wtorek, 29 września 2020

"Neponset" Agnieszki Osieckiej



Kilka lat temu kupiłam tę książkę i odłożyłam ją na półkę pt: "Do przeczytania jak będę miała czas".

Przeczytałam ją dopiero niedawno, bo  ..... zawsze mi się wydawało, że "jeszcze nie teraz". A w tzw. międzyczasie czytałam inne książki Agnieszki Osieckiej. 

Tekst z okładki książki:

" "Neponset" to niepublikowana dotąd powieść, pisana na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku.

Jest to fascynująca powieść śladami nieprzystosowanej do życia, antysystemowej, anarchicznej i przede wszystkim żywiołowej /rzecznej, dorzecznej i niedorzecznej/ bohaterki.

To powieść o młodej kobiecie - Polce studiującej w w Cambridge w USA. Marta, bo takie jest imię bohaterki kocha ale nie jest kochana. Każdego dnia świat bombarduje ją wrażeniami i omamami, daje się jej we znaki. A ona - pozbawiona dystansu - grzęźnie, spala się, zatraca". 

To powieść o samotności w tłumie. O inności. O wyobcowaniu. O braku miłości.

Książka, do której wstęp napisała córka Agnieszki Osieckiej czyli Agata Passent zaczyna się tak:

"Poniedziałek, 4 lutego. Zdecydowałam się zostać żebraczką przede wszystkim ze względu na dogodne godziny pracy. Każde inne zajęcie pochłania niezmiernie dużo czasu i to w niedorzecznych porach. /.../

Wtorek, 5 lutego. Sprawiłam sobie szary, cienisty kapelusz. Wygląda na męski. Znalazłam go na klatce schodowej pod numerem dwunastym. Jest mi w nim wygodnie i ciepło. /.../ Jestem po prostu rada, że nie widać od początku do końca mojej twarzy, a to ze względu na przechodniów. Ojcowie rodzin, śpieszący z ciastkiem do domu, mawiali nie rzadko na mój widok: "Wstyd. Taka młoda kobieta". A znów dziewuchy /.../ wzdychały obludnie: "Taki stary człowiek, i żeby nikogo nie miał".

Środa, 6 lutego. Dziś miałam dobry dzień. Mimo mrozu powietrze pachnie już wiosną i ludzie wychodzą się przejść. /.../ Co chwila słyszę brzęk monety uderzającej o dno mojego garnka. Zdecydowałam się na garnek, po dłuższym zastanowieniu, choć może lepszy byłby futerał na skrzypce"

W tym samym czasie gdy Agnieszka Osiecka pisała "Neponset" stworzyła też szereg wierszy.

Na przykład taki:

"Szara sukienka"

Tkwić 

w szarej sukience

i podziwiać, jak oddychasz

Taki to był ten mój program.

Okazało się jednak, że należy

lśnić, błyszczeć, wibrować,

mieć myśli i pomysły

być kimś,

mieć głowę na karku,

na głowie lok,

nad lokiem aureolę,

nad aureolą ptactwo,

dla ptactwa ziarno,

na ziarno pieniądze,

pieniądze za muzykę,

muzykę za ciebie,

za oddech

i za szarą sukienkę"

albo ten:

"Choroba czwartej rano"

O czwartej rano

jak pożar 

budzi mnie ból.

Wstaję.

Czepiając się ścian wchodzę do łazienki.

Wątpię w istnienie Boga,

dobrych ludzi,

ciebie.

Dzwonię do zegarynki.

Jest.

I jeszcze:

"O tym"

O tym nie będzie wiersza.

Nie będzie łzy, śpiewu, śmiechu,

małego opowiadania.

O tym tylko serce trzaśnie

jak sucha leśna gałązka.

-----------------------------------------------------------------------------

Drugą część książki tworzą m.inn. wspomnienia-wywiad z  Magdą Czapińską pt: "Koleżanka". Oto urywek tych wspomnień:

" Pamiętam, że zrobiła kiedyś u siebie "Lament" czyli spotkania naszej nieformalnej grupy w skład której wchodziła ona, Krystyna Janda, Zuzanna Olbrychska, Magda Umer i ja. /.../ Czekałyśmy w napięciu w tym jej dziewczęcym pokoiku, bo ona - choć zrobiła prawdziwą karierę i pewnie duże pieniądze - nadal mieszkała skromnie. Pamiętam, że był tam tapczan z jakimiś poduszeczkami, jakieś wyhaftowane przez Krysię Sienkiewicz kotki, biurko, na którym znajdowały się pod szybą zdjęcia jej bliskich, słynna maszyna do pisania, którą dostała od Marka Hłaski, sekretarzyk, piec kaflowy i właściwie to wszystko. Niewiarygodne, że ona - gwiazda polskiej piosenki - żyła skromnie jak pensjonarka. Widocznie tyle właśnie potrzebowała do szczęścia".

-----------------------------------------------------------------------

O Agnieszce Osieckiej - gdy umarła - pisano i mówiono bardzo dużo.

O jej niesamowitej inteligencji i wrażliwości. A właściwie nadwrażliwości.

O tym, że była niedefiniowalna, neurotyczna, ucieczkowa...

O niesłychanej wręcz ilości jej kochanków./Marek Hłasko, Jeremi Przybora czy Jerzy Giedrojć to tylko ci najbardziej znani.../

I o tym, że była złą matką. Bo zostawiła swoją córkę. I widywała ją bardzo rzadko.

