piątek, 8 czerwca 2018

Chyba zrozumiałam...

Tak mi urosły drzewa na działce. Jak je sadziłam to miały najwyżej 40 cm.

Skończyłam czytać książkę pt: „Czy Bóg przebaczy siostrze Bernardetcie”? Napisała ją Justyna Kopińska – ta sama pisarka, którą poznałam osobiście gdy byłam na promocji jej książki pt: „Z nienawiści do kobiet”. Pisałam o tym w dn. 10 marca 2018.
Książka jest o przemocy jakiej poddawane są w zakonach sieroty i dzieci z rodzin patologicznych. Tu konkretnie autorka pisze o zakonie sióstr boromeuszek w Zabrzu, które to siostry z opiekunek dzieci przeobraziły się w instytucję oprawców pełnych okrucieństwa. Znęcały się nad dziećmi fizycznie i psychicznie. Dzieci były więzione, bez przerwy bite, obrażane, straszone, przykuwane do kaloryferów, molestowane i gwałcone.
W książce kilkakrotnie stawiane jest pytanie instytucjom i konkretnym osobom, które wiedziały o tym co dzieje się za murami tego koszmarnego obozu… bo innych słów nie można użyć.
Autorka pyta dlaczego skoro wiedziały o tym koszmarze przez lata nic nie zrobiły.
Odpowiedź zawsze była taka sama:
To grzech śmiertelny donosić na osoby duchowne”.
Więc chyba zrozumiałam. Dlatego ukrywana jest pedofilia księży i przemoc sióstr zakonnych.
Nie!!!!Nadal nic nie rozumiem.!!!!

P.S. Nie czytajcie tej książki. Bo i tak nie uwierzycie... A jak uwierzycie to wpadniecie w depresję...
P.S. Mój znajomy poeta /ten zza działkowego płotu/ jako całkowity sierota spędził dzieciństwo u sióstr zakonnych pod Warszawą. Mówił mi, że był przez nie bez przerwy bity i poniżany. To on pożyczył mi tę książkę...Przeczytałam ją i poszłam jeszcze tej samej nocy podziwiać gwiazdy.... A potem użarł mnie ten trzmiel. Taka była kolejność...

środa, 6 czerwca 2018

Włochaty bzyczący grubasek..... czyli "Lot trzmiela"


To było tak:
Jak już skończyłam oglądać to rozgwieżdzone niebo to wróciłam do domeczku i „cudem jakimś” udało mi się w telefonie komórkowym napisać i opublikować tekst o patrzeniu w gwiazdy. /Tekst z 30 maja/. I poszłam dalej spać.
I wtedy przyśnił mi się „Lot trzmiela”. Tak, ten utwór muzyczny, który napisał Rimski-Korsakow. Jeśli go nie pamiętacie to posłuchajcie go sobie na YT. Jest rewelacyjny.

https://www.youtube.com/watch?v=ucrKUO9FVfY

Latał i latał ten trzmiel i tak pięknie bzyczał. Tak sugestywnie, że wydawało mi się, że lata nade mną. Więc otworzyłam oczy żeby zobaczyć jakiego jest koloru. I zobaczyłam ale tylko przez chwilkę bo….
Znowu usnęłam.
A jak się obudziłam to nie mogłam otworzyć oczu. Coś mi siedziało na głowie. Jakieś takie duże i włochate. Ale wcale się tym nie przejęłam tylko znowu zasnęłam.
Obudził mnie straszliwy ból głowy.
I nie słyszałam już „Lotu trzmiela”.
Nie będę Was dalej dręczyć.
Tak, ugryzł mnie trzmiel. W ucho mnie użarł. Więc ucho mi urosło i stałam się taką Stokrotką- Uszatką. Na dodatek okropnie zapuchłam, nie mogłam prawie wcale otworzyć oczu. O bólu głowy nie wspomnę…
Jak już wreszcie odnalazłam telefon to i tak nie mogłam z niego skorzystać bo prawie nic nie widziałam.
A byłam na działce sama bo jedni korzystali z długiego weekendu i wyjechali a inny pracowali.
Dobrze, że domeczek mam malutki więc i do łazienki mam dwa kroki i do kranu z zimną wodą…
Chyba spałam bardzo długo.
Słyszałam, że dzwoni moja komórka, że na działkach coś się dzieje. Wreszcie znajomi przeszli przez płot i zapukali do mojego domku.
Jakoś wyżyłam. Widać złego diabli nie biorą.

