poniedziałek, 31 stycznia 2022

Jak to było z odbudową Warszawy?

Najpierw trochę danych. Ale pewnie o tym wiecie, więc tylko przypomnę:

                                          


W całej Warszawie w czasie wojny zburzone były wszystkie mosty, 95% teatrów i kin, 90% budynków przemysłowych i służby zdrowia, 85% sieci tramwajowej i 85% taboru tej sieci. Zniszczone zostało 70% obiektów szkolnych, 60% drzewostanu, 50% elektrowni, 46% przewodów gazowych. Z 64 kościołów zachowały się cztery. Zagładzie uległo prawie 80% lewobrzeżnej Warszawy. Nieliczne ocalałe kamienice były opustoszałe i przez Niemców zaminowane.

W chwili wyzwolenia Warszawa była prawie całkowicie wyludniona. 

Na widok zrujnowanej Warszawy architekt Józef Sigalin miał powiedzieć: "Mury cmentarne wydają się całkowicie zbędne - nie dzielą już dwóch światów". Na podwórkach, placach i skwerach miasta było mnóstwo prowizorycznych grobów.

Pierwsze duże zniszczenia Warszawy miały miejsce już we wrześniu 1939 roku, następnie po likwidacji warszawskiego getta i największe po upadku Powstania Warszawskiego. Po tym ostatnim wydarzeniu Warszawa została właściwie przez Niemców podpalona. 

Najbardziej bo w 85% zniszczone było Stare Miasto.  Ówczesny Generalny Konserwator Zabytków prof. Jan Zachwatowicz tak pisał: "Na Starym Mieście nie pozostał ani jeden dom, ani jeden kościół. Zwały gruzów wypełniały ulice do wysokości pierwszego i drugiego piętra /.../ Gruzy Starego Miasta zalegała ponura, głucha cisza"

Sytuacja Warszawy była tak zła, że zastanawiano się czy nie przenieść stolicy do Łodzi. Miasto to miało bowiem odpowiednią infrastrukturę i leżało w centrum kraju. No i nie było zniszczone. Dygnitarze partyjni zastanawiali się nawet, czy Warszawy nie pozostawić zrujnowanej - jako przestrogi dla przyszłych pokoleń.

Za odbudową Warszawy przemawiały jednak przede wszystkim wielkie powroty mieszkańców. Już w styczniu i w lutym 1945 roku wśród ruin i gruzów zaczęli pojawiać się dawni mieszkańcy Warszawy. 

Pięknie i wzruszająco zostało to pokazane w pierwszych odcinkach serialu telewizyjnego pt: "Dom".

Zaczęli też do Warszawy przyjeżdżać ludzie z innych terenów Polski. Wśród nich byli budowniczowie, architekci, konserwatorzy, rzeźbiarze, nauczyciele, lekarze. W 1948 roku do Warszawy przybyli z Rzeszowa moi Rodzice. 

Ojciec, który był rzeźbiarzem został zatrudniony w Biurze Odbudowy Stolicy i rekonstruował rzeźby, które zostały zniszczone w czasie wojny. Podobnie jak inni rzeźbiarze stworzył też wiele nowych rzeźb i płaskorzeźb, które zdobią budynki lub stoją osobno. Mama - nauczycielka pracowała najpierw jako wychowawczyni w jednym z podwarszawskich Domów Dziecka, /a sierot wojennych było bardzo dużo/, a potem w jednej z warszawskich szkół podstawowych. 

Podobno odbudowie Warszawy przychylny był sam Stalin. Nie bez powodu oczywiście, bo chodziło mu o międzynarodowe uznanie. Podjęto więc decyzję aby mimo katastrofalnego stanu centrum miasta jednak Warszawę odbudować. I nawet sam Bolesław Bierut z towarzyszami pojawił się 1 września 1947 roku na Rynku Starego Miasta i przerzucił  kilka łopat gruzu.

Pierwsze prace zabezpieczające na Starym Mieście zaczęły się już w kwietniu 1945 roku. Grupa architektów opracowała główne zasady rekonstrukcji. 

Nie obyło się bez zgrzytów i kłótni. Architekci nie mieli jednej wizji odbudowy. W każdym razie odbudowa Warszawskiej Starówki była z pewnością jednym z najtrudniejszych o ile nie najtrudniejszym projektem w dziejach Polski.                      

                           


Pierwsze prace, tzn odgruzowywanie i wywożenie gruzów na tzw. Zwałkę na Czerniakowie było wykonywane w czynie społecznym właściwie przez wszystkich mieszkańców stolicy. Żródła podają, że tych gruzów było około 20 milionów metrów sześciennych. Natomiast słynne i popularne hasło "Cały naród buduje swoją stolicę"  jednak nie wszędzie było akceptowane. Do dzisiaj wiele osób spoza Warszawy uważa, że stolicę odbudowano zbyt dużym kosztem... 

We wrześniu 1980 roku Warszawska Starówka wraz z Zamkiem Królewskim została wpisana na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Był to wówczas pierwszy na świecie zrekonstruowany obiekt w tym elitarnym wykazie zabytków. Wpisu dokonano w uznaniu dla determinacji, trudu i poświęcenia, w jakim Polacy odbudowywali swoją Stolicę.

Warszawa, która przeszła przez swoją śmierć po upadku Powstania Warszawskiego nie miała już prawa istnieć.

A jednak odrodziła się...

sobota, 29 stycznia 2022

Ogród babci Marysi - z cyklu "Babcie ma się dwie"

"Ogród babci Marysi był dużo mniejszy od ogrodu babci Broni. Dużo mniejszy był też dom w nim stojący. Była to drewniana chatka bez najmniejszych wygód. Przed nią stała bardzo stara studnia z żurawiem, nieopodal postawiono malutką budkę z wyciętym serduszkiem.

Ogród był otoczony starym drewnianym płotem, który miał dwie furtki - malutką od strony pola, na którym rosło zboże i większą od drogi. Wzdłuż ogrodzenia rosły drzewa owocowe - jabłonie, śliwy, gruszki, wiśnie. A pod nimi kłębiło się trochę polnych kwiatów. I to właściwie było wszystko.

Aha, pod oknem rosła bardzo stara czereśnia. Pamietam, że owoce z niej można było zrywać stojąc w oknie domeczku.

Właściwie to cały ogród zajmowało tzw. "skaranie boskie". Tak na nie mówiła babcia Marysia. A były to stojace lub leżące okorowane pnie drzew. Część z nich nie była już pniami, tylko przedstawiała różne postacie - świętych, królów, diabłów, sławnych ludzi, a także zwierzęta. 

A pod ścianą chatki stała połamana szafka z półkami w której znajdowały się różne, od dawna zardzewiałe narzędzia rzeźbiarskie. Pokryty płaskorzezbami był także płot i obydwie furtki a także jeden z filarów chatki.

Babcię Marysię odwiedzałam trzy razy w roku - na początku, w środku i na końcu wakacji.

Za każdym razem zabierała mnie do komory i pokazywała leżący w rogu stołu kamień. I zawsze mówiła, że przyciśnięte było nim kiedyś wieko beczki, w której kisiła się kapusta. Aż kiedys ten kamień zniknął. Ktoś go zabrał i wydłubał w nim, pewnie za pomocą innego, mniejszego i ostrego kamienia, oczy i usta, usiłował uformować nos oraz uszy.