I o jej geniuszu.

--------------------------------------------------------------------------------------

Napiszecie jakie jest Wasze zdanie o Agnieszce Osieckiej?

I czy znacie ją tylko ze wspaniałych tekstów piosenek czy też z jej książek, wierszy czy wyreżyserowanych sztuk...?

niedziela, 27 września 2020

25 września...

 ... mieliśmy rocznicę ślubu.

Ale nie pytajcie którą, bo sami w to nie wierzymy... A mnie się wydaje, że to było wczoraj...

Róże nie zmieściły się w żadnym z wazonów, więc musiałam je wstawić do garnka...

Dostałam 5 róż żółtych. Reszta była czerwona...


A myślałam wtedy, że "wychodzę za mąż.... i że zaraz wrócę"...

 

I chociaż "rozwodzimy się" średnio raz w tygodniu...." to ciągle jesteśmy razem...



piątek, 25 września 2020

Latające diamenty

Tekst ten nieustająco dedykuję Joannie Rodowicz. A Joanna wie dlaczego...

Jak to pisał nasz wieszcz w "Stepach akermańskich"?
"....słyszę ciągnące żurawie
których by nie dościgły źrenice sokoła".

Lecą rzeczywiście bardzo wysoko, bo bardzo szerokie skrzydła pozwalają im tak wysoko się wzbijać. Dlatego za towarzyszy podróży mają jedynie chmury. Są bardzo dzielnymi podróżnikami. Nie przerażają ich wysokie góry, nie boją się odmętów morskich.

Odlatując jesienią i przylatując wiosną, krzyczą bardzo głośno. Ich krzyk czy też śpiew zwany klangorem jest bardzo charakterystyczny i nie można go pomylić z głosem innych ptaków. Podobno pożegnalny klangor jest smutniejszy niż ten, który żurawie wydają na przywitanie.

Przy odlocie ptaki te wzbijają się stopniowo w górę. Są bardzo podniecone i krzycząc głośno, zataczają koła, lądują i znowu się wzbijają. Zupełnie tak, jakby szkoda im było odlatywać. Powtarza się to kilka razy, dopóki ptaki nie znikną na dobre w chmurach.

Ten bardzo dźwięczny i donośny głos żurawi powstaje dzięki specjalnej budowie tchawicy, która u większości przedstawicieli gatunku jest silnie wydłużona i tworzy pętle wewnątrz mostka.

Żurawi klangor usłyszany w naturze pozostawia niezatarte wrażenie a nastrój, jaki wywołuj okrzyki żurawi o świcie w krajobrazie rozległych łąk, pól i bagien, nie da się z niczym porównać.

Już dawno zaobserwowano, że ptaki te w czasie swoich sezonowych przelotów utrzymują w powietrzu tradycyjny klucz, którego boki tworzą kąt mniej więcej 110 stopni.

Istnieje około 15 gatunków tych ptaków,  w Polsce są pod całkowitą ochroną.

Jedyny gniazdujący u nas gatunek grus grus, czyli żuraw zwyczajny o szarym upierzeniu, czarnym ogonie i biało-czarnym rysunku na głowie i szyi z czerwoną czapeczką, jest ptakiem niezwykle czujnym i płochym.

Wybitny polski ornitolog profesor Jan Sokołowski twierdził, że alarmując otoczenie krzykiem i uciekając przy każdej nietypowej sytuacji, żurawie dają jedynie upust swemu niepohamowanemu temperamentowi i nie jest to oznaka ich bojaźliwości.

Żurawie wyróżnia ich piękny taniec godowy. Mitografowie często interpretują go jako taniec erotyczny, a ornitolodzy twierdzą, że odbywa się od także poza okresem godowym, bo ptaki te wykonują podobne gesty nawet gdy już dawno dobrały sobie partnerów.  Świadczyłoby to o zakodowanej chęci umacniania więzów między obydwoma płciami.

Taniec żurawi świadczy o ich pewnym zamiłowaniu do przestrzegania hierarchii a nawet etykiety. Podobno oddają one też w ten sposób pokłon przewodnikowi klucza przed odlotem.

Już w starożytności Grecy oddawali cześć tym ptakom, tańczyli nawet taniec, który był podobny do tego, który wykonują te majestatyczne istoty.

Fascynacji żurawiem ulegli także mieszkańcy Dalekiego Wschodu. Chińczycy bardzo często przysyłają sobie kartki z podobizna tego ptaka, życząc w ten sposób obdarowanej osobie aby wzniosła się bardzo wysoko czyli żeby awansowała. Natomiast Japończycy symbol żurawia przenieśli do walki karate, wykorzystując z kolei autentyczne ruchy tego ptaka w tzw. stylu żurawia.


Najbarwniejsi przedstawiciele tego gatunku to koronniki czarne./na zdjęciu/

------------------------------------------------------------------------
Był to urywek z mojej książki pt:"Nadal wariuję".

P.S.1. Ornitolodzy nazywają żurawie "latającymi diamentami"
P.S.2. Żurawie odlatują z Kraju nad Wisłą na przełomie września i października. A może już odleciały? Wiecie coś o tym???



