poniedziałek, 29 listopada 2021

Ten typ tak ma

W ubiegły piątek wieczorem prawie prosto z rady pedagogicznej ten typ najpierw pojechał pociągiem do Gdańska. Tam po 3 godzinach przespanych w hostelu w sobotę raniutko wyjechał na lotnisko aby o 6-tej wylecieć do Bergen w Norwegii. Wylot był opóźniony o 2 godziny ale w Bergen po zostawieniu plecaka w tamtejszym hostelu zdążył jeszcze przed zachodem słońca wejść na górę Ulriken i zrobić kilka zdjęć. /Historia mówi, że kiedyś wszedł na tę górę słynny dramatopisarz norweski - Henryk Ibsen/










Następnego dnia  czyli w niedzielę po śniadaniu ten typ 
wszedł na górę Floyen i zrobił takie zdjęcia:





A w czasie spacerów po mieście takie:








W niedzielę o godz. 17.30 ten typ miał odlecieć z Bergen do Gdańska. Niestety samolot znowu wystartował z dużym opóźnieniem.
Zdążył jednak ten typ na nocny pociąg z Gdańska do Warszawy Zachodniej. A potem tylko przeskok na drugi koniec Warszawy do własnego mieszkania na kilka godzin snu.  I pójdzie do szkoły.
Na szczęście nie na pierwszą, tylko na trzecią 
lekcję.

Ten typ z pierwszego zdjęcia czyli Mój Szalony Geograf spędził ubiegły weekend w mieście zwanym Bramą do Fiordów i znajdującym się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Spodobało się Wam to miasto?

/wszystkie zdjęcia można powiększyć/

sobota, 27 listopada 2021

Uroczystość w Pałacu Przebendowskich

 


Chciałabym tym razem napisać o Pałacu Przebendowskich, który zwany jest też pałacem Zawiszów lub Radziwiłłów. Znajduje się w Warszawie na trasie Solidarności. Stoi właściwie na środku ulicy, a po obydwóch jego stronach przejeżdżają tramwaje, autobusy i samochody. A to wszystko dlatego, że po wojnie zlikwidowano przestronny, otaczający pałac ogród, rozebrano znajdujące się po obu stronach budynku oficyny i wybudowano jezdnie trasy W-Z. 

Od początku XX wieku aż do 1944 roku właścicielem pałacu był książę Janusz Radziwiłł. Ten ordynat ołycki i właściciel Nieborowa był przywódcą arystokracji i ziemiaństwa w Polsce przedwrześniowej. Podczas Powstania Warszawskiego pałac, którego był właścicielem znalazł się na linii frontu. Linia ta przebiegała ulicą Bielańską i osłaniała Bank Polski. Podobno kiedy 23 sierpnia powstańcy zdobyli pałac w progu powitał ich sam książę Radziwiłł, ukrywający się z rodziną w piwnicach.

 Niestety, nazajutrz w pałac trafiła bomba, szybko zajęli go Niemcy, a właściciele zostali aresztowani. 

Pałac odbudowano w roku 1947 według projektu Bruna Zborowskiego, który przywrócił mu wygląd taki, jaki miał w XVIII wieku. W „Księdze Pałaców Warszawy” wydanej przez Interpress w 1985 roku tak jest napisane: „Istniejący do dziś późnobarokowy pałac powstał przed rokiem 1729 wzniesiony dla Jana Jerzego Przebendowskiego, podskarbiego wielkiego koronnego… . W latach 1760–1762 mieszkał tu poseł hiszpański przy dworze Augusta III hr. Pedro Pablo Anarca de Bolea Aranda, ciekawa i barwna postać, generał artylerii, polityk i dyplomata. To on przyczynił się kilka lat później do wygnania z Hiszpanii jezuitów i rozpoczął walkę z inkwizycją. Założył w roku 1780 hiszpańską lożę masońską i został jej mistrzem. W okresie swego pobytu w Warszawie urządzał w wynajętym przez siebie pałacu Przebendowskich wspaniałe przyjęcia, które z czasem przeszły do legendy”. Król Hiszpanii Karol III Burbon był zięciem Augusta III, z tego też powodu Pedro Pablo Anarca de Bolea Aranda przyjechał do Polski. Tu na miejscu bardzo dbał o zacieśnienie między obydwoma krajami kontaktów handlowych i towarzyskich. O wspomnianych wyżej wydawanych przez niego przyjęciach, które miały formę balów maskowych głośno było w całej stolicy. Tak samo jak o awanturach, które wszczynał. Wieść niesie, że któregoś razu jego służba pobiła się ze sługami prymasa polski Władysława Łubieńskiego przed Pałacem Saskim o miejsce dla karet ich panów…