- A ja tego kamienia szukałam i szukałam aż go znalazłam za stodołą .... ale wiesz kto to zrobił, prawda? - pytała mnie malutka babcia Marysia, zadzierajac w górę głowę, aby spojrzeć mi w oczy.... Miał wtedy 14 lat i to była jego pierwsza rzeźba, wiesz...?

Gdy byłam w Rzeszowie kilkanaście lat temu i przechodziłam koło miejsca, gdzie była kiedyś ta chatka i ten ogród ze "skaraniem boskim" podniosłam z trawy spróchniałą sztachetę. Wydawało mi się, że są na niej ślady jakiegoś rzeźbienia. Ale to było tylko złudzenie..."

-----------------------------------------------------------------

Zdjęcie "małej Stokrotki" w ogrodzie babci  Marysi sfotografowałam ze swojej książki pt: "Zwariowałam" w której znajduje się ten tekst.

/A o ogrodzie Babci Broni pisałam 23 stycznie br./

czwartek, 27 stycznia 2022

Powiedzieli:

1. "Polski katolicyzm ma niewiele wspólnego z duchowością i wiarą. To biznes i władza." - Andrzej Stasiuk w "Dzienniku Gazeta Prawna"



2. "Jesteśmy leniwi, bierni i zamknięci w przekonaniu o swoich racjach" - reżyserka Olga Lipińska o Polakach



3. "Wydaje mi się, że jak do tej pory historia jest nauczycielką życia dla nielicznych" - Marian Turski o Historii



4. "Pisizm był w Polsce zawsze. I będzie. Ale Polska nie jest pisowska" - prof. Janusz Czapiński o PiS.



5. "Nie ma osoby, która mogłaby zmienić energię protestu w realny efekt. Wszystkim nam brakuje Kordiana" - Maja Kleczewska, reżyserka 

----------------------------------------------------------------------

Zgadzacie się z autorami? Skomentujecie któryś cytat?

Z góry dziękuję. 

----------------------------------------------------------------------

A wszystkich Was zapraszam na piękny spacer do Łazienek Królewskich. Naprawdę warto obejrzeć piękne zdjęcia i przeczytać to co pisze Grażyna:

http://i-tu-i-tam.blogspot.com/2022/01/stokrotka-i-z-nia-spacer-po-azienkach.html

wtorek, 25 stycznia 2022

Miasto na soli

Tekst dedykuję Jotce, z którą kiedyś spotkałam się w "mieście na soli".

"To miasto naprawdę powstało na soli. Bo najpierw była sól, a potem miasto. 

Już w wiekach XI i XII sól produkowały w tym miejscu warzelnie ulokowane w pobliżu romańskiego kościoła, który jest dziś najcenniejszym zabytkiem w mieście. Dopiero w roku 1238 książę Kazimierz Kondradowic, założyciel kujawskiej linii Piastów, z której wywodzili się królowie Władysław Łokietek i Kazimierz Wielki, ulokował na szczycie solnego wysadu miasto Inowrocław (Novus Wladislav). Miasto na soli stało się stolicą księstwa i jednym z najważniejszych grodów w Królestwie Polskim. 

Prężny rozwój miasta przerwały dopiero wojny ze Szwecją w XVII i XVIII wieku. Ponadto u bram Inowrocławia w dniu 13 lipca 1666 roku rozegrał się jeden z najtragiczniejszych epizodów w historii Polski – bratobójcza bitwa pod Mątwami. 

Na zewnętrznych ścianach romańskiej bazyliki w Inowrocławiu znajdują się bezcenne unikatowe płaskorzeźby i ryty. Oczywiście jedną z nich pogłaskałam lewą ręką, bo to ma przynieść szczęście. 

Pod miastem znajdują się długie solne korytarze. Mają one ogólną długość 290 km, a to nawet więcej kilometrów niż odległość z Inowrocławia do Warszawy. Szłam takim korytarzem pod budynkiem Muzeum im. Jana Kasprowicza znajdującym się na ulicy Solankowej. A w muzeum dostałam w prezencie bryłkę soli. 

W gotyckim kościele w Inowrocławiu w 1321 roku odbył się sąd papieski, podczas którego wydano wyrok skazujący Zakon Krzyżacki na zwrot Pomorza Zachodniego Królestwu Polskiemu. Wówczas to – jak odnotował Jan Długosz – przepowiedziano ostateczną klęskę Zakonowi Krzyżackiemu. 

Po budynkach Inowrocławia biegają małe zwierzątka. To wiewiórki. A jedna siedzi też sobie na bramie prowadzącej do Parku Solankowego. 

Brak w tym mieście typowego starego miasta, ale to wcale nie znaczy, że nie ma w nim pięknych zabytkowych budowli.

 


Idąc przez rynek, zderzyłam się z patronką Inowrocławia – Królową Jadwigą. Wracała akurat z kościoła i przechodziła przez rynek. Piękna, wyniosła i wysoka (jak na tamte czasy), a przede wszystkim słynąca z dobrego serca. To ona podarowała swoje klejnoty na Akademię Krakowską. A w Inowrocławiu szepnęła mi, abym obejrzała sobie dokładnie rzeźby małych żaków, które stoją w kilku miejscach. 

Z Szymborza, który jest teraz dzielnicą Inowrocławia, pochodzi Jan Kasprowicz. To ten poeta, który tak pięknie pisał o swojej kujawskiej ziemi, a także o Tatrach. Ten sam, który został rektorem Uniwersytetu Lwowskiego im. Jana Kazimierza, chociaż początkowo w Inowrocławiu w związku z powiązaniem ze środowiskiem socjalistów nie udało mu się ukończyć szkoły. Ten sam, któremu żonę Jadwigę opętał Stanisław Przybyszewski zwany Demonem. 

Zwiedzałam przepiękne muzeum jego imienia i oglądałam rękopisy i pierwodruki jego utworów. 

Czy wiecie, że po Inowrocławiu jeździły kiedyś tramwaje? W maju 1912 roku po wielu latach zabiegów formalno- prawnych uzyskano koncesję i powołano do życia w Inowrocławiu Miejską Kolej Elektryczną. Pierwszy tramwaj wyjechał na inowrocławskie ulice 10 listopada tamtego roku. Pamiątką po tym wydarzeniu jest fragment torów i tablica wmurowana w deptak przy rynku. Początkowa trasa wiodła z dworca PKP do ulicy Królowej Jadwigi i wynosiła 1,8 km. Niestety, po 50 latach istnienia inowrocławskie tramwaje, głównie z braku funduszy, przestały istnieć. Na pamiątkę ustawiono przy rynku zabytkowy wagonik tramwajowy.

 


W mieście na soli nawdychałam się dobrego powietrza i wypiłam wodę mineralną. Bo Inowrocław jest miastem zdrojowym. W Parku Solankowym o powierzchni 85 ha znajduje się wspaniała tężnia solankowa. To naturalne inhalatorium składa się z dwóch połączonych ze sobą wieloboków. Spaceruje się wewnątrz tężni, a także na tarasie widokowym na wysokości 9 metrów. Byłam oczywiście i tu, i tam. 