środa, 23 września 2020

Poczet słynnych kobiet - część siedemnasta

Sprawiedliwe władczynie i bezwzględne despotki. Skuteczne dyplomatki oraz dzielne wojowniczki. Utalentowane artystki i niezależne emancypantki. Kobiety zmieniające oblicza świata.

Nie było ich wiele bo nigdy nie miały równych praw z mężczyznami.

Ale te, o których chcę napisać były naprawdę WYJĄTKOWE.

17. Uczona emancypantka czyli najwybitniejsza Polka czyli Maria Skłodowska-Curie /1867-1934/



O Marii Skłodowskiej-Curie napisano tak dużo, że każdy następny tekst będzie już powtórzeniem. Pisałam i ja kiedyś  po wizycie przy Jej krypcie we francuskim Panteonie. A w książce pt: "Moje warszawskie zwariowanie" napisałam też o śladach Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie. Zdecydowałam się więc teraz  tylko na podanie najważniejszych faktów z Jej życia.

Polska uczona, chemiczka i fizyczka jest jedyną kobietą w historii, która otrzymała dwie Nagrody Nobla.

Urodzona jako piąte, najmłodsze dziecko nauczycieli z Warszawy. Pod zaborem rosyjskim nie można było wówczas kobietom studiować, więc zbierała pieniądze jako guwernantka aby wyjechać na studia za granicę.

W wieku 24 lat jako pierwsza kobieta w historii została przyjęta na paryską Sorbonę na wydział nauk ścisłych. W 1895 roku wyszła za mąż za francuskiego naukowca Pierre,a Curie. Małżonkowie połączeni współną pasją podjęli badania nad promieniotwórczością. Pracując bez wytchnienia, w niebezpiecznych dla zdrowia warunkach, odkryli dwa nowe pierwiastki - polon i rad. Osiągnięcia te dały obydwojgu Nagrodę Nobla z fizyki.

Trzy lata póżniej Pierre zginął w wypadku. Zrozpaczona Maria musiała wziąć na siebie wychowanie i utrzymanie dwójki ich dzieci przy jednoczesnym kontynuowaniu pracy naukowej. W uznaniu zasług noblistki /ale przy dużym oporze konserwatywnych naukowców/ władze Sorbony powierzyły Jej katedrę uniwersytecką po zmarłym mężu. W ten sposób Maria stała się pierwszą kobietą - profesorem na Sorbonie. W 1911 roku otrzymała drugą Nagrodę Nobla, tym razem w dziedzinie chemii.

W czasie I wojny światowej Maria organizowała polowe stacje rentgenowskie /jako jedna z pierwszych kobiet zrobiła wówczas prawo jazdy/

Do końca życia pracowala naukowo i działała społecznie.

Dlugotrwały kontakt z pierwiastkami promieniotwórczymi, których szkodliwe działanie nie było jeszcze wówczas zbadane odbił się dotkliwie na jej zdrowiu. W wieku 67 lat zmarła na białaczkę spowodowaną silnym napromieniowaniem. 

W 1995 roku jako pierwsza kobieta spoczęła we francuskim Panteonie.

O Marii Skłodowskie-Curie powstało wiele filmów i sztuk teatralnych. Ostatni film w którym w rolę Marii wcieliła się Karolina Gruszka jest wzruszającym filmem biograficznym. Oglądałam go z wielkim zainteresowaniem ale i ze smutkiem. Pokazano w nim bowiem jak ciężką drogę kariery naukowej przeszła Najwybitniejsza Polka.

-------------------------------------------------------------------------------

Całkiem niedawno dowiedziałam się, że w stolicy Kolumbii Bogocie znajduje się mural upamiętniający Polską Noblistkę. Na tym wielkoformatowym malowidle widać dwie sylwetki słynnej uczonej - obie w sukniach z łowickimi wzorami. Jest to akcent folklorystyczny kojarzący się z Polską. Podwojona postać Marii najprawdopodobniej symbolizuje dwa odkryte przez nią pierwiastki, dwukrotną Nagrodę Nobla a także dwa kraje z którymi jest kojarzona czyli Polskę i Francję. Pod spodem namalowany jest rower - ulubiony środek transportu Noblistki, a zarazem popularny pojazd w Bogocie. Autorką dzieła jest kolumbijska artystka - Lili Cuca.


poniedziałek, 21 września 2020

I znowu całkiem zwyczajne zdjęcia z naszej działki

                Wszystkie zdjęcia były robione  w dniu 15 września 2020 roku.

                                                      perukowiec robi się czerwony



 
coraz więcej kolorów jesieni

 
                          
                                                 pokrzywa też zmienia kolor

                                              kwiaty  parzydła leśnego uschły

i



czy ten grzyb jest jadalny???


                                                    w tym roku obrodziły nam szyszki 
                                         
                                       pajączek na tle srebrzystego świerka.

z lasu przyszła do mnie wiewiórka, ale szybko przemknęła mi pod nogami i wskoczyła na drzewo...

piątek, 18 września 2020

Vratislavia. Breslau, Wrocław

Poniższy tekst został nagrodzony w konkursie portalu kobieta50plus.pl

https://www.kobieta50plus.pl/pl/rynek-50-plus/wyniki-konkursu-wakacje-z-koronawirusem-w-tle

i znajduje się /bez zdjęć/ także tutaj:

https://www.kobieta50plus.pl/pl/weranda-literacka/vratislavia-breslau-wroclaw

--------------------------------------------------------------------------------------------------

-To będziesz tak całe lato siedziała z chłopakami na działce? - zapytał na początku sierpnia młodszy syn.- Ty, która lubisz podróżować i zwiedzać i potem o tym pisać?