A najfajniejsze jest to, że ja sobie to wszystko w jakiś sposób „wykrakałam” pisząc parę godzin przedtem, że mogę nie mieć dostępu do internetu. No bo w komórce w sieci T-Mobile i na dodatek w szczerym polu w którym jeden maszt przekażnikowy jest uszkodzony to z tym internetem kiepściutko jest.
A ja po prostu przez ten atak trzmiela byłam tak zapuchnięta, że nie mogłam oczu otworzyć.
Dopiero pod wieczór w niedzielę /3 maja/ wróciłam do normalności.
To był ten trzmiel z pierwszego zdjęcia. Piękny, prawda???Znalazłam biedulka dopiero wczoraj na podłodze. Niestety, nie wyszedł mu „na życie” ten atak na mnie.
No to już wszystko wiecie.
A jedno ucho mam nadal ciągle ..... bardziej….




poniedziałek, 4 czerwca 2018

Drohobycz

Mili Moi! 
Ostatnie 5 dni przeżyłam bardzo intensywnie. Ponadto byłam prawie przez cały ten czas odcięta od internetu. Nie bywałam ani na Waszych blogach ani na swoim. Ale powoli /bardzo powoli/ wracam. Ten brak możliwości  a także siły nie pozwolił mi napisać nowego tekstu. Pozwólcie więc że "uraczę" Was tekstem, który znajduje się w mojej książce pt: "Nadal wariuję".



„ W te noce przedwiosenne, dzikie i rozprzestrzenione, nakryte ogromnymi niebami, jeszcze surowymi i bez woni, prowadzącymi wśród wertepów i  rozłogów powietrznych w gwiezdne bezdroża – ojciec zabierał  mnie ze sobą do małej restauracji ogrodowej, zamkniętej między tylnimi murami ostatnich domów rynku. Szliśmy w mokrym świetle latarń, brzęczących w podmuchach wiatru, na przełaj przez wielki sklepiony plac rynku, samotni, przywaleni ogromem labiryntów powietrznych, zagubieni i zdezorientowani w pustych przestrzeniach atmosfery.”
„W ogrodzie restauracyjnym ścieżki były wyżwirowane. Dwie latarnie na słupach syczały w zamyśleniu. Panowie w czarnych tużurkach siedzieli, po dwóch – po trzech, zgarbieni nad biało nakrytymi stolikami, zapatrzeni bezmyślnie w lśniące talerze. Siedząc tak, obliczali w duchu ciągi i posunięcia na wielkiej czarnej szachownicy nieba, widzieli w duchu wśród gwiazd przeskakujące konie i stracone figury i konstelacje wstępujące natychmiast na ich miejsce.”
Któż mógł tak obrazowo i sugestywnie pisać?. Oczywiście Bruno Schulz w „Sklepach cynamonowych” i w "Sanatorium pod klepsydrą”.
Drohobycza nie było w planie wycieczki po Ukrainie Zachodniej. Ale gdy wracając z Truskawca zauważyliśmy tablicę informującą, że do Drohobycza nie jest daleko, namówiliśmy pana Tadzia, naszego pilota aby nam to miasto pokazał.
Z tego niewielkiego, galicyjskiego miasteczka pochodzi lub jest z nim związanych wiele bardzo znanych osób, m.in. Artur Grottger,  Iwan Franko,  Kazimierz Wierzyński, hetman wielki koronny Wacław Rzewuski, twórca szczawnickiego uzdrowiska Józef Szalay,  malarze Maurycy i Leopold Gotlieb i wielu innych.
Nikt jednak nie rozsławił tego miasta tak jak polski pisarz i rysownik żydowskiego pochodzenia Bruno Schulz.
Drohobycz roku 1892, czyli wtedy gdy urodził się w nim Bruno Schulz był niedużą, kresową mieściną. Na pocztówkach i zdjęciach z końca XIX wieku widać niewielkie parterowe domki. Tylko w centrum górowała nad miastem bryła ceglanej, gotyckiej fary wraz z dzwonnicą, a także okazały ratusz.
Miasto to jest jednym z niewielu miast II Rzeczpospolitej, które nie zostały zniszczone w czasie II wojny światowej.
Gotycka fara znajdująca się centrum miasta została ufundowana w roku 1392 przez króla Władysława Jagiełłę. Ten sam król nadał miastu  w 1422r. prawa magdeburskie.
Zwiedzaliśmy ten olbrzymi, surowy kościół. Z jego południowej strony znajduje się piękny gotycki portal, ozdobiony herbami Drohobycza i polskim orłem. A wewnętrzne ściany pokrywa  XVIII wieczna polichromia, przedstawiająca m. inn. nadanie praw miastu przez króla polskiego. Obok fary znajduje się wieża-dzwonnica. Jest ona częścią obwarowań, bowiem fara pełniła kiedyś funkcje obronne. Miasto nie posiadało bowiem nigdy murów obronnych.