W przepięknym parku znajduje się Dom Zdrojowy, a w nim pijalnia wód, palmiarnia i chata kujawska. Dookoła ogród zapachów, aleja dębów zwana Aleją Gwiazd, a także ogrody papieskie z nasadzeniami roślin odwzorowującymi ogrody watykańskie. W pobliżu parku usytuowane są sanatoria.

A ta woda mineralna, którą piłam, to oczywiście „Jadwiga”. Próbowałam też drugiej – „Inowrocławianki”. 

Według raportu Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) Inowrocław jest miastem o najczystszym powietrzu w Polsce. 

A w pijalni wód usiadłam sobie przy Pomniku Teściowej. To była bardzo sympatyczna teściowa. Przyszła sobie do pijalni razem ze swoim pieskiem. A rodzina zastanawiała się, gdzie ona poszła i szukała jej. 

Z miastem na soli związany też jest generał Władysław Sikorski. Lata przed II wojną światową spędzał w majątku koło Inowrocławia. Stąd jego pomnik – ławeczka – w parku Solankowym. Prawie wszystkie panie fotografują się przy nim.

W Inowrocławiu spotkałam się z przesympatyczną blogerką. Nie byłam pewna, czy to spotkanie nam się uda, bo poinformowałam ją o swoim przyjeździe właściwie w ostatniej chwili. Cieszę się bardzo, bo znalazła dla mnie czas, cierpliwie czekała na mostku w Parku Solankowym, aż zjem obiad w restauracji „Przy Stawku” (byłam w grupie wycieczkowej). Przez godzinę porozmawiałyśmy sobie od serca i pospacerowałyśmy, wdychając to dobre powietrze. To ona sprezentowała mi krówki teściowej i krówki inowrocławskie dla moich wnuków i opowiedziała wiele ciekawych rzeczy o swoim mieście. 

I chyba nie macie wątpliwości, że spodobało mi się miasto na soli."

--------------------------------------------------------------------

Był to urywek z mojej książki "Mój kraj nad Wisłą".

niedziela, 23 stycznia 2022

Ogród babci Broni - z cyklu "Babcie ma się dwie"

Dom był duży, drewniany ale na wysokiej podmurówce. Wchodziło się najpierw po ośmiu schodkach na ganek, potem z ganku do sieni. 

Po jednej stronie sieni było wejście do dużej kuchni i dalej do spiżarni. Z sieni prowadziły też schody - jedne na strych, drugie w dół do piwnicy.

Przed domem był duży ogród. Zaczynał się zaraz pod ścianą domu a kończył przy drewnianym płocie. Za nim była wydeptana ścieżka którą przechodzili ludzie, często też konie, krowy i psy. Na drewnianym płocie siedzial kot lub stal kogut, a przez dziurę w płocie często uciekaly na ścieżkę kurczątka. Wprawdzie wybieg dla kur, kaczek i gęsi był poza domem, to "drobiowe maleństwa" wyrywały sie same przez dziury w siatce na zwiedzanie ogrodu i okolic.

Ogród dzielił się na część kwiatową, sad i gaik. W sadzie rosły czereśnie, wiśnie, jabłonie, grusze, krzaki porzeczek czarnych czerwonych i bialych i agrestu. Rosły też trzy stare orzechy a na tyczkach pięła się fasola i winorośl. Sad był za domem, A za nim byl mały gaik. I w nim rosły brzozy, lipy i jeden dąb. Pamiętam, że te drzewa były wysokie i potężne, więc byl to raczej rodzaj lasu.

Był też jeden bardzo wysoki święrk, ale stał w części kwiatowej. Tak jakby pilnował żeby babci Broni nikt nie wyrywał kwiatów.

Przy samym domu, pod oknami i między nimi rosły wysokie, białe lilie. Stanowiły one wspaniały kontrast z ciemnymi ścianami domu.  Dopiero po wielu latach dowiedziałam się, że białe pachnące lilie pod oknami to była cecha charakterystyczna ogrodów na Rzeszowszczyźnie.

Ogród kwiatowy był całym zyciem Babci. Na tzw. węgle domu rosło kilka krzaków czarnego bzu. Pamiętam, że babcia zrywała często białe baldachy tego bzu i robiła z nich nalewkę przeciwko przeziębieniu. 

W ogrodzie byly też bzy białe i fioletowe, ale nigdy nie widziałam ich w porze kwitnienia. Były też jaśminy i jarzębina.

Babcia uwielbiała różne zioła lecznicze. Wzorem wielu innych starszych kobiet uprawiała je w ogródku, a potem zbierała miętę, szałwię, lubczyk, piołun, wrotycz, krwawnik.

Ale najbardziej dumna była ze swoich dalii, peonii, floksów i lwich paszczy. Pamiętam, że jak ją kiedyś zapytałam dlaczego lwie paszcze mają taką śmieszna nazwę - urwała jeden kwiatek i nacisnęła go w ten sposób, że mu się ta malutka paszcza otworzyła.

W rogu ogrodu kwiatowego rosły bardzo wysokie malwy. Właściwie to nawet rosly po drugiej stronie płotu, na ścieżce. Uwielbiałam je.

No i jeszcze różne pachnące groszki i powojniki. Często wspinaly się po płocie albo po wbitych specjalnie wysokich kijach. A także astry, które zaczynaly kwitnąć w sierpniu.

W drugim rogu ogrodu kwiatowego rosły też olbrzymie, pełne wilgoci i komarów paprocie.

A na środku ogródka pyszniła się rabatka różana.

Po całym terenie biegał na krzywych łapkach mały kundelek.

Po domu i ogrodzie babci Broni, w którym przez cale dzieciństwo spędzałam dwa miesiące wakacji nie pozostał nawet ślad.

---------------------------------------------------------------

Był to urywek w mojej książki pt: "Zwariowałam".

piątek, 21 stycznia 2022

Jaszczurka na dachu



 "– Babciu, jak myślisz? Czy ta moja jaszczurka leży jeszcze na tym dachu?

 – Chyba tak, bo chyba nikt specjalnie po nią nie wchodził. 

– To może pojechalibyśmy tam jeszcze raz? Tylko musimy mieszkać w tym samym pokoju, żeby ją z góry zobaczyć. 

– Może, zobaczymy – odpowiedziałam z nadzieją w głosie. I przytuliłam wnuka do siebie.

 Ale wypadałoby zacząć od początku. Nic na to nie poradzę, że nie lubię młodych miast. Dla mnie miasto musi mieć co najmniej 300 lat. A najlepiej to gdyby założył je król Kazimierz Wielki, który sobie w nim wybudował zamek murowany. A jeszcze lepiej, żeby to miasto było założone na prawie magdeburskim i to już w XIII wieku. 