- A co mam robić – zapytałam – przecież nie powinnam ryzykować. Przecież zewsząd czyha ta paskudna zaraza.

- Zarazić się możesz w sklepiku w którym robisz codziennie zakupy. Od jakiegoś miejscowego, który nie nosi maseczki i który ci nakicha w twarz przy wybieraniu z półki pieczywa.

- Też prawda – przyznałam mu rację. - To radzisz mi gdzieś wyjechać?

- Oczywiście. Zabierz męża, wnuki i jedźcie….. na przykład do Wrocławia.

- Super – zapaliłam się do pomysłu – ale gdzie i u kogo mamy się zatrzymać?

- Mam we Wrocławiu kolegę jeszcze ze studiów. On mi kiedyś mówił, że w czasie nieobecności wynajmuje swoje małe mieszkanko. Mieszka gdzieś w rynku. Zaraz się z nim skontaktuję.

Po paru minutach mieliśmy „jasność w temacie”. Na samym wrocławskim rynku, po drugiej stronie ratusza na 4-tym piętrze tuż pod dachem możemy zamieszkać na parę dni w starej /oczywiście poniemieckiej/ kamienicy w małym 2-pokojowym mieszkaniu. Oczywiście za odpowiednią opłatą. Ale zdecydować się trzeba natychmiast. No bo ludzie zaczęli się ruszać z domów i wyjeżdżać w Polskę.

Zdecydowaliśmy się. Bo we Wrocławiu urodził się i mieszkał przez pierwsze trzy lata dziadek moich wnuków. Bo we Wrocławiu zaczynali powojenne życie moi Rodzice, bo we Wrocławiu byliśmy ostatnio 15 lat temu świętując okrągłą rocznicę naszego ślubu. Mieszkaliśmy wtedy w Hotelu Tumskim. I z hotelowego okna mieliśmy widok na Katedrę i na Zielony Most. Bo Wrocław to niewątpliwie piękne miasto.

No i jest tam około 600 krasnali, które bardzo chciał zobaczyć młodszy wnuk. I wspaniały Ogród Zoologiczny.

Nie można było nie pojechać.

Pojechaliśmy na pięć dni. Wyjechaliśmy do miasta nad Odrą w poniedziałek rano a wróciliśmy w piątek wieczorem.

Atrakcji było mnóstwo.

Niektóre z nich były jednak stresujące i trochę męczące.

Na przykład podróż. W obydwie strony jechaliśmy w 6-osobowym przedziale w maseczkach. Było okropnie duszno i męcząco. A jechaliśmy za każdym razem 6 godzin.

Na przykład straszliwy upał. Przez pięć dni poruszaliśmy się jak muchy w smole.

No i to mieszkanko – wprawdzie z pięknym widokiem na rynek, ale tuż pod samym dachem. A wchodziliśmy do niego kilka razy dziennie po bardzo stromych schodach.

Ale było warto.

O tym, że Wrocław to miasto poniemieckie to przecież wszyscy wiemy. Mąż, który jest historykiem prosił żeby dodać, że to miasto przez wieki leżało w strefie wpływów czesko-niemiecko-polskich, oczywiście z dominującą kulturą niemiecką. Chociaż w średniowieczu było miastem polskim…

Ja sobie to po raz kolejny uświadomiłam gdy już pierwszego dnia po wyjściu z pociągu na wrocławskim Dworcu Głównym zobaczyłam napis „Durchgang zur Lurstrasse”.

Trochę mnie to zaskoczyło, no ale przypomniałam sobie, że w miastach na Polskich Kresach istnieją polskie napisy.

A potem szliśmy w kierunku Rynku. I przepięknego wrocławskiego Ratusza.

I tam zaczęliśmy spotykać krasnale. Na przykład te dwa piękne Syzyfki toczące kule na budowę ratusza. Albo Strażnika-Śpiocha. Albo Pożarki biegnące do pożaru. Jeden z nich ma przecudnie rozwianą brodę. Było ich zresztą mnóstwo. Co chwilę „wyrastały” nam pod nogami. Czasami też znajdowaliśmy je w zacisznych miejscach albo leżących prawie na środku ulicy.

Nie będę przypominać historii Wrocławia. Każdy z pewnością wie, że to niezwykłe miasto zostało założone przez czeskiego księcia Vratislava. Przez wieki było obracane w ruinę i znowu się odradzało. A w 1939 roku stacjonowały tu oddziały Wermachtu przed wejściem do Polski. A w słynnej Hali Stulecia przemawiał Adolf Hitler.

Po wojnie Wrocław zaczęli zaludniać osadnicy ze wschodu. Ale to też wszyscy wiedzą, bo to nasza polska, skomplikowana historia. Ja w każdym razie ze wzruszeniem patrzyłam na Restaurację Lwowską znajdującą się przy Rynku. A także na pomnik Aleksandra Fredry, który został przeniesiony przed wrocławski ratusz ze Lwowa.