„W końcu lat XVIII w. właścicielem pałacu został Roch Kossowski, późniejszy podskarbi wielki koronny, którego żoną była słynna z urody i wdzięku Barbara z Bilińskich, uważana za jedną z trzech najpiękniejszych Polek doby stanisławowskiej – obok Rozalii z Chodkiewiczów Lubomirskiej i Julii z Lubomirskich Potockiej. To właśnie te trzy damy "zakradły się o zgrozo w kostiumach bogiń do sypialni księcia Pepi, czyli Józefa Poniatowskiego, zmieniwszy ją w okamgnieniu w Olimp czy górę Ida» – pisał Stanisław Wasylewski, znakomity znawca epoki stanisławowskiej. Potem czekały za kotarą, z upominkiem w ręku i drżeniem w sercu. A potem, późną nocą, powrócił najdroższy Pepi różowy, gwizdający, senny i co najważniejsze nie sam, a w towarzystwie… ordynaryjnej aktorki Sitańskiej…”

Po 1831 roku pałac kilkakrotnie zmieniał właścicieli. Budynek znacznie podupadł w ciągu I połowy XIX wieku i stał się zwykłą kamienicą dochodową. Mieścił się w nim gabinet figur woskowych, kantor służby domowej, zajazd, piwiarnia, cukiernia, skład mebli i fabryka guzików. W 1863 roku nowy właściciel Jan Zawisza przeprowadził gruntowną restaurację i częściową przebudowę pałacu… W 1883 roku hall został ozdobiony przez malarza Henryka Siemiradzkiego plafonem przedstawiającym Światłość i Ciemność. Zawisza zgromadził w pałacu bogate zbiory archeologiczne.

A potem przyszedł wiek XX i właścicielem pałacu stał się wspomniany książę Janusz Radziwiłł.

/Był to fragment z mojej książki pt: "Moje warszawskie zwariowanie"/

-------------------------------------------------------------------------------------------------------



W dniu 25 listopada 2021 roku o godz. 15.00 w mieszczącym się w Pałacu Przebendowskich Muzeum Niepodległości odbylo się uroczyste spotkanie członków Oddziału Stare Miasto Towarzystwa Przyjaciół Warszawy. Oddział ten do którego należę od kilku lat obchodził 65 rocznicę istnienia.

Było uroczyście, wspomnieniowo, historycznie i serdecznie.

Oczywiście wszyscy byli w maseczkach i zachowywali wymagany pandemiczny odstęp...


W tym biuletynie znajduje się mój esej pt: ""Moja" wyrzeźbiona Warszawska Starówka".

czwartek, 25 listopada 2021

Dzisiaj będzie o zabobonach

W ubiegły poniedziałek w czasie cotygodniowego spotkania w Staromiejskim Oddziale Towarzystwa Przyjaciół Warszawy od działającej w tym Towarzystwie pisarki, poetki i aforystki Ewy Radomskiej otrzymałam w prezencie taką książeczkę:


Jest to książka o zabobonach. Składa się z tekstów i wierszy kilkunastu autorek i autorów. Jedną z autorek jest właśnie Ewa Radomska, która tak pisze:

Zabobony od życiowej strony

"Zabobon to straszna sprawa

Nie wygonisz go z umysłu latami

Sprawia, że skóra ci cierpnie

Kiedy zdarzy się z nimi spotkanie


Ale ja mam swoje sposoby

W końcu rozum rządzi nami

I kiedy już do mnie się zbliża

Witam go cierpkimi słowami


Czarny kot przebiegł mi drogę

Więc zamiast zawracać z drogi

Mówię: Idż kocie, łapać myszy

Nie plącz mi się pod nogi!


Kiedy zbije mi się lusterko 

Kawałków nie liczę na złe lata

Tylko na szufelkę i do śmieci

I mówię: Niewielka to strata!