Piękny jest Drohobycz XIX- wieczny. Zachował się w mieście ratusz oraz wiele zabytkowych, eklektycznych willi, należących kiedyś do polskich naftowych potentatów. Przecież w Drohobyczu do wybuchu II wojny działało 5 rafinerii naftowych.





Podeszliśmy do ul. Floriańskiej gdzie stoi dom, w którym Bruno Schulz mieszkał do czasów II wojny światowej. Informuje o tym niewielka tabliczka.

Domu przy rynku, w którym mieścił się sklep bławatny ojca Brunona już dawno nie ma. To ten właśnie sklep opisał przepięknie Schulz w „Sklepach cynamonowych”.
Spacerując po Drohobyczu szukaliśmy też słynnej Ulicy Krokodyli ze „Sklepów Cynamonowych”:
„Pseudoamerykanizm zaszczepiony na starym, zmurszałym gruncie miasta, wystrzelił tu bujną lecz pustą i bezbarwną  wegetacją tandetnej, lichej pretensjonalności. Widziało się tam tanie, marnie budowane kamienice o karykaturalnych fasadach, oblepione monstrualnymi sztukateriami z popękanego gipsu. Stare, krzywe domki podmiejskie otrzymały szybko sklecone portale, które dopiero bliższe przyjrzenie demaskowało jako nędzne imitacje wielkomiejskich urządzeń”.
Ale nie znaleźliśmy jej. I to chyba dobrze. Przedstawiała przecież katastroficzną wizję rzeczywistości zdegenerowanej i przerażającej.
W mieście rozsławionym przez Brunona Schulza byliśmy w sierpniu 2006 roku. Wracaliśmy z niego zamyśleni i z urywkami „Sklepów cynamonowych” w pamięci.

środa, 30 maja 2018

Pytanie o gwiazdy...



W środku majowej, księżycowej nocy budzę się, wychodzę z domku, staję na środku działki i patrzę w niebo. Widzę zawieszony gwiaździsty firmament bardzo blisko, jakby na wyciągnięcie ręki. Rozpoznaję dokładnie największe konstelacje gwiezdne a innych się domyślam. Niektóre gwiazdy do mnie mrugają, inne "spadają". Wydaje mi się że te gwiazdy są dookoła mnie, nie tylko w górze. I że na dodatek chcą mi coś powiedzieć. Czuję jakby mnie oblepiał gwiezdny pył...

Mam prośbę.

Gdybym Was zaprosiła do wspólnego podziwiania rozgwieżdżonego nieba to co byście mi odpowiedzieli?

1. Daj spokój – już tyle razy widziałam/widziałem gwiazdy na niebie…

2. W życiu nie patrzyłam/patrzyłem w gwiazdy…

3. Mogłabym/mógłbym tak całe życie podziwiać rozgwieżdżone niebo…

A może jeszcze coś innego.

Napiszcie szczerze proszę…
----------------------------------------------------------------
A jakbym się długo nie odzywała to znaczy że nie tylko w gwiazdy patrzę ale że też nie mam dostępu do internetu. 


poniedziałek, 28 maja 2018

"Moja" wyrzeźbiona Warszawska Starówka


Zacznę od tych gołębi umieszczonych na szczycie portalu przy jednej z kamieniczek na ulicy Piwnej. Pamiętam z dzieciństwa jak przewodnik opowiadał naszej klasie zwiedzającej odbudowaną z ruin Starówkę, że zostały one wyrzeżbione na pamiątkę pewnej samotnej staruszki, która nawet po Powstaniu i po spaleniu Starówki nie chciała opuścić swojego zrujnowanego mieszkania, bo ciągle przylatywały tam do niej gołębie. Więc została aby je karmić tak długo, dopóki niemiecki okupant i jej nie wygonił do obozu w Pruszkowie. No i w ruinach Starówki zostały tylko te gołębie. I oczywiście ciała poległych Powstańców…


Na tej samej ulicy Piwnej można też zauważyć nad portalem dawnej Kamienicy Metrykantów Koronnych /archiwistów opiekujących się dokumentami Rzeczypospolitej/ odtworzony kartusz z Orłem – godłem Polski. Orzeł ten umieszczony podczas budowy kamieniczki w roku 1718 był zatynkowany podczas Powstania Listopadowego w obawie przed represjami carskiego zaborcy. Odkryto go dopiero w 1909 roku. A w czasie walk powstańczych w 1944 roku został uszkodzony. Zachowano go jednak i wmurowano od strony podwórza.


