Już przyszedł ten spóżniony delikwent …
I usłyszałam:
- Niech pani nie używa takiego sformułowania. My obsługujemy klientów a nie delikwentów. Delikwent to dla nas pijak i złodziej.
Zupełnie nie wiedziałam co mam odpowiedzieć, więc tylko się niewyrażnie uśmiechnęłam.
Gdy przyszło do płacenia zapytałam nieśmiało kelnera czy pamięta o tych 10 % zniżki, które mi się należą jako gościowi pensjonatu./ W czasie poprzedniego naszego pobytu zdarzyło mu się zapomnieć/.
A on poczerwieniał i warknął do mnie:
- Pani ma na myśli te 10% dla mnie czy dla siebie?

Tego było już za dużo. Miarka się przebrała.


Następnego dnia przy śniadaniu zapytałam kelnerkę kiedy będzie 
obecny właściciel pensjonatu bo chciałabym podziękować mu za przydzielony mi jako stałemu gościowi rabat za kolejny kilkudniowy pobyt. Zapytałam też kelnera, który nas wczoraj obsługiwał jak ma na imię. Odpowiedział trochę przerażony. A potem zamarł w bezruchu na środku sali.
I nagle….
Podszedł do mnie w ukłonach i zapytał jaką sobie życzę kawę. Odpowiedziałam, że sama sobie ją zrobię bo przecież jest ekspress i śniadanie w formie szwedzkiego bufetu.
Więc z przyklejonym uśmiechem zapytał czy próbowałam już ciasta.
Odpowiedziałam spokojnie, że jak zjem śniadanie to spróbuję.
Wtedy przyniósł nam do stolika pełna paterę owoców. I powiedział:
- Proszę sobie wybrać. I wnuki też niech jedzą, bo to są owoce z naszych sadów. Smacznego.
W trakcie śniadania jeszcze kilka razy podchodził i pytał czy czegoś nie potrzebujemy.
Gdy odchodziliśmy już od stolika do swojego pokoju kłaniał się nam w pas. Mówił nawet moim wnukom jak dobrą mają babcię.
A jak przyszliśmy na obiad to serdecznie zaprosił nas do stolika, który zarezerwował specjalnie dla nas. Był niezwykle uprzejmy.
Od razu domyśliłam się, że kelner po prostu przestraszył się, że złą o nim opinię przekażę właścicielowi pensjonatu.
Dzień przed wyjazdem dopłaciłam gotówką brakującą kwotę za pobyt. /Poprzednio wpłaciłam zaliczkę przed przyjazdem i prawie całą brakującą kwotę przelałam z konta/.
Gdy wracaliśmy do Warszawy przeglądałam rachunki. Zauważyłam, że potwierdzenie dopłaty wystawiono mi na mniejszą kwotę. Ale nic już nie mogłam zrobić.

Najgorszy dla mnie był fakt, że wszystko to działo się w miejscu, które od lat darzę wielkim uczuciem, o którym ciągle piszę i któremu poświęciłam tekst w jednej ze swoich książek.
Działo się to w Miasteczku, w którym są takie drzewa jak na zdjęciach.

Czas umierać???


O tym jak turyści są oszukiwani ....

                                                                                         Takie chmury "wyrosły" mi wczoraj nad kw...