Tymczasem wybraliśmy się do Gdyni. A Gdynia, jak wiadomo, jest miastem bardzo młodym. Ma najwyżej 100 lat. Więc kiedy jechaliśmy pociągiem i po drodze minęliśmy przewspaniały zamek w Malborku i wnuk zapytał mnie, czy „w tej Gdyni oprócz morza to też jest jakiś zamek i stare mury obronne”, to się po prostu załamałam. No bo jak szukać różnych twierdz i historycznych grodzisk w mieście, w którym najstarszy zabytek pochodzi z roku 1925 r – jest to kościół pw. NMP, usytuowany przy ul. Świętojańskiej, która jest właściwie reprezentacyjną ulicą miasta. 

Więc odpowiedziałam, że nie będziemy w Gdyni niczego szukać, bo to, co najważniejsze i najpiękniejsze, samo nam się rzuci w oczy. A będzie to MORZE i jego piękny, wysoki brzeg. 

A widok mieliśmy na port Gdynia i na „cały Bałtyk”, bo mieszkaliśmy na 11 piętrze. I nic nam morza nie zasłaniało. 

Zwiedzanie miasta z 7-letnim dzieckiem trzeba było zaplanować i realizować inaczej niż z kimś dorosłym. Gdy wysiedliśmy w Gdyni, to wnuk zapytał od razu, gdzie są te rekiny i ośmiornica. Okazało się, że był już nieźle przez swojego tatę przygotowany. 

Następnego dnia, zaraz po śniadaniu, poszliśmy do gdyńskiego oceanarium. I tam oprócz wielu interesujących zwierząt morskich zlokalizowaliśmy dwa małe i niewinnie wyglądające rekiny i jedną kolorową, ale paskudną, bo rozpłaszczoną na szybie, ośmiornicę. 

Pogoda tego dnia była deszczowa, więc zdecydowałam, że będzie to dzień muzeów. Zwiedziliśmy po południu stojący przy Skwerze Kościuszki okręt muzeum, czyli słynny niszczyciel „Błyskawica”. Jak nam mówił przewodnik – ORP „Błyskawica” uznany został parę lat wcześniej jako ważny historycznie okręt. W końcu przez całą II wojnę światową walczył z niemieckimi samolotami i okrętami podwodnymi na różnych morzach i oceanach. Jest to najstarszy na świecie wciąż istniejący niszczyciel. Oczywiście wnuk musiał zajrzeć w każdy zakątek i w każde działo „Błyskawicy”. 

Przed wieczorem zajrzeliśmy jeszcze do Muzeum Marynarki Wojennej. Po obejrzeniu wszystkich torped, armat, helikopterów i śmigłowców wróciliśmy do hotelu bardzo zmęczeni. 

 I wtedy 7-latek wyrzucił niechcący przez okno swoją jaszczurkę. Po prostu trzymając ją za ogon, machał nią we wszystkie strony, aż „wymachnął” ją przez okno. A ona spadła na dach znajdującej się poniżej restauracji hotelowej. Poszedł spać zapłakany, bo wszystkie swoje oszczędności wydał już pierwszego dnia, a babcia powiedziała, że mu nic nie kupi. 

Następnego dnia spotkaliśmy się z gdyńską znajomą. Umówiliśmy się na placu zabaw na plaży. Jest to bardzo ładny i bezpieczny plac, usytuowany na plaży tuż przy kawiarni. Usiadłyśmy sobie przy kawie i pogrążyłyśmy się w rozmowie. W tym czasie dwa razy zgubił się nam mój wnuk i obydwie jak szalone szukałyśmy go nad morzem. Okazało się, że niepotrzebnie, bo za pierwszym razem siedział tuż koło nas, a my go nie zauważyłyśmy, bo tak byłyśmy pochłonięte rozmową. A za drugim siedział cichutko pod zjeżdżalnią i obserwował całującą się parę nastolatków. 

Potem poszliśmy na piękny spacer na plażę aż na Cypel Redłowski. Z pewnością najpiękniejszą częścią Gdyni jest dzielnica Orłowo. Klifowy, porośnięty lasem brzeg jest tu najwspanialszy, podobnie jak piaszczysta plaża. Natomiast z Kamiennej Góry, czyli willowej dzielnicy miasta, jest przepiękny widok na port i morze. 

Nadmorska promenada, czyli Skwer Kościuszki prowadzący prosto ku morzu, jest zawsze pełna turystów i marynarzy, bo znajduje się tu także Wyższa Szkoła Morska. 

A w centrum miasta miejscem bardzo sympatycznym jest plac Kaszubski z rzeźbą przedstawiającą siedzących na ławeczce Kaszubów, którzy kiedyś mieszkali niedaleko. 

Nie będę pisać więcej o samym mieście. Dodam tylko, że Hitler wkroczył do Gdyni już 21 września 1939 roku, a już 2 dni wcześniej nazwę miasta zmieniono na Gotenhafen. Zmieniono też nazwy polskich ulic na niemieckie i niszczono wszelkie ślady polskości. Rozpoczęła się intensywna polityka germanizacyjna. 

Aktualnie Gdynia to młode, tętniące życiem miasto. Odbywają się tu znaczące imprezy kulturalne, często o wymiarze międzynarodowym: festiwale filmowe, teatralne i muzyczne, spotkania podróżników, konkursy literackie i inne wydarzenia artystyczne. 

Jest to prawdziwe miasto portowe. I mimo że młode, to bardzo mi się spodobało."

---------------------------------------------------------------------------

Był to urywek z mojej książki "Mój kraj nad Wisłą".

Za twórcę Gdyni uważa się Eugeniusza Kwiatkowskiego. Jego popiersie znajduje się w Łazienkach Królewskich w pobliżu Pałacu Myślewickiego.
------------------------------------------------------------------
P.S. Gdyby ktoś jeszcze był zainteresowany książką "Mój kraj nad Wisłą"... to wszelkie informacje na jej temat może uzyskać pod adresem rusinowa@op.pl

środa, 19 stycznia 2022

Z jednego pnia...


.......wyrastają gałęzie w różnych kierunkach



                                                 


Aktor Antoni Pawlicki /wnuk bardzo dobrej aktorki Barbary Rachwalskiej/ tak powiedział o RODZINIE:

Cytuję:

"Mój ojciec pracuje w TVP, stryj nakręcił "Smoleńsk", a ja pomagam uchodźcom"...

I wszystko jasne - prawda? Myślę, że w wielu polskich rodzinach jest podobnie. Chociaż akurat w mojej najbliższej rodzinie wszyscy mają podobne poglądy i opinie. Ale już w dalszej i wśród znajomych jest bardzo różnie.

Ciekawa jestem jak jest w Waszych Rodzinach - czy wszyscy mają to samo zdanie?  Czy różnicie się między sobą w opiniach o tym co "tu i teraz", mimo że jesteście "z jednego pnia".