Zwiedzanie Wrocławia trzeba było dostosować do wieku wnuków i ich zainteresowań a także do wieku ich dziadków czyli nas. A przede wszystkim do istniejącej pandemii i do różnego rodzaju zakazów i nakazów.

Codziennie wędrowaliśmy więc śladami krasnoludków. Ale zwiedziliśmy tez wspaniałe Hydropolis czyli Muzeum Wody. To Muzeum zostało parę lat temu zaliczone do Cudów Polski. A wchodzi się do niego przez ścianę wody…

Drugi dzień spędziliśmy we Wrocławskim ZOO. W ten sposób zrealizowaliśmy życzenie młodszego wnuka, który w swoje urodziny koniecznie chciał zobaczyć najciekawsze polskie ZOO. I najstarsze na ziemiach polskich, bo zostało założone w roku 1865.

W ciągu 6 godzin wędrówki odwiedziliśmy najpierw tygrysicę sumatrzańską z 2 miesięcznym dzieckiem, hipopotama karłowatego, największe gryzonie czyli kapibary, dwie małe pandy /w tym jedną bez ogona/ całe Afrykarium a w nim rodzinę waleni z dzieckiem, warany czyli smoki z Komodo i wiele wiele innych. Wzruszający był widok czterech wielbłądów jednogarbnych leżących obok siebie na wybiegu. Naprawdę całe ZOO zrobiło na nas niesamowite wrażenie.



Ostatniego dnia chcieliśmy obejrzeć Panoramę Racławicką. Niestety była w konserwacji, o czym wcześniej nie wiedzieliśmy.

Wnuki były już bardzo zmęczone i pełne wrażeń więc wróciły na 4 piętro naszego tymczasowego mieszkanka przy wrocławskim rynku.

Ich dziadek poszedł szukać śladów swojego najwcześniejszego dzieciństwa a także na jeden z cmentarzy aby zapalić znicz swojemu wujkowi.

A ja pojechałam na Ostrów Tumski i usiadłam sobie koło Mostu Tumskiego. I zauważyłam na nim rzeźbę Świętej Jadwigi...

A po Odrze pływały statki…

/To była tylko kropla w morzu wrażeń, przeżyć i spostrzeżeń z naszego pobytu w Stolicy Dolnego Śląska/

-----------------------------------------------------------------------------

A o  wrocławskich krasnoludkach pisałam już tutaj:

http://stokrotkastories.blogspot.com/2020/08/dzisiaj-beda-wrocawskie-krasnoludki.html


środa, 16 września 2020

Napuka czyli Wyspy Rozczarowania



Wyspy Rozczarowania leża na Oceanie Spokojnym i należą do Polinezji Francuskiej.
Zajmują powierzchnię zaledwie 8 km.kw i zamieszkuje je ok. 300 osób.
Pod koniec stycznia 1521 roku wyspy odkrył prawdopodobnie Ferdynand Magellan.
W 1977 roku na wyspach otwarto lotnisko.
Przeczytajcie proszę jak o tych wyspach pisze Judith Schalansky w książce "Atlas wysp odległych" podtytuł książki "Pięćdziesiąt wysp na których nie byłam i nigdy nie będę".

Przepisuję dokładnie:
"Gdy 18 listopada 1520 roku docierają na wielki ocean i biorą kurs na północny zachód kapitan wyprawy, Ferdynand Magellan, twierdzi, że za niecały miesiąc dopłyną do Wysp Korzennych. Ale załoga szybko przestaje mu wierzyć. Mijają tygodnie, a lądu nie widać. Ocean jest zupełnie gładki, nazywają go więc spokojnym, Mare Pacifico  Mogłoby się wydawać, że otworzyła się brama wieczności, a oni płyną prosto w jej stronę. Wkrótce igła kompasu ledwie ma siłę wskazywać północ, a załodze zaczyna brakować jedzenia: suchary są już tylko prochem przemieszanym z mysimi odchodami i robactwem, a woda pitna żółtą, zgniłą zupą. By nie umrzeć z głodu, jedzą trociny i kawałki skóry, którymi dla ochrony owija się reje. Twardą jak kamień skórę moczą cztery, więć dni w morzu, by zmiękła, potem pieką ją na węgiel i połykają.
Gdy okazuje się, że na pokładzie są szczury, zaczyna się polowanie. Za wychudzonego osobnika można dostać nawet pól dukata. Pewien niecierpliwy marynarz połyka kupionego szczura na surowo, a dwóch innych kłóci się o zabitego zwierzka, w końcu jeden zabija drugiego siekierą. Zamierzają poćwiartować zabójcę, ale nikt nie ma siły aby wykonać wyrok, duszą więc go i wyrzucają za burtę.
Za każdym razem gdy ktoś umiera Magellan każe szybko zaszyć ciało w płótno żaglowe i wyrzucić do morza, zanim jego ludzie zmienią się w kanibali. Pozostali rzeczywiście patrzą pożądliwie na ciala towarzyszy zmarlych na skutek głodu lub choroby powodujące krwawienie dziąseł. 
Gdy po 50 dniach w końcu docierają do lądu, nie mogą zakotwiczyć w pobliu; wysyłają na wyspy łodzie, ale nie znajdują ani wody ani pożywienia. Nazywają je Wyspami Rozczarowania i płyną dalej.
Pisarz okrętowy Antonio Pigafette notuje: Jestem pewien, że w podobną podróż nikt się już nigdy nie wyprawi.
--------------------------------------------------------------------------
Jak może zauważyliście od pewnego czasu przepisuję Wam dokładnie kolejny rozdział w/w książki dotyczącej różnych odleglych wysp.
Zawsze z jakiegoś konkretnego powodu wybieram tę a nie inną wyspę.
Czy wiecie dlaczego akurat teraz wybrałam Wyspy Rozczarowania?