Kiedy widzę przystojnego kominiarza

Guzików nie szukam w panice

To przecież tylko jego praca

Szczęścia jemu i sobie życzę!"

--------------------------------------------------------------------------------------

Gdy przeczytałam ten wierszyk od razu przypomniałam sobie jak to było i jak to jest ze mną.

Zacznę od tego, że jak kiedyś wychodziłam z domu do szkoły to zawsze przebiegał mi drogę czarny kot. Wychodziłam w ostatniej chwili, więc szłam na skróty, tymi drzwiami od podwórka. A tam na podwórku urzędowały koty. Wychodziły raniutko przez uchylone piwniczne okna i biegały ludziom pod nogami i rzucały uroki....

I niestety przeważnie się sprawdzało bo jak tylko znalazłam się w szkole to albo dostawałam uwagę za spóźnienie, albo dwóję za źle odrobione zadanie z matematyki.

A potem, gdy już miałam 15 lat to zbiłam w łazience całkiem nowe lustro. I wtedy moja Mama załamała ręce i powiedziała: " no to teraz samo nieszczęście, żaden chłopak się na ciebie przez 7 lat nie popatrzy".

I to też się sprawdziło. Bo dopiero jak byłam dobrze po 20-ce to się jeden chłopak na mnie popatrzył. I cały czas się patrzy, chociaż teraz bardziej w ekran telewizora.

A z tym kominiarzem to było tak, że jak go zobaczyłam /oczywiście był piękny, przystojny i młody/ to nie złapałam się za guzik w swoim ubranku ......tylko w jego. I jeszcze go objęłam i się  do niego przytuliłam...

I skończyło się tym, że musiałam wracać do domu żeby się umyć, bo kominiarz intensywnie się bronił, a że był prawie cały czarny, to mnie ubrudził. Bo kiedyś to kominiarze głównie kominy czyścili, a  teraz tylko chodzą po domach i sprzedają kalendarze.

A teraz to za każdym razem jak wychodzę z klatki schodowej na zewnątrz to patrzę w górę czy na daszku siedzą gołębie.

Chociaż podobno być ob.....m przez gołębie to szczęście.

Ale kto to sprawdzał?

A jeśli chodzi o TRZYNASTKĘ to mam z głowy, bo trzynastego się urodziłam...

A jak tam z tymi zabobonami jest u Was?

wtorek, 23 listopada 2021

Pałac mauretański i frak wicepremiera Tadżykistanu - z cyklu "Polska Nieznana"

Tekst dedykuję wszystkim tym osobom, które poszły ze mną ostatnio na jubileuszowy spacer po okolicach Horyńca-Zdroju....

                                      Pałac z "tysiąca i jednej nocy"

W 1784 r śląski szlachcic Karol Wacław Larsch wzniósł w Osieku /woj. małopolskie/ klasycystyczny pałac.  Jego syn Karol Józef dokonał przebudowy rezydencji ok. 1840 r. Wtedy w Osieku stanął jedyny w swoim rodzaju pałac mauretański według projektu włoskiego architekta Franciszka Marii Lanciego. Lanci dodał piętro, dwie wieże okryte cebulastymi hełmami, dobudował wschodnie skrzydło i zmienił kształt okien. Wejścia do pałacu broniły dwa potężne posągi gryfów. Misternymi malowidłami i mozaikami utrzymanymi w tonacji błękitno-białej pokryto każdy skrawek ścian i sufitów. Perłą jest balowa Sala Mauretańska z pięknymi arabeskami nad wejściem zamkniętym łukiem ozdobionym motywem muszli. Baśniowy Pałac był w posiadaniu rodziny Larschów prawie do końca XIX wieku.
Potem zaniedbaną i zadłużoną posiadłość kupił Oskar von Rudziński i przywrócił blask budowli, której sława obiegła już cały kraj. Nowi właściciele prowadzili bogate życie kulturalne  i towarzyskie i udzielali się w polityce. Na bale i spotkania przyjeżdżali do pałacu przedstawiciele polskiej elity - m.inn. Ignacy Mościcki, Józef Piłsudski i kard. Sapieha. 
Obecnie pałac jest remontowany a w przyszłości ma tu działać kompleks hotelowo-usługowy. A może już zaczął działać. ???? Może ktoś coś wie na ten temat? Bo chciałabym zanocować w  jedynym w Polsce "pałacu z tysiąca i jednej nocy"...