Oczywiście nikogo nie zmuszam do wypowiedzi. 

poniedziałek, 17 stycznia 2022

Kamiennne upamiętnienia - z cyklu "Warszawa mało znana"

 



Bezpośrednio po wyzwoleniu Warszawy spod niemieckiej okupacji, powracający do miasta mieszkańcy zaczęli spontanicznie upamiętniać miejsca, w których dochodziło do egzekucji Polaków. Nieco później, w związku z rozpoczęciem wielkiej odbudowy miasta, zdecydowano o nadaniu godnej i symbolicznej formy tym upamiętnieniom. Na wniosek Ministerstwa Kultury i Sztuki zorganizowany został konkurs plastyczny pod opieką Stowarzyszenia Architektów Polskich. Zwyciężył rzeźbiarz Karol Tchorek. Artysta przedstawił koncepcję kamiennej tablicy z wielkim krzyżem typu maltańskiego, na której tle umieścił tarczę z inskrypcją. Pod krzyżem na podłużnej płycie umieszczona została informacja o dacie tragicznych wypadków i liczbie zamordowanych osób.
                                                 




"Tablice Tchorka" stały się jednym z wielu symboli Warszawy. Początkowo było ich około 200, do dziś zachowało się około 165. Ostatnie były wykonywane jeszcze w latach 90-tych XX wieku. Pomimo upływu lat te kamienne tablice pamiątkowe są przedmiotem szczególnej troski i szacunku warszawiaków - wiele  z nich ma społecznych opiekunów, takich jak wspólnoty mieszkaniowe, spółdzielnie, szkoły, zakłady pracy czy stowarzyszenia. Dbają o nie także zwykli mieszkańcy okolicznych domów. Niedaleko mojego domu na Targówku są trzy takie tablice. Do dzisiaj jakieś "niewidzialne ręce" kładą pod nimi kwiaty. A jest o kim pamiętać bo w czasie II wojny światowej zginęło w Warszawie 600-800 tysięcy warszawiaków - w tym ok. 350 tysięcy Żydów. i 170 tysięcy w czasie Powstania Warszawskiego.

Karol Tchorek /1904-1985/był wybitnym polskim rzeźbiarzem, marchandem i kolekcjonerem sztuki. Na ulicy Smolnej znajduje się jego pracownia artystyczna. Pracownię tę przekazała niedawno Warszawie w darze synowa artysty.


Znajdują się w tej pracowni nie tylko zbiory związane z Karolem Tchorkiem, ale także jego warsztat, wyposażenie pracowni, gromadzone przez lata przedmioty m.inn. modele i fragmenty rzeźb, które wykonywal artysta, ich stelaże i dokumentacje. Są też kafle, meble czy przedwojenne wycinanki. 

I jest niepowtarzalny, specyficzny nastrój i zapach pracowni rzeźbiarskiej, który i ja trochę pamiętam z dzieciństwa...

sobota, 15 stycznia 2022

Niewidoczne niewolnice

Tekst ten dedykuję Basi Ś.

Najpierw była ta książka. Dostałam ją w prezencie już 2 lata temu, ale zupełnie nie wiedziałam jak o niej napisać. Po prostu okropnie mnie zasmuciła. Dowiedziałam się bowiem o hańbie swoich rodaków. Bo wprawdzie służące istniały we wszystkich krajach, to jednak w naszym byly traktowane wyjątkowo źle. 


Dziewczyny przyjeżdżały do miast z zapadłych wsi. Były bardzo młode, często 15-letnie, bardzo biedne. Przeważnie nie umiały czytać ani pisać. Podjęcie pracy służącej u "bogatych państwa" było dla nich niesamowitym awansem. Oczywiście do czasu gdy okazywało się, że ich praca to rodzaj niewolnictwa. Były bowiem naprawdę do wszystkiego. Nawet do uprzyjemniania życia panom domów w których służyły. Owocem tego była często ciąża służacej. I jeśli służaca nie zdążyła "pozbyć się kłopotu" lub  urodzonego cichutko w "służbówce"dziecka, to była natychmiast ze służby wyrzucana. Często z noworodkiem po prostu na ulicę i bez jakichkolwiek środków do życia.

Książka została oparta na faktach. Autorka posiłkowała się autentycznymi życiorysami służących. 

Polskie służące i ich historia mają swoje miejsce w znanych literackich dziełach. Przypomnę tylko służącą Hankę z "Moralności pani Dulskiej", którą odprawiono bo zaszła w ciążę ze Zbyszkiem Dulskim. A także Felicję z "Nocy i dni" z którą "zapomniał się " sam Bogumił Niechcic...

Zdarzało się jednak, że służące były traktowane jak członkowie rodziny. Stawały się doradczyniami a nawet przyjaciółkami pań domu. Były to jednak przypadki niezwykle rzadkie.

Polecam książkę "Służące do wszystkiego". Naprawdę warto ją przeczytać.

--------------------------------------------------------------------

Parę dni temu poszłam do Muzeum m.st. Warszawy aby obejrzeć  wystawę o warszawskich służących.


I zrobiłam kilka zdjęć:

                                

Kandydatki na służące musiały zarejestrować się i dostać zgodę odpowiedniego biura.


Powinny były dowiedzieć się, że mogą być przedmiotem handlu.


I że będą wykonywać pracę, której nikt nie widzi...


              I że nocą będzie je odwiedzał pan domu albo jego syn.

                          


Na koniec - dla relaksu, bo wystawa była smutna - zrobiłam dwa inne zdjęcia.  To jest widok na Rynek Starego Miasta z jednej z sal Muzeum Warszawy ...


                       A to na słynną uliczkę Kamienne Schodki


I jeszcze wzięłam sobie do wypełnienia taką książeczkę. Nigdy nie wiadomo - może kiedyś będę musiała zostać służącą? Oczywiście żartuję.

---------------------------------------------------------------

P.S. We wszystkie czwartki wstęp do Muzeum Warszawy jest bezpłatny. A jeśli chodzi o bilety to najlepiej kupić bilety roczny - można na niego wchodzić niezliczoną ilość razy i brać udział w wydarzeniach związanych ze wszystkimi wystawami w tym Muzeum.

czwartek, 13 stycznia 2022

Bracia

 Tekst ten dedykuję moim synom i wnukom 


Obydwaj bracia urodzili się w zwyczajnej drewnianej chałupie w rzeszowskiej dzielnicy Staromieście. Ten starszy w roku 1916, ten młodszy w roku 1920. Mieli jeszcze pięciu starszych braci i jedną siostrę, która była najstarsza z całego rodzeństwa. Ich rodzice byli ludźmi niewykształconymi.

Ten starszy już jako dziecko zaczął rzeźbić. A pierwsze popiersie wyrzeźbił w kamieniu, którym przygniecione było wieko beczki z kapustą. Do dzisiaj nie wiadomo jakich narzędzi do tego użył. Miał wtedy 14 lat.

Ten młodszy o 4 lata całe dnie spędzał na odgrywaniu różnych postaci z historii. Podobno stawał na środku pokoju, nakładał na siebie jakieś stare ubranie i był królem albo żebrakiem albo czarodziejem albo staruszkiem.

Ten starszy zdążył przed wybuchem wojny ukończyć Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie. Nie zdążył jednak pojechać na stypendium do Włoch.

Ten młodszy nie zdążył przed wojną pójść do Szkoły Teatralnej. Ale zaraz po wojnie grał w Rzeszowskiem Teatrze pod dyrekcją Kazimierza Dejmka i w towarzystwie Adama Hanuszkiewicza oraz wielu innych bardzo zdolnych amatorów. Po pewnym czasie zdał egzamin eksternistyczny w słynnej łódzkiej Filmówce.