poniedziałek, 14 września 2020

Moja Piątka na Przełęczy Szpiglasowej

/wszystkie zdjęcia można powiększyć/
-To może tym razem pójdziemy do Morskiego Oka przez Przełęcz Szpiglasową? - zapytał Młodszy czyli Geograf...
 -A to jest bardzo wysoko? Trudno tam się wchodzi - zapytał 12-latek czyli Pytalski. 
- Łatwo nie jest, ale dasz radę. Będziemy wszyscy razem to Ci pomożemy. No i tam są łańcuchy, które ułatwiają wejście i takie klamry, na których można postawić nogi... - zachęcił go Geograf.
 - To ja się chyba będę bał - stwierdził 12 latek. 
- No coś Ty? - zapytał Starszy czyli jego tata - przecież jak byliśmy kiedyś na Czerwonych Wierchach to miałeś tylko 6 lat. I nie bałeś się. A co zapamiętałeś z tamtej wycieczki?
 - Kozice - uśmiechnął się Pytalski - jak weszliśmy na pierwszy Czerwony Wierch to zobaczyłem kozice. Stały sobie we mgle a ja nie chciałem wierzyć że one są prawdziwe - zaczął wspominać Pytalski. 
- No widzisz? - może i na Szpiglasowej spotkamy kozice... bo one bardzo wysoko wchodzą. Czasami jeszcze wyżej niż ludzie - powiedział mu Młodszy.. 
- Tylko nie pękaj Młody .... jak idziemy to wszyscy. A Babci będziemy zdjęcia z drogi wysyłać - zachęcił go 16-latek czyli Szczerbaty.
A więc 20 sierpnia 2020 roku poszli do Morskiego Oka Starszy z Żoną, Młodszy czyli Geograf jako kierownik wycieczki, 16-latek czyli Szczerbaty i ten najmłodszy 12-letni Pytalski.
Najpierw dojechali busikiem do Palenicy Białczańskiej i pieszo doszli szosą do wylotu Doliny Roztoki przy Wodogrzmotach Mickiewicza. Następnie Roztoką powędrowali w górę doliny pod Wodospad Siklawa. Potem zatrzymali się aby odpocząć i zjeść  co-nieco w Schronisku w Pięciu Stawach. A potem wyruszyli ścieżką wiodącą Doliną Pięciu Stawów Polskich. I w pewnym momencie zaczęli się wspinać...na Przełęcz Szpiglasową...

Idą w kolejności: Geograf, Pytalski, Szczerbaty, Jedyna Kobieta w tej grupie czyli Moja Synowa... a na końcu Starszy, którego nie widać bo robi zdjęcia...
                               Już prawie weszli na Przełęcz...


A jak weszli to zobaczyli wychodzącego zza skał świstaka. A potem, niżej były jeszcze dwa świstaki. I wszystkie bardzo głośno świstały. Najwyraźniej ostrzegały swoich towarzyszy, że nadciągają ich wrogowie czyli ludzie...

      A potem zobaczyli schylonego Mnicha nad Morskim Okiem...
I zaczęli schodzić w dół do schroniska nad Morskim Okiem...

-----------------------------------------------------------------------------
Do domu na Skibówkach w dzielnicy Zakopanego wrócili po 21-szej. A wędrowali po górach od 8 rano. Najbardziej cieszył się oczywiście najmłodszy czyli 12-letni Pytalski. Także dlatego, że spotkał świstaki na szlaku...
A nauczyła ich takich wędrówek babcia Stokrotka. No może nie wszystkich, ale najpierw osobistego męża, potem synów..... A potem oni zaczęli uczyć nasze wnuki...
I tak się stworzyła w rodzinie tradycja chodzenia po Najpiękniejszych Górach Świata...
Wiecie jak się z tego cieszę???

----------------------------------------------------------------------
A tam na zdjęciu na samej górze siedzi nad Hińczowym Stawem w Tatrach Słowackich - na wysokości 1844m. babcia Stokrotka. Wtedy wprawdzie nie była jeszcze babcią, ale miała już dorosłych synów...

sobota, 12 września 2020

Bifurkacja i turkusowe jeziorko - z cyklu "Polska nieznana"

Słyszeliście o bifurkacji?
To znaczy mam na myśli tę bifurkację geograficzną. 
No więc bifurkacja to inaczej skrzyżowanie dwóch rzek. Ale takie skrzyżowanie pod kątem prostym.
Mamy takie "coś" w Polsce, a jest to unikat na skalę światową. W Europie jest tylko jedyne...
W leżącym 60 km. na wschód od Poznania Wągrowcu rzeki Wełna i Nielba przepływają przez siebie wpadając w ruch wirowy, po czym każda toczy dalej wody w swoim kierunku, Zjawisko to jest nie dziełem przyrody tylko ludzkich rąk. Nikt o nim przed rokiem 1830 nie słyszał. Pojawiło się ono jako efekt prac melioracyjnych. Taka wodna ekwilibrystyka jest możliwa tylko na płaskim terenie gdzie spadek wody praktycznie nie istnieje. 
Wprawdzie nie byłam nigdy w Wągrowcu ale o tej bifurkacji opowiadał mi kiedyś kolega- kajakarz.
Tak to wygląda na zdjęciu.