Klimontów



Klimontów to miasto w Kotlinie Sandomierskiej.  17 lipca 1901 roku w Klimontowie urodził się Wiktor Bruno Zysman, znany w Polsce jako Bruno Jasieński. Jego matka Eufemia była Polką, a ojciec Jakub Zysman, lekarz, społecznik i bankier był szanowanym klimontowianinem żydowskiego pochodzenia. Bruno Jasieński był poetą, skandalizującym futurystą owładniętymi ideami komunizmu. W latach 1926-1929 mieszkał we Francji. Tam w rezultacie fascynacji poglądami komunistycznymi napisał powieść "Palę Paryż", która wywołała skandal. Jasieński został oficjalnie wydalony z Francji. Nie wrócił do Polski a jego nową ojczyzną stał się Związek Radziecki. Tu piął się po szczytach partyjno-urzędniczej kariery. Wszedł w skład zarządu związku pisarzy sowieckich a nawet mianowano go wicepremierem sowieckiej republiki Tadżykistanu. W 1937 roku podzielił los innych towarzyszy i w 1938 r. rozstrzelano go pod Moskwą. 
W Klimontowie organizowane są co roku "Brunonalia" - impreza w czasie której odbywają się warsztaty teatralne i spektakle, koncerty oraz wystawy znanych prac artystów plastyków. Niektórzy artyści mają okazję wystąpić przed publicznością w autentycznym fraku Brunona Jasieńskiego. Cenny rekwizyt na co dzień wisi w szafie w jednym z pomieszczeń Centralnego Ośrodka Kultury.
Zastanawiam się tylko czy nałożenie fraka wicepremiera Tadżykistanu ma dodać skrzydeł czy podciąć nogi...?

piątek, 19 listopada 2021

Pójdziecie ze mną na spacer? Serdecznie zapraszam...

 

Tylko uważajcie bo tuż przed naszymi nogami usiadł  śliczny konik polny*/ ..I wcale nie zamierza zejść nam z drogi. A siedzi sobie na środku chodnika.


Kawałek dalej też musicie uważać... bo jakiś krecik chce się wydostać spod ziemi. I to akurat na granicy z kostką brukową. Żeby się tylko w główkę nie uderzył jak będzie chciał wyjrzeć na świat...

Niestety... ten zaskroniec nie miał szczęścia. Chyba w trakcie przechodzenia tzn. przepełzania przez jezdnię .... zderzył się z samochodem.
Świadkiem tego wydarzenia był siedzący nieopodal koteczek...


Niedaleko prawie nieczynnej stacji kolejowej stoi taka drezynka. Prawda, że fajna?
A po drodze rośnie sobie sad jabłoniowy. Zauważyliście te jabłuszka? Ciekawe czy są dobre...

A taką samą studnię to miała moja Babcia Marysia w podrzeszowskim Staromieściu. I też stała przy takim płocie...

To bocianie gniazdo już od kilku miesięcy jest puste. Ale jestem pewna, że w przyszłym roku wrócą do niego bociany. Przecież wybudowały już swoim dzieciom pięterko...

A to jest pomnik wystawiony w X rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Na cokole orzeł biały, a pod cokołem siedzi młodziutki żołnierz.

Ten cichutki Klasztor Franciszkanów został kiedyś całkowicie zniszczony przez bandy UPA...

To potok Glinianiec w Parku Zdrojowym.

A to Zalew w dolinie rzeki Radrużki

Przejdziecie ze mną tym mostkiem nad Zalewem?

A może usiądziecie ze mną w Kawiarni "Sanacja" pod reprodukcjami obrazów Tamary Łempickiej?
 

Na zakończenie spaceru zapraszam Was na wino grzane i pyszny serniczek.

A po powrocie do domu popatrzymy sobie jeszcze na sarenki, które podeszły nam prawie pod okno.
/Wszystkie zdjęcia można powiększyć/
--------------------------------------------------------------------------
Byliście ze mną na długim spacerze w dniu 10 października 2021 roku w okolicach Horyńca-Zdroju.