Bracia bardzo się kochali. Ten starszy pomagał temu młodszemu. Ciągle pozostawał jednak w jego cieniu, bo dobrzy aktorzy szybciej stają się sławni i znani niż dobrzy rzeźbiarze.

Ten starszy pozostawił po sobie około 400 prac - rzeźb, pomników, płaskorzeźb, różnego rodzaju epitafiów a także  obrazów. Brał udział w rekonstrukcji pomnika Chopina w Łazienkach Królewskich. Stworzył wiele wspaniałych rzeźb, które znajdują się także za granicą kraju.

Ten młodszy stworzył ponad 600 ról teatralnych, przeszło 50 ról filmowych, ponad 100 w Teatrze Telewizji i słuchowiskach radiowych. Na emeryturze zaczął także malować obrazy.

Chociaż obydwaj byli bardzo utalentowani to nawzajem zazdrościli sobie tych talentów. Byli do siebie bardzo podobni nie tylko z wyglądu, ale mieli ten sam tembr głosu, nawet gestykulowali i używali tych samych sformułowań gdy coś opowiadali.*/

Nie ma już od dawna tych BRACI. Nie ma także tego domu, w którym się wtedy spotkali. I  nie wiem nawet kto zrobił to zdjęcie, które znalazłam w jednym z rodzinnych albumów.

---------------------------------------------------------------

*/ Zastanawiam się czasami czy wśród utalentowanych braci czy sióstr często występuje silny syndrom zazdrości i czy też są do siebie bardzo podobni. Jak myślicie?

wtorek, 11 stycznia 2022

"Sekrety Rzeszowa"

Zarówno na blogu jak i w swoich książkach wspominałam, że moi Rodzice pochodzili z Rzeszowa. Tam się urodzili w dzielnicy Staromieście, tam spędzili wczesną młodośc i stamtąd wyruszyli w Polskę. Ja też jestem z Rzeszowem związana bo spędzałam tam u jednej z babć wszystkie wakacje szkolne. A u jednej cioci mieszkałam nawet przez cały rok gdy miałam 8 lat. Mieszkałam wtedy w domu naprzeciwko Letniego Pałacyku Lubomirskich a do 2 klasy szkoły podstawowej chodziłam na ul. Chopina.

O Rzeszowie wiedziałam dużo głównie od mojej Mamy. No i do Rzeszowa nadal co pewien czas jeżdżę, bo tam ciągle mieszkają osoby, z którymi jestem związana więzami krwi.

Gdy pod choinkę wśród prezentów znalazłam tę książkę, ucieszyłam się niesamowicie. 


I zaraz następnego dnia zaczęlam ją czytać. I nie mogę się od niej oderwać. A jak się oderwę to czytam od nowa...

Są w Polsce miasta o których ludzie wiedzą dużo. Do takich należy Kraków, Warszawa, Gdańsk, Wrocław i kilka innych.

Są też takie o których nie wie się prawie nic. Albo jeszcze gorzej, bo z takich miast wiele ludzi często się śmieje np. z  Radomia. Albo mają o nich nienajlepszą opinię - tak jak o Białymstoku.

Rzeszów to miasto naprawdę bardzo mało znane.

Oczywiście nie mam zamiaru streszczać Wam książki, ale o kilku sekretach Rzeszowa napiszę. Jestem bowiem przekonana, że także nie wszyscy Rzeszowianie o nich wiedzą.

Zacznę od tego co jest mi bliskie:

1. Rzeszów został wyzwolony już 2 sierpnia 1944 r. Wokół miasta z reprezentacyjną ulicą zwaną Paniagą, fabryką lotniczą i łanami żyta na przedmieściach toczyła się jeszcze wojna gdy zaczęli do niego uciekać Kresowianie a także ci z zachodnich terenów. Wczesnią jesienią ogłoszono w Resovii czyli w Rzeszowie, zwanym też kiedyś Mojżeszowem albo Rajszą  utworzenie Teatru Narodowego.  I zaczęto do tego Teatru werbować młodych i  zdolnych. W tamtym roku przyszły słynny reżyser teatralny Kazimierz Dejmek miał 20 lat, Adam Hanuszkiewicz był jego rówieśnikiem, a mój stryjek Ignacy Machowski był o 4 lata starszy. Byli jeszcze inni uzdolnieni amatorzy. I oni wszyscy stworzyli w Rzeszowie pierwszy zawodowy teatr dramatyczny w wyzwolonej Polsce.

2. O podziemnym labiryncie Rzeszowa nie wiedział zupełnie nikt,  dopóki ludzie sami albo z ławkami na których siedzieli nie zaczęli nagle znikać. Ale to nie były żadne czary-mary tylko na rzeszowskim rynku zaczęła się zapadać nawierzchnia i ludzie nagle wpadali do piwnic. Piwnice miały od 60 cm do 10 metrów głębokości. Te najgłębsze 3-kondygnacyje powstawały od XIV do XVIII wieku. Kupcy rzeszowscy budowali je aby składować tam towary którym handlowali. Rzeszów leżał przecież na ważnym szlaku handlowym. 

W czasie wojny w tych piwnicach ukrywali się Żydzi.

Piwnice czy też podziemny labirynt odkryto po wojnie ale Rzeszowska Podziemna Trasa Turystyczna czyli 15 korytarzy i 25 piwnic powstała dopiero w latach 2001-2007. Można nią przewędrować pod ziemią cały Rynek.

3. W kamienicy nr 9 przy rzeszowskim Rynku urodził się w 1907 r. i mieszkał do wybuchu I wojny światowej Alfred Zinnemann, światowej sławy reżyser austriacko-żydowskiego pochodzenia, zdobywca czterech Oskarów,  twórca kultowych filmów takich jak "W samo południe", "Stąd do wieczności"czy "Dzień szakala". W jego filmach debiutowały takie sławy jak Marlon Brando, Montgomery Clift i Meryl Streep.

To tylko trzy sekrety Rzeszowa, a jest ich dużo, dużo więcej.

---------------------------------------------------------------

Książkę "Sekrety Rzeszowa" wydało Wydawnictwo "Księży Młyn". Wydaje mi się że każdy, kto w jakiś sposób jest związany z Rzeszowem powinien ją mieć, albo przynajmniej przeczytać.


niedziela, 9 stycznia 2022

Obraz symboliczny

W dniach od 9 września do 14 listopada 2021 w nowo wyremontowanych Stajniach Kubickiego w Łazienkach Królewskich w Warszawie można było obejrzeć monumentalne dzieło /3,5 metra na 6,4 metry/ autorstwa Jana Styki pt: "Przysięga Witolda".


Ekspozycja została zorganizowana z okazji 30 rocznicy wznowienia stosunków dyplomatycznych między Polską a Litwą.

Jeden z najsłynniejszych polskich batalistów - współtwórca "Panoramy Racławickiej" i twórca wielu scen historycznych i batalistycznych w malarstwie polskim namalował w ciągu roku w Paryżu, gdzie wówczas mieszkał dzieło wyjątkowe.

Obraz nawiązuje do zmagań z Zakonem Krzyżackim, zajmujących w historii naszych północnych sąsiadów miejsce szczególnie dramatyczne.