Prawie naprzeciwko stoi kamieniczka w której znajdował się kiedyś szpital pw. św.Ducha ufundowany przez Annę księżnę Mazowiecką. Na częściowo zachowanym portalu można zauważyć zrekonstruowany zwornik z gołębicą jako symbolem Ducha Świętego oraz z przedstawieniem ściętej głowy Św.Jana Chrzciciela.


Na Świętojańskiej 31 nad portalem zwraca z kolei uwagę przepiękna płaskorzeżba wspaniałego żaglowca. Zachował się prawie całkowicie…


A w pierwszej kamieniczce na Rynku  – w domu odbudowanym od piwnic zwraca uwagę przepiękny fryz, stanowiący apoteozę odbudowy Warszawskiej Starówki. Powyżej centralna część tego fryzu.


Z kolei XVIII wieczna kamienica Pod Murzynkiem znajdująca się w samym środku tzw. Strony Dekerta na Rynku ozdobiona jest Głową Murzynka, która jest autentyczna.


A na drzwiach prowadzących do dawnej Winiarni Fukiera przyciąga wzrok piękna kołatka…

Są jeszcze: lew, pelikan i drugi lew





Jest też wspaniały zegar na kamieniczce Cechu Złotników…


I kobieta z dzieckiem...


A na niewielkim placyku stoi najsłynniejszy polski szewc Jan Kiliński. Pomnik tego bohaterskiego przywódcy mieszczan warszawskich w Powstaniu Kościuszkowskim w 1794 roku został na rozkaz władz hitlerowskich usunięty w roku 1942 ze swojego miejsca na Placu Krasińskich. Był to odwet za akcję ruchu oporu – za zdjęcie tablicy w języku niemieckim, którą hitlerowcy przysłonili polski napis na pomniku Mikołaja Kopernika. Na szczęście pomnik Jana Kilińskiego przetrwał okupację w piwnicach Muzeum Narodowego.


Na ul. Kilińskiego znajduje się też głaz na którym wyryto napis. Mówi on, że 13 sierpnia 1944 roku czołg zdobyty w tym miejscu przez Powstańców okazał się być okrutną pułapką. Eksplodował i zginęło wtedy kilkaset osób.


A przy murze okalającym Warszawską Starówkę stoi Mały Powstaniec….


To tylko kilka z przykładów "Mojej" wyrzeźbionej Warszawskiej Starówki. 

A o różnych ciekawych a często mało znanych wydarzeniach związanych z Warszawą piszę w książce pt: „Moje warszawskie zwariowanie”.

Książka ta nadal jest do nabycia tylko u mnie. Jeśli ktoś jeszcze jest nią zainteresowany to proszę,żeby napisał to w komentarzu albo wysłał do mnie maila na adres rusinowa@op.pl

sobota, 26 maja 2018

Pytanie...

Na mojej działce zakwitł perukowiec

Na skrzyżowaniu Powązkowskiej z Okopową zawsze długo się czeka na zmianę świateł.
Tak było i dwie godziny temu gdy szłam do Mamy.
Koło mnie stanęła pani w moim wieku z 10-letnią dziewczynką.
- Babciu – usłyszałam głos dziewczynki – a jaka była moja mama?
- Była piękna, mądra, dobra i bardzo cię kochała – usłyszałam odpowiedź babci. - I nie mogła się doczekać kiedy przyjdziesz na świat.
- Ale ja już jej nie pamiętam ….
- Bo nie miałaś nawet dwóch lat…
Wnuczka przytuliła się do babci.
Światło wreszcie zmieniło się na zielone więc zaczęłam przechodzić ulicę. Koło mnie szła babcia z wnuczką. Obejmowały się. Obydwie niosły piękne kwiatki. Jedna do Mamy, druga dla Córki. Przed pewien czas szłyśmy też obok siebie wzdłuż muru cmentarnego. Gdy weszłyśmy w bramę straciłam je z oczu, bo skręciły w inną alejkę.

Na cmentarzu spotkałam kilka osób w różnym wieku. Widocznie też przyszły do swoich matek. A gdy już doszłam do tej Mojej, to uświadomiłam sobie, że jestem bardzo szczęśliwa. Bo nie straciłam Jej  gdy byłam dzieckiem. I Ona też była szczęśliwa, bo odeszła pierwsza...