*/ A ten konik polny na pierwszym zdjęciu to jest modliszka...
-------------------------------------------------------------------------------------
I jeszcze jedno - dzisiaj 19 listopada 2021 roku skończyłam 10 lat jako blogerka. Wszystkim tym osobom, które są ze mną od 19 listopada 2011  roku, albo od kilku lat, albo od kilku miesięcy - serdecznie dziękuję...
Dodam, że w tym czasie napisałam i wydałam 4 książki /i jestem współautorką piątej/, a także brałam udział i zostałam wyróżniona w kilku konkursach pisarskich, otrzymałam swoją stronę na portalu pisarze.pl... i ..publikowano moje teksty w paru miejscach .... itp... itd...

Inaczej mówiąc - na stare lata porządnie mi odbiło!!!😀
-----------------------------------------------------------------------
I na sam koniec dodam, że niezależnie od tego czy się to komuś podoba czy nie to..... jeszcze trochę POGLĘDZĘ...😨



środa, 17 listopada 2021

Smutek warszawskiego Morskiego Oka - z cyklu "Warszawa mało znana"

 

Przez cztery lata od początku września prawie do końca czerwca następnego roku przechodziłam koło warszawskiego Morskiego Oka idąc do liceum na ul. Madalińskiego. Gdy szłam do szkoły rano w górę po schodkach, które znajdują się na skarpie, to mijałam Staw po prawej stronie, a jak wracałam po południu do domu to schodząc po schodkach mijałam staw po stronie lewej. Za każdym razem zachwycałam się widokiem.

Chociaż byłam wtedy nastolatką, to mama mi prawie codziennie przypominała żebym się przy tym stawie za długo nie zatrzymywała i z nikim nie spotykała. A najważniejsze, żebym nie wchodziła na taką górkę, która jest koło tych schodów koło stawu.
Mówiła mi jeszcze, że niedawno odkopano w tej górce kości ludzkie.  A na dnie stawu znaleziono zatopiony czołg niemiecki. I że niedaleko jest właz do kanału, którym wyszli na powierzchnię Powstańcy Warszawscy.... I nad stawem hitlerowcy zastrzelili wielu mieszkańców Mokotowa. A z drugiej strony zabytkowej willi jest miejsce, w którym hitlerowcy zastrzelili polskie dzieci. 
I to wszystko było prawdą.


Ale po kolei:
Na Stawem w 40 rocznicę wydarzenia postawiono pomnik ku czci Powstańców AK ugrupowania "Baszta", którzy właśnie tu, po wyjściu z kanału /ślady stóp/ i poddaniu się  zostali zamordowani 27 września 1944 roku./ a więc na kilka dni przed podpisaniem kapitulacji/



Czterometrowy Pomnik "Baszty" jest widoczny znad Morskiego Oka.

 
To na tę górkę nie pozwalała mi wchodzić mama, mówiąc. że w niej leżały i nadal leżą kości ludności cywilnej Mokotowa...

A na zboczu górki po lewej stronie schodków umieszczono taką tablicę...
Tuż obok jest też niewielki pomnik z wyrytą na nim menorą i słowami że w tym miejscu zginęło wielu Żydów...

I jest jeszcze tablica, potwierdzająca, że polskie dzieci zabite przez hitlerowców miały od 5 do 10 lat. Wzruszające są aktualne i ciągle zmieniane rysunki dzieci z pobliskiego przedszkola zawieszone po lewej stronie.


Warszawskie "Morskie Oko" które zajmuje powierzchnię 0,43 ha, jest bardzo ładne, tylko historia tego miejsca jest bardzo smutna.
Byłam tam niedawno i zrobiłam dla Was te zdjęcia.
Przepraszam, za smutny tekst i jeszcze smutniejsze zdjęcia, ale w Warszawie co krok spotyka się takie miejsca związane z II wojną światową.




Na pocieszenie Was i samej siebie sfotografowałam przed chwilą pocztówkę z okolic Morskiego Oka. Została wydana w 2007 roku. I widać na niej, że życie toczy się dalej...

/Wszystkie zdjęcia można powiększyć/.

Z jednego pnia...

.......wyrastają gałęzie w różnych kierunkach                                                   Aktor Antoni Pawlicki  /wnuk bardzo dobrej a...