Obraz jest gloryfikacją księcia Witolda, wybitnego wodza i polityka, który na przełomie XIV i XV wieku silnie wpynął na historię Litwy i jej regionu. Na obrazie książę przedstawiony został w otoczeniu kilku czołowych przedstawicieli dynastii Giedyminowiczów, z której wywodzą się Jagiellonowie.

W tle widać płonący zamek w Kownie, uznawany za wrota do Litwy Środkowej, która wielokrotnie była atakowana przez Zakon Krzyżacki. Na tym tle książę Witold przysięga, że będzie walczył o niezależność państwa.

Książę Witold był stryjecznym bratem króla Władysława Jagiełły.

Obraz ma znaczenie symboliczne. Scena namalowana przez Jana Stykę jest historycznie niemożliwa z racji wieku jej bohaterów. Książę Witold /w środku/ miał prawdopodobnie wówczas kilka lat, a Władysław Jagiełło /po prawej stronie z podniesionym mieczem/ prawdopodobnie jeszcze się nie urodził. Krzyżacy zdobywali Kowno w roku 1362...

Obraz nie miał być jednak lekcją historii, nie taki cel przyświecał słynnemu malarzowi. Jan Styka w symboliczny sposób nawiązał do heroicznych walk Polski i Litwy z Zakonem Krzyżackim.

"Przysięga Witolda" Jana Styki jest dla Litwinów tym, czym dla Polaków jest "Bitwa pod Grunwaldem" Jana Matejki. Jest symbolem.

---------------------------------------------------------------------------

Ponad dwa miesiące temu udało mi się obejrzeć ten obraz w ciszy i w skupieniu, byłam bowiem wówczas jedyną osobą w pomieszczeniu w którym był eksponowany.

Moim cicerone był młody Japończyk. To znaczy Polako -Japończyk, który pod koniec swojej opowieści o obrazie i jego twórcy przeszedł na tematy prywatne.

I na moje pytanie jak to się stało, że pracuje w Łazienkach Królewskich powiedział że:

"jego mama jest Polką a tata Japończykiem, że urodził się w Warszawie, że skończył historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim, że niedawno ożenił się z Polką, ale odwiedza Japonię ale jest zachwycony Polską".

Rozmawialiśmy oczywiście po polsku.

I to była druga ciekawa historia jaką usłyszałam tamtego dnia w Łazienkach Królewskich.

-----------------------------------------------------------------

Zapraszam do Łazienek Królewskich. Tam zawsze w otoczeniu pięknej przyrody i zabytków mają miejsce ważne wydarzenia kulturalne.

P.S. Obraz "Przysięga Witolda" wrócił na Litwę do Kowna i jak dawniej zajmuje honorowe miejsce na wystawie stałej Muzeum Wojskowego im. Witolda Wielkiego. 

piątek, 7 stycznia 2022

5 x Wielka Brytania - z cyklu "Odkrywanie Europy"

 


                                                                 1. Londyn

Londyn jest stolicą Anglii i Wielkiej Brytanii. Miasto leży po obu stronach Tamizy w południowo-zachodniej części Anglii, 64 km od ujścia rzeki, pozostaje jednak największym portem Wielkiej Brytanii. Jest również wielkim międzynarodowym centrum handlowym i finansowym. Tower of London i Tower Bridge od dawna są symbolami miasta. Wzdłuż Tamizy położone jest Opactwo i Katedra  Westminsterska, pałac Buckingham, nowy Scotland Yard i National Gallery. Tutaj znajdują się również główne centra handlowe. Londyn, mimo dużego zagęszczenia ludności posiada wiele wspaniałych i rozległych parków. Ludność Londynu jest wielonarodowościowa i jej gusta kulinarne znajdują odzwierciedlenie w londyńskich restauracjach. Życie nocne Londynu jest niezwykle bogate. Słynne są przecież przeróżne londyńskie nocne kluby....

Londyn to trzecie /po Istambule i Moskwie/ miasto Europy pod względem ilości mieszkańców.

                                                  2. Rodzina królewska

Do brytyjskiej rodziny królewskiej należy Królowa Elżbieta II i jej bliscy krewni. Monarchia brytyjska jest najstarsza monarchią i pochodzi przynajmniej z połowy IX wieku. Królowa, która reprezentuje państwo jest głową Commonwelth /czyli Wspólnoty Brytyjskiej/ sił zbrojnych i kościoła anglikańskiego. Członkowie rodziny wspierają ją w tych zadaniach, reprezentując ją podczas ceremonii i wizyt....

Ostatnio dochodzi jednak do pewnych odstępstw i zawirowań w brytyjskiej rodzinie królewskiej...

                                                    3. Szekspir

William Shakespeare uważany jest często za najwybitniejszego dramaturga wszechczasów, a jego sztuki grywane są częściej i w większej liczbie krajów niż utwory jakiegokolwiek innego dramaturga. Wiele jego sztuk zostało sfilmowanych, a w głównych rolach wystąpili najsławniejsi światowi aktorzy. Narodowy poeta Anglii urodził się w Stratford-on-Avon a stworzył 38 sztuk, 154 sonety a także wiele utworów innego gatunku. Sonety zadedykował komuś, kogo nigdy nie wymienił z nazwiska.

                                                        4. BBC

.... czyli British Broadcasting Corporation ujrzała światło dzienne w 1922 roku. Na początku była to prywatna kompania, która po 3 latach przeszła do sektora państwowego i jest odpowiedzialna przed Parlamentem. To olbrzymia instytucja, która ma na celu głównie umacnianie reputacji Zjednoczonego Królestwa na całym świecie. Każdego tygodnia ponad 800 godzin emisji rozpowszechniane jest w jednej trzeciej w języku angieslkim, a w dwoch trzecich w 40 językach obcych. Aktualnie BBC posiada wiele programów radiowych i kanałów telewizyjnych. Plus oczywiście internet.

                                                       5. Beatlesi

Beatlesi są najpopularniejszą grupą rockową w historii muzyki. Czterej chłopcy z Liverpoolu czyli George Harrison, John Lennon, Paul McCartney i Ringo Star komponowali i śpiewali wspaniałe piosenki. Chyba nie ma nikogo na świecie, kto nie słyszałby o Beatlesach.

---------------------------------------------------------------------------------

To oczywiście tylko kilka spraw dotyczących tego państwa.

W Wielkiej Brytanii byłam trzy razy służbowo. Dwa razy w Londynie i raz w Ipswich. Były to krótkie i bardzo męczące wyjazdy, ale zdążyłam jednak w Londynie zwiedzić Tower of London, posłuchać w Hyde Parku mówców na Speaker,s Corner i zobaczyć zmianę warty przed Buckingham Palace... A na słynnej Oxford Street spotkałam koleżankę z którą kiedyś siedziałam w liceum w jednej ławce....

Spędziłam też tydzień w Edynburgu. Odwiedziłam wtedy Szalonego Geografa, który pojechał do Szkocji na pół roku.

------------------------------------------------------------------

A Wy jakie macie skojarzenia związane z Wielką  Brytanią?