Gdy wracałam w ulewnym deszczu znowu zobaczyłam Babcię z Wnuczką. Szły skulone pod parasolem.
-------------------------------------------------------------------------------
Moje pytanie jest takie:

Dlaczego Dobry Bóg odbiera matki małym dzieciom?
I matkom dzieci...?
Może ktoś z Was to wie???





czwartek, 24 maja 2018

Palio di Siena - część druga

                                                  Zaczyna się parada jednej z contrad                                         
                         
Palio di Siena odbywa się 2 razy w roku już od XIII wieku. Jest poświęcone Marii Pannie i dlatego odbywa się w dniach jej święta tzn. 2-go lipca i 16 sierpnia. Jest to niesamowicie emocjonujący wyścig konny; jeźdzcy jadą na oklep i bez strzemion dookoła placu Campo. Początkowo ścigano się w wąskich uliczkach Sieny, ale w 1656 r. wyścig przeniósł się na rynek, który okrąża się 3-krotnie. Sam wyścig jest tylko zakończeniem trwających do niego bardzo długo przygotowań. Na parę dni przed wyścigiem urządza się różne imprezy, pochody, popisy wywijania chorągwiami i bicia w bębny i inne, mające na celu pokazanie wyjątkowości konia, zawodnika i dzielnicy, która jest reprezentowana. Nagrodą dla zwycięzcy jest zawsze pallium czyli haftowana chorągiew, od której pochodzi nazwa wyścigu. Jeźdźcy i ich konie są przedstawicielami contrad, czyli dzielnic Sieny, na które było podzielone miasto już w XIII wieku. Aktualnie jest 17 dzielnic, ale udział w Palio bierze drogą losowania 10 lub 9 dzielnic. Losuje się 1 jeźdzca i 1 konia z każdej contrady. Pozostałe, nie wylosowane towarzyszą uczestnikom i ich chronią.
Dżokeje uczestniczący w Palio są niestety bardzo brutalni, pozbawieni skrupułów i przekupni. Ubrani w kolorowe, klaunowate stroje wyglądają nieco niezdarnie, ale w rzeczywistości są bardzo agresywni. Przepychają się, potrącają batami konie przeciwników, zaczepiają się słownie i gestami. Walka bowiem zaczyna się dużo wcześniej niż sam bieg. W grę wchodzą przecież duże kwoty pieniędzy z zakładów, a także wielka sława wygranej contrady. W czasie samego biegu dochodzi do wzajemnego okładania się batami przez dżokejów, konie zrzucają jeźdźców, czasami wpadają same na metę. Często konie nie potrafią pokonać ostrych zakrętów, wpadają na siebie i na barierki. Łamią nogi, zdzierają skórę, rozbijają głowy. Natomiast zwycięski jeździec staje się niezwykle popularny, wszyscy mu gratulują, ściskają go, dotykają, poklepują. A pozostali jeźdźcy są natychmiast pocieszani, całowani i obejmowani przez piękne włoskie dziewczyny. Pierwsze miejsce w gonitwie contrada świętuje przez kilka tygodni. Wtedy zwycięzcą czuje się każdy jej mieszkaniec.
                           Jeden z tych koni /nie pamiętam już który/ nazywał się Bruco
Gdy wyjeżdżaliśmy ze Sieny było już ciemno. W autokarze nasza pilotka przekazywała nam w jakiej kolejności konie ukończyły bieg. Liczył się wprawdzie tylko zwycięzca, ale każdy czekał na potwierdzenie, że koń, którego sobie upatrzył też był dobry. Wymieniła 9 koni.
- A pani konik? – zapytała mnie pani Marysia – czemu pani tak posmutniała?
Nie odpowiedziałam i zmieniłam temat. Nie chciałam mówić na głos, że mój koń o imieniu Bruco czyli Gąsienica leżał nieruchomo na najpiękniejszym placu Włoch z rozbitą głową i połamanymi nogami.

P.S. Osoby które są zainteresowane kosztem uczestniczenia w Palio di Siena /jako widzowie/, informuję, że miejsca na środku placu – na stojąco – są bezpłatne. Miejsca siedzące na trybunach przy samym torze wyścigu kosztują podobno bardzo dużo. Przy zakupie biletu każdy z widzów otrzymuje kartkę na której podany jest plan parad a także zasady uczestniczenia w Palio. Ze względu na bezpieczeństwo wyścigu na Campo nie można wnosić żadnych krzesełek, foteli, stołów, butelek, pudełek, puszek. Tak przynajmniej było w dniu 16 sierpnia 2002 roku gdy "oglądałam" Palio di Siena.