-----------------------------------------------------------------------------
Dawno temu spędzaliśmy urlop z dziećmi na wyspie Wolin. I tam w czasie pieszych wędrówek natrafiliśmy na przepiękne jeziorko o turkusowej barwie. Jest ono z pewnością najpiękniejsze wśród jeziorek Wolińskiego Parku Narodowego. Zatrzymaliśmy się zdziwieni nad brzegiem tego Jeziorka oczarowani jego pięknym kolorem. I potem nie chciało nam się dalej iść. Ta  barwa wody, która połyskuje w nim turkusowo to efekt odbicia światła od kredowego białego dna.
Jeziorko to swoje powstanie zawdzięcza działalności gospodarczej człowieka. Niegdyś wydobywano w tym miejscu węglan wapnia, a kiedy kopalnię zamknięto, wyrobisko zalano wodą. I stąd niesamowity kolor jego wody.'
                                
Pamiętam też że znad tego jeziorka weszliśmy na pagórki z których były piękne widoki na Piaskową Górę. I na nią też weszliśmy.
A na koniec poszliśmy coś zjeść do najbliższej gospody.
I tam do drugiego dania podano nam na półmisku zieloną sałatę ze śmietaną. I nagle ta sałata zaczęła się delikatnie ruszać.... i wypełzł spod niej ślimaczek. 
A my zaczęliśmy się zastanawiać czy ten ślimaczek to nie przypełzł przypadkiem za nami z tego Turkusowego Jeziorka.
Takich chwil się nie zapomina.
Szczególnie, że byliśmy piękni i młodzi, a nasze dzieci były wtedy młodsze od naszych wnuków...
Od tego czasu pytamy: "Czy to było przedtem zanim nam podano do jedzenia ślimaczka ....czy potem"???

wtorek, 8 września 2020

poniedziałek, 7 września 2020

Tęczowe fakty

1. Autorstwo tęczowej flagi przypisuje się amerykańskiemu artyście Gilbertowi Bakerowi. Od momentu pierwszej prezentacji w 1978 roku flaga przeszła liczne zmiany - zmniejszano i zwiększano liczbę kolorów oraz modyfikowano odcienie.
2. Znaczenie poszczególnych kolorów.

niedziela, 6 września 2020

Orla Perć


Orla Perć to najtrudniejszy szlak w Tatrach Polskich. Szlak koloru czerwonego prowadzi od Przełęczy Zawrat przez Kozi Wierch, Granaty, Buczynowe Turnie po przełęcz Krzyżne. Jego wytyczenie zaproponował w 1901 roku Franciszek H.Nowicki, a inicjatywę podjął ksiądz Walenty Gadowski, pod którego kierunkiem szlak został zbudowany i oznakowany w latach 1903-1906.
Na trudnych i niebezpiecznych odcinkach umieszczono wiele sztucznych ułatwień takich jak klamry, łańcuchy i drabinki.
"Orla Perć" dostępna jest tylko dla doświadczonych turystów górskich, niewrażliwych na ekspozycję. Należy ją przechodzić tylko latem i tylko przy dobrych warunkach pogodowych tzn. przy braku śniegu i lodu. Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe zaleca używanie na Orlej Perci kasków ochronnych i autoasekuracji umożliwiającej wpięcie lonży typu "via ferrata" do klamer, łańcuchów i drabinek".  
Niektórzy z Was pamiętają może albo wiedzą z moich książek "Zwariowałam" i "Nadal wariuję", że Tatry, które nazywam Najpiękniejszymi Górami Świata przewędrowałam kiedyś wzdłuż i wszerz. Przez wiele lat zdobywałam szczyty /np. Rysy i Krywań/, przełęcze /np. Przełęcz Szpiglasową, Zawrat czy Krzyżne/ a także wędrowałam po przysłopach, dolinach i reglach.
Orlej Perci jednak nie zdobyłam, chociaż usiłowałam to zrobić mając 20 lat.
Zwyciężył rozsądek gdy po kilkunastu minutach wchodzenia od strony Zawratu jakiś wytrawny starszy turysta powiedział mi: "Dziewczyno, jeśli się boisz to nie idź dalej".
Bałam się rzeczywiście, więc wróciłam.
Nigdy tego nie żałowałam.... bo w górach nie wolno się bać...
-------------------------------------------------------------------------------------
Chodziliście po Tatrach? Zdobywaliście jakieś szczyty albo przełęcze? A może ktoś z Was przeszedł całą Orlą Perć?
A może ktoś z Was chodzi teraz po Tatrach?