środa, 5 stycznia 2022

Smutne

Dowiedziałam się, że koszt utrzymania więźnia w naszym kraju jest wyższy niż koszt utrzymania dziecka w Domu Dziecka. Mam nadzieję, że nikt nie pomyślał, że to prawidłowe, bo więźniem jest człowiek dorosły a dziecko to dziecko.


To jest wejście do jednego z Domów Dziecka w Warszawie. Specjalnie zrobiłam takie zdjęcie, żeby nie można było zobaczyć który to Dom. 

Po otwarciu furtki podeszłam do drzwi wejściowych i zadzwoniłam. Gdy po pewnym czasie w drzwiach pojawiła się jakaś pani to przekazałam jej dość dużą i ciężką torbę zawierającą książki dla małych dzieci, czyste zeszyty w okładkach ze zwierzątkami i postaciami z bajek i kilka gier planszowych. Powiedziałam, że moje dzieci już dawno są dorosłe a wnuki już nie czytają takich bajek. Dodałam, że drugą i trzecią torbę przyniosę w następnych dniach. Pani podziękowala mi z uśmiechem i powiedziała, że dzieci będą się bardzo cieszyły. A są w tym Domu dzieci najmłodsze, najstarsze mają sześc lat. Poprosiła abym przekazała "komu się da" żeby  niepotrzebnych książeczek dla dzieci nie wyrzucać do śmietników jako papier tylko po prostu przynieść do pierwszego z brzegu Domu Dziecka.  Dzieci z pewnością się ucieszą. Zostawiłam tej pani numer mojego telefonu. Zanim odeszłam zapytałam dlaczego jest tak cicho. A ta pani odpowiedziała, że w Domach Dziecka zawsze jest cicho. Bo dzieci się nie śmieją.

Gdy odchodziłam wróciły do mnie wspomnienia z Domu Dziecka w Konstancinie pod Warszawą w którym przez pewien czas mieszkałam jako kilkuletnia dziewczynka. Wprawdzie mieszkałam tam z Mamą, która była wychowawczynią,  ale doskonale pamiętam smutek tego miejsca.

Wspominałam o tym w tym tekście: 

http://stokrotkastories.blogspot.com/2018/12/wigilia-w-domu-dziecka.html

--------------------------------------------------------------------------

A żeby nie było za bardzo smutno to pokażę Wam dwa zdjęcia pięknego Rynku Nowego Miasta w stolicy. Zrobiłam je w drodze powrotnej. Ale one też chyba są smutne...



Działo się to przed południem 4 stycznia 2022 roku. 

Nie zapominajcie o dzieciach z Domów Dziecka - proszę Was. W tych Domach mieszkają dzieci, których naprawdę nikt nie chce. Chociaż może lepiej że są tam, niż miałyby być wyrzucone na śmietnik zaraz po urodzeniu.

poniedziałek, 3 stycznia 2022

Pamiętacie budki telefoniczne ?

 





Gdy na mojej ulicy Grottgera w warszawskiej dzielnicy Mokotów postawiono budkę telefoniczną tuż naprzeciwko wyjścia z klatki schodowej budynku w którym był mój dom rodzinny to wszystkie dzieciaki zbiegły się żeby ją zobaczyć. A chwilę póżniej ustawiła się do tej budki kolejka złożona głównie z tych dzieci. Każde trzymało w rączce pieniążek /to było 50 gr/ i usiłowało się potem do kogoś dodzwonić. Niektóre to nawet dzwoniły na numery których nie było. I potem dziwiły się że nie mogły z nikim porozmawiać.
Budka została postawiona na pasie zieleni, który oddzielał chodnik od jezdni. Zdarzało się że tuż koło budki zatrzymywał się jakiś samochód, wysiadał z niego jakiś mięśniak, odganiał wszystkich z kolejki i ustawiał się jako pierwszy. Wchodził, dzwonił i pytał: "Heniek/Zdzisiek/Józek? - to ty? Mówi się. To ja, no ja,no ja mówię, no nie wiesz kto mówi? No nie pamiętasz jak ci w mordę wczoraj dałem bo się przystawiałeś do mojej Ziuty? ......."  itp. itd... Taki mięśniak nie zamykał nawet drzwiczek od samochodu, bo w końcu nie planował dłuższego postoju w budce, tylko krótki monolog...
W lecie można było dokładnie usłyszać kto z kim i w jaki sposób z tej budki rozmawiał. Słyszało się też przekleństwa, walenie w aparat zawieszony na ścianie i kopanie w drzwi budki. Bardzo często zdarzało się, że aparat "połykał" monetę i nie łączył z numerem. Wtedy telefonujący dostawali szału, szczególnie jak nie mieli więcej monet. Co bardziej nerwowi urywali wtedy sluchawkę i wybijali nią szyby w budce telefonicznej. A potem kulturalnie kładli ją na póleczce pod telefonem albo na górze na telefonie.
Za każdym razem gdy schodziłam ze swojego drugiego piętra do tej budki, aby zadzwonić do koleżanki aby dowiedzieć się jaki jej na przykład wyszedł wynik w ostatnim zadaniu z matematyki, to wróżyłam sobie na palcach obydwóch rąk: 
1. Czy będzie sygnał w telefonie?
2. Czy automat będzie opróżniony z monet i będę mogła wrzucić swoje 50 gr żeby zadzwonić?
3. Czy słuchawka będzie urwana czy nie....
4. Czy jak się jednak dodzwonię to to nie będzie pomyłka...
5. Czy będzie coś słychać czy tylko buczenie...
6. 7,8,9,10...

Z czasem budki telefoniczne uległy modernizacji. Doszło nawet do tego, że niektóre budki telefoniczne miały własny numer telefonu i .... można było się wcześniej umówić na rozmowę telefoniczną. 
Trzeba tylko było o odpowiedniej godzinie przekonać stojącą przed budką kolejkę ludzi żeby przepuścili, bo że "teraz właśnie o godz. 11.11 ma do mnie dzwonić ciocia z Chrząszczyrzewa".
Tak się złożyło, że przez długi czas nie miałam telefonu w domu, więc wiele lat korzystałam z przeróżnych budek telefonicznych czy też aparatów zawieszonych na ścianach budynków. Czasami taka rozmowa nie miała najmniejszego sensu, bo była zagłuszana przez przejeżdżające tramwaje czy motocykle.
Od dawna nie ma już "mojej" budki na ul. Grottgera. Nie ma też żadnych innych budek czy automatów telefonicznych w miastach i na wsiach.
Sa telefony komórkowe bez których nie wyobrażamy sobie życia.
I są takie sytuacje, że ludzie dzwonią do siebie z jednego pokoju do drugiego w tym samym mieszkaniu.
A ja przed chwilą dzwoniłam do osobistego historyka będącego w drugim pokoju z pytaniem w której wojnie punickiej Hannibal użył słoni ...
-----------------------------------------------------------------------------
Reasumując - świat i ludzie nigdy nie byli normalni... 😀

Dlaczego młodzi odchodzą z kościoła?

Jest kilka tego powodów. I myślę, że to nic dziwnego, że odchodzą. I że poddają się apostazji. Sama znam kilka takich osób. Niedawno w jedne...