Wszystkie zdjęcia w tej i poprzedniej części /oprócz pierwszego, które zostało zeskanowane z przewodnika po Sienie/  były robione kilka godzin przed wyścigiem.

wtorek, 22 maja 2018

Palio di Siena - część pierwsza

  
                                                               Ten dwuczęściowy tekst dedykuję wszystkim tym osobom, które pozostawiają u mnie komentarze.
-------------------------------------------------------------------


Był 16 sierpnia. Dochodziła godzina siódma wieczór. Staliśmy od godziny na samym środku „płaszcza„. Taki bowiem kształt ma rynek w Sienie – kształt płaszcza czy też szaty, którą Matka Boska okrywa rynek, lub też kształt muszli. Rynek ten jest uważany za najpiękniejszy we Włoszech i za jeden z najpiękniejszych na świecie. W punkcie centralnym siedziała na przemyconym w torbie malutkim turystycznym stołeczku najstarsza uczestniczka wycieczki – prawie 80 letnia Pani Marysia. W kapeluszu na głowie, bo słońce nadal prażyło niemiłosiernie. Naokoło gęsty tłum falował i huczał. Pani Marysia powtarzała co chwilę: „Tylko mi dokładnie opowiadajcie co tam się dzieje, bo mój konik musi wygrać. Postawiłam na niego wszystko co mi zostało”. Uspokajaliśmy Panią Marysię mówiąc, że wszystko jej zrelacjonujemy. Koło p. Marysi stał wysoki, barczysty mężczyzna i trzymał na ramionach najmłodszą uczestniczkę wycieczki – 14 letnią Monikę. I ona miała wszystko zrelacjonować, bo my w gęstym tłumie prawie nic nie widzieliśmy.
Zaczęło się. Dziesięć koni ruszyło z kopyta. Wszyscy na raz krzyczeli, my też. Każdy krzyczał imię konia na którego stawiał, ale słychać było przede wszystkim imiona DRAGO, LUPA i TORRE, bo podobno te konie miały największe szanse i najwięcej osób na nie postawiło. Na pierwszym zakręcie jeden z koni wylądował całym ciężarem na metalowym ogrodzeniu. Inne pobiegły dalej. Gdy okrążyły rynek po raz pierwszy i wróciły na to samo miejsce jeździec wydostał się spod konia i okropnie krzycząc zaczął kopać ze złości w ogrodzenie. Koń nie podnosił się. Gdy konie okrążyły rynek po raz drugi do leżącego konia podbiegli mężczyźni i usiłowali go podnieść. Koń nie ruszał się. Po trzecim okrążeniu bieg był zakończony. Trwał 90 sekund. Wygrał koń o imieniu DRAGO czyli Smok. Na tego konia stawiała pani Marysia.
SIENA. Jak mówi legenda założyli ją Senus i Acjusz, synowie Remusa, dlatego w mieście spotyka się posągi wilczycy, która wykarmiła mitycznych założycieli Rzymu. W rzeczywistości Siena była etruską osadą, która w początku I w. p.n.e. stała się rzymską kolonią o nazwie Sena Iulia. Dzięki rozwiniętym bankom i sukiennictwu Siena była w średniowieczu jednym z najważniejszych i najbogatszych miast europejskich. Doprowadzało to do ciągłych konfliktów z Florencją i innymi niezależnymi miastami. Po epidemii dżumy, która wybuchła w Sienie w 1348 r. - ze 100 tysięcy mieszkańców zostało tylko 30 tysięcy. Wtedy znaczenie Sieny zmalało na korzyść Florencji. Do dzisiaj toczy się walka między tymi dwoma pięknymi toskańskimi miastami, ale dotyczy już ona bardziej ilości zachwyconych nimi turystów.


Siena przetrwała w nienaruszonym stanie od średniowiecza. Jej zabudowa to wiek XIII, XIV i XV. Każdy kościół, pałac, każda budowla jest więc bardzo wartościowym zabytkiem. Najpiękniejszy jest oczywiście Campo czyli rynek z majestatycznym Palazzo Pubblico z wieżą czyli ratuszem, oraz katedra, która stoi na miejscu na którym kiedyś była Świątynia Minerwy. Katedrę wybudowano aby upamiętnić wygaśnięcie w mieście dżumy. Pokryta romańsko-gotyckimi rzeźbami fasada katedry jest przepiękna, a wewnątrz znajduje się natomiast uważana za arcydzieło ambona z płaskorzeźbami obrazującymi życie Chrystusa.
W Sienie znajduje się też jeden z najstarszych uniwersytetów na świecie. Został założony w 1240 roku.
Siena znana jest nie tylko ze wspaniałych zabytków i słynnego Palio, ale też ze słynnej szkoły malarskiej,  która powstała na przełomie XIII i XIV wieku. Najważniejsza sieneńska galeria sztuki mieści się w XV-wiecznym Palazzo Buonsignori. Niezwykle bogata kolekcja obrazów pozwala na zapoznanie się zwiedzającego z tą słynną, gotycką szkołą malarską. We wczesnych obrazach tej szkoły dostrzega się wpływ sztuki bizantyjskiej, m. inn. stylizowany układ, intensywne barwy i złote tło.
To z kolorów zabudowy Sieny pochodzi nazwa barwy na palecie malarskiej – żółć sieneńska.Ten naturalny żółto-brunatny barwnik ziemny zawierający krzem zabarwiony wodorotlenkiem żelaza wydobywa się właśnie koło Sieny.
Siena jest pierwszym miastem w Europie, w którym wprowadzono /w 1966 r./ zakaz ruchu samochodowego w zabytkowym centrum.
Zabytkowe centrum Sieny już w 1995 r. zostało  wpisane na listę Światowego Dziedzictwa Unesco.