piątek, 4 września 2020

10 zasad życia w nowym niewspaniałym świecie

W czerwcowym numerze dwumiesięcznika KSIĄŻKI znalazłam "10 zasad życia w nowym niewspaniałym świecie."
Ich twórcą jest profesor Tadeusz Sławek - anglista, tłumacz, poeta, literaturoznawca, profesor UW w latach 1996-2002 i jego rektor. Twórca wielu książek i nagród. Jego esej pt: "Kafka. Życie w przestrzeni bez rozstrzygnięć" jest wśród tegorocznych książek nominowanych do nagrody Nike.
Przepiszę je dla Was bez żadnego komentarza:
1. Odzyskajmy i praktykujmy czułość dla świata naszej codziennej krzątaniny.
2. Doceńmy przygodność naszego życia. Przesuńmy akcenty z tego, co planowaliśmy, na to, co niczym kornik drąży w naszych planach swoje szlaki.
3. Odzyskajmy autonomiczność życia, wyrwijmy je z zachłannych objęć władzy, której uścisk pozornie chroni, w istocie szybko zaczyna dusić.
4, Nie tyle posłusznie słuchajmy ile samodzielnie i krytycznie słyszmy. Wokół sączy się szum manipulacji.
5. Przywróćmy wstydowi należne miejsce jako warunkowi mądrej polityki.
6. Uwierzymy, że nie ten jest górą, kto zalewa rozmówcę potokiem słów, lecz ten, kto potrafi wysłuchać i precyzyjnie odnieść się do tego, co usłyszał.
7. Unikajmy budowania murów i chowania się w kryjówkach. To niezbędne, by zrozumieć różnorodność i bogactwo świata. Nie budujmy kultu "swojskości".
8. Miejmy poczucie humoru, bo nic tak nie sprzyja tworzeniu wyłomów w istniejących murach. Humor nie pozwala żywić uczucia złości na cały świat.
9. Nie dajmy się ponieść logice odwetu, który każe się mścić na wszystkich za domniemane krzywdy i urazy.
10. Nade wszystko szanujmy mowę. To ona może przeprowadzić nas przez rozpacz, wyrazić nadzieję a nawet wieczność.
-----------------------------------------------------------------------------------
Mili Moi! A więc do dzieła!
To wszystko jest przecież takie proste i mądre.

środa, 2 września 2020

Szukamy skarbów?

1. Jak będziecie w Indonezji to możecie ponurkować między wyspami i poszukać zatopionego w 1511 roku statku FLOR DE LA MAR. Znajdowało się na nim złoto i diamenty zdobyte przez Portugalczyków w Zachodnich Indiach. Szacuje się wartość tego skarbu na 2,6 miliardów dolarów.
Wprawdzie co pewien czas podawana jest informacja, że ten skarb już odnaleziono, ale kto wie jak jest naprawdę. A nawet jak odnaleziono to z pewnością nie wszystko. A więc warto zanurkować...

2. Na terenie Niemiec, Słowacji albo czeskich Moraw można się dokopać do GROBOWCA ATTYLLI. Jego wartość jest równie wielka bo szacuje się ją na 2,5 miliarda dolarów. A są tam złoto i drogocenne klejnoty oraz złota oraz srebrna trumna legendarnego wodza Hunów. Kopiemy???To nie tak daleko od nas...

3. Wartość BURSZTYNOWEJ KOMNATY to "zaledwie" 170 milionów dolarów. Poszukuje się jej w Niemczech, Rosji, na Litwie i w Polsce. Była niewielka bo jej wymiary to 10 metrów na 11,5 metra. Ale na jej wykonanie zużyto 5,4 tony bursztynu. Szuka się jej bezskutecznie od 1945 roku.

4. SKARB RODZINY ROMANOWÓW to podobno 150 mln.dolarów.Należy go szukać na terenie Rosji, a niektórzy twierdzą że  na całym świecie. Szuka się go od 1918 roku. Sa w nim oczywiście klejnoty koronacyjne, złoto, bizuteria, diamenty... Czy ktoś z Was chciałby sobie założyć na głowę carską koronę??? Myśle, że każdy z nas, chociaż na chwilę...

5. Na Wyspach Kokosowych u wybrzeży Kostaryki możnaby odkopać zaginiony w 1829 roku  SKARB Z LIMY. Ma wartość "zaledwie" 75 milionów dolarów ale przynajmniej wiadomo, że należy szukać 200 skrzyń zawierających klejnoty.

6. W Zatoce Wash we wschodniej Anglii od 1216 roku leżą KLEJNOTY KRÓŁA JANA. Są to klejnoty koronacyjne, złoto i drogocenne kamienie o wartości 65 milionów dolarów.

7. Natomiast inkaskiego złota i artefaktów czyli ZAGINIONEGO ZŁOTEGO MIASTA PAITITI należy szukać w Peru lub Brazylii. Ma podobno wartość 10 milionów dolarów.
-------------------------------------------------------------------------
To gdzie będziecie szukać?
Tak sobie żartuję ale przecież gdyby jakiemuś zwykłemu człowiekowi udało się odnależć jakiś skarb to nie wiedziałby co z nim zrobić...
Ja z pewnością przeznaczyłabym go dla chorych i biednych dzieci na całym świecie.
Bo przecież ci najbogatsi ludzie nie lubią się dzielić swoim bogactwem... Niektórzy wprawdzie zakładają jakieś fundacje i przekazują duże kwoty na pomoc dla biednych..... ale nie jest ich wielu...
A na całym świecie dzieci umieraja z chorób i głodu.

O tym jak "dobrze" być kobietą...

                                       Jak podpisalibyście to zdjęcie? Bo ja -                                                   Obłuda     ...