Najpiękniejszym dla mnie czasem spędzonym w Sienie był spacer z bliską osobą po wąskich, starych uliczkach. Czułam się wspaniale w tym labiryncie pełnym pałaców i cichych zakątków ze świątyniami i placykami z uroczymi kawiarenkami. Chodziliśmy tak bez celu prawie cały dzień.


Ciag galszy nastąpi...

niedziela, 20 maja 2018

Dywany

Rozwinięte wzdłuż dróg i przecinek leśnych, otaczające polany albo wprost wyściełające cały las. Naturalne leśne dywany.
Bywają dywany świetliste, zrolowane, zszywane i rozwinięte...
Na którym z takich dywanów chcielibyście się położyć????/Nie myśląc o kleszczach, pszczołach i różnych innych niebezpiecznych stworzonkach.../






Zdjęcia niestety nie są moje. Te piękne fotografie, których autorami są G i T Kłosowscy zeskanowałam z Magazynu Przyjaciół  Lasu pt: "Echa leśne" nr 1/627/2017. 
Ale zdarzyło mi się widzieć w lasach podobne "dywany"...

piątek, 18 maja 2018

Pierwszy pociąg do Zakopanego


Już kilka miesięcy po zakupieniu na licytacji dóbr zakopiańskich hrabia Władysław Zamojski złożył podanie o koncesję na budowę linii kolejowej z Chabówki do Zakopanego. W tym samym czasie podobne starania podjęło Towarzystwo Tatrzańskie. Ale przeróżne komplikacje odsuwały w czasie tę inwestycję.

Bo dotychczas to było tak, że pociągi dojeżdżały do Chabówki i stamtąd znamienici goście byli przewożeni góralskimi furkami lub saniami pod „samiuśkie Tatry”. A w Zakopanem witały ich specjalnie ustawione bramy powitalne ze słynnymi góralami i z góralską muzyką.

Dopiero w czerwcu 1895 roku cesarz Franciszek Józef podpisał ustawę o kolejach miejscowych, w których spisie znalazła się linia Chabówka-Zakopane.
Władysław Zamojski natychmiast zlecił wykonanie planów szczegółowych kolei, ale dopiero 4 listopada 1897 roku otrzymał koncesję na budowę i eksploatację normalno-torowej kolei na tej trasie.

I wtedy dopiero zaczęły się „schody” czyli trudności związane z wykupem gruntów pod budowę nasypu kolejowego.

Wielu górali nie chciało nawet słyszeć o jakiejś kolei a wielu z nich po prostu nie wiedziało czym będzie taka kolej.

Do historii przeszły różne, opisywane potem dokładnie rozmowy i negocjacje z góralami, których domy i obejścia znajdowały się tuż przy trasie, a czasami nawet w miejscu planowanej trasy kolejowej.

Na przykład taka rozmowa, prowadzona a góralem którego dom stał między Chabówką a Poroninem:

- Słyszeliście może gospodarzu – zaczynał delikatnie wydelegowany urzędnik – że niedługo będzie tu budowana linia kolejowa.
- Ano…. słyszałem – odpowiadał góral.
- No i będzie tędy przejeżdżał pociąg. Właśnie tutaj, tu gdzie stoi wasz dom.
- Rozumiem – odpowiadał góral, - A często będzie przejeżdżał?
- No na początku to pewnie tylko raz w tygodniu. Potem codziennie, a potem to może i co godzinę.
- O nie!!!! - zdenerwował się góral – to ja mu nie będę co chwila drzwi do chałupy otwierał…

Jednak po jakimś czasie udało się wykupić od górali grunty i …. 31 sierpnia 1899 roku do Zakopanego przyjechał pierwszy pociąg roboczy. 

Lokomotywę - /jak podają kroniki zakopiańskie/ tak zwaną austriacką 54 /przypominam że Zakopane należało do zaboru austriackiego/ - prowadził maszynista Otto Wolf.

Tak o tym pisał wtedy „Przegląd Zakopiański”:

Pamiętny będzie dzień ten w historii Zakopanego, w którym tu po raz pierwszy pojawił się parowóz. We czwartek 31 sierpnia 1899 roku przed godziną 3 po południu usłyszano świst lokomotywy wlokącej za sobą wóz towarowy i trzy szutrowe. Maszyna ubrana była w festony ze smreczyny ozdobne chorągiewkami biało-czerwonymi. Tłum zgromadzony na dworcu kolejowym powitał oczekiwanego gościa z radością. Ze wzgórza nad dworcem rozległy się wystrzały moździerzowe zwiastujące Zakopanemu połączenie ze światem. Równocześnie nadciągnęła burza, wtórując strzałom w dolinie...”

Natomiast pierwszy pociąg z pasażerami wjechał na stację w Zakopanem w dniu 1 października 1899 roku. Lokomotywę prowadził Polak Wojciech Błoński z Bachórza z powiatu brzozowskiego. 

Tuż przed wjazdem na stacji doszło do charakterystycznego incydentu. Grupa górali – furmanów, którzy wozili gości tzw. fasiągami z Chabówki /a jeszcze wcześniej z Krakowa/ do Zakopanego – w ramach protestu „spuszcza portki i gołymi zadkami wypina się w kierunku lokomotywy”. 

Maszynista Błoński nie stracił jednak zimnej krwi i gorącą wodą z węża polał protestujących, więc uciekli prędko z torów.

Niestety, ze względów rodzinnych nie witał w Zakopanem pierwszego pociągu hrabia Władysław Zamojski. Jednak w tłumie gapiów stał 14-letni wówczas Staś Witkiewicz, nazwany później Witkacym. Zrobił wtedy jedno z pierwszych zdjęć temu pociągowi.
A pierwszy pociąg odjechał z Zakopanego 25 października 1899 roku. /patrz zdjęcie/

A w 1923 roku zafascynowany kolejami Witkacy napisał sztukę „Szalona lokomotywa”…
-------------------------------------------------------------------------
Jak się domyślacie znowu sobie czytam „Kroniki Zakopiańskie” Macieja Krupy...


środa, 16 maja 2018

Wczoraj 15 maja ...


były imieniny Zofii.


-----------------------------------------------------------------------------------------------------------


Wieczorem byłam w „Kalinowym sercu”. I tam piłam „kalinową” imbirową herbatę z dodatkiem miodu. I tam w salonie kulturalnym którego patronką jest Kalina Jędrusik we wspaniałym towarzystwie Rodziny Rodowiczów obejrzałam i wysłuchałam a właściwie pochłonęłam każdą komórką ciała monodram pt: „Zofia”. Monodram napisała młoda dramatopisarka Anna Wakulik.

A tytułowa Zofia to matka dwóch synów. Jednym z nich był Zygmunt Rodowicz który zginął w czasie Powstania Warszawskiego. A drugim był Jan Rodowicz ps. "Anoda"– harcerz, uczestnik Akcji pod Arsenałem, powstaniec warszawski… który został najprawdopodobniej zamordowany w czasie brutalnego śledztwa jakie miało miejsce w styczniu 1949 roku.

W rolę Zofii wcieliła się Małgorzata Pieńkowska. Grała wstrząsająco matkę, której synowie wybiegają z domu aby walczyć….. bo przecież wybiła Godzina „W”. Matkę, która pozostaje bez dzieci. I zaczyna nienawidzić te wszystkie matki, których dzieci żyją.
Nie podejmuję się jednak opisać tego monodramu, znam za mało odpowiednich słów...

Siedziałam koło Joanny Rodowicz, która – chociaż widziała już ten monodram kilka razy …. i tym razem płakała. Ci dwaj młodzi mężczyźni - Zygmunt i Jan to jej stryjowie…. których nie zdążyła poznać, bo urodziła się po ich tragicznej śmierci.

Ściemniało się gdy wychodziłam z „Kalinowego Serca” przy ul. Krasińskiego. 
I zupełnie nie wiem dlaczego na Placu Wilsona nie mogłam trafić na żaden przystanek. A jak go wreszcie znalazłam to pojechałam w zupełnie innym kierunku... i zupełnie nieznanym mi autobusem.

To było wczoraj 15 maja 2018 roku.

Dzisiaj będzie o piorunach

Ostatnio w kraju nad Wisłą często występują burze z piorunami. Postanowiłam poszukać trochę informacji na ich temat. I znalazłam takie: 1. 0...