środa, 30 marca 2022

LEOPOLIS - część trzecia i ostatnia

                                                         Uniwersytet Lwowski

"Uniwersytet we Lwowie założył król Jan Kazimierz, przekształcając istniejące w mieście kolegium jezuickie w akademię. 

Politechnika Lwowska została wybudowana w latach 1873-1877 według projektu Juliana Zacharewicza. W okresie II  Rzeczypospolitej uważana była za najlepszą w kraju. W auli Politechniki znajduje się 11 obrazów Jana Matejki przedstawiających najważniejsze moment rozwoju cywilizacji.

Biblioteka Ossolineum. Ufundowana w XVIII wieku przez Józefa Maksymiliana Lubomirskiego instytucja świadczyła o wielkim znaczeniu Lwowa jako ośrodka kultury i nauki polskiej. Zgromadzono w niej druki, mapy, rękopisy, numizmaty i ryciny o wielkiej wartości. Były to głównie dary znanych rodów, np. Lubomirskich czy Pawlikowskich.

Lwowska Galeria Obrazów. Jest to największe muzeum malarstwa na Ukrainie. Oprócz dzieł zachodnioeuropejskich zawiera wielką kolekcję malarstwa polskiego. Można tu obejrzeć dzieła Grottgera, Malczewskiego, Chełmońskiego, Matejki, Wyczółkowskiego i wielu innych wybitnych polskich malarzy.

Hotel "George". Mieszkaliśmy w tym hotelu dwa razy. Budynek, w którym się znajduje, to też "kawałek" polskiej historii. Stacjonowali tu generałowie Józef Dwernicki i Józef Bem, mieszkał Józef Piłsudski. Z balkonu hotelu śpiewał do tlumu słynny Jan Kiepura.

Kawiarnia Szkocka. Przeszła do historii jako miejsce przedwojennych spotkań i dyskusji lwowskich naukowców, szczególnie matematyków, jak Stefan Banach. Pozostała po tych spotkaniach słynna Księga Szkocka zwierające zbiór zadań i problemów matematycznych zapisywanych w trakcie rozmów w kawiarni,

Wzgórza Wuleckie. To miejsce ma dramatyczna historię. W lipcu 1941 roku gestapowcy rozstrzelali tu około 45 osób - polskich profesorów z rodzinami - kwiat nauki lwowskiej. 

Perłą architektury lwowskiej jest niewielka, stojąca za Katedrą Łacińską Kaplica Boimów.

Katedra Ormiańska. To najpiękniejszy zachowany zabytek średniowiecznego Lwowa. Mozaika w kopule głównej świątyni jest dziełem Józefa Mehoffera.

Cerkiew Wołoska, Kościół Bernardynów i kościół Dominikanów, Czarna Kamienica na Rynku. To na pięknym lwowskim Rynku Józef Piłsudski przyjmował defiladę z okazji nadania miastu Orderu Virturi Militari.

I jeszcze Park Stryjski, w którym do dziś stoi pomnik słynnego szewca warszawskiego - Jana Kilińskiego. To w tym parku eksponowano kiedyś Panoramę Racławicką.

Panoramę Leopolis najlepiej oglądać z kopca Unii Lubelskiej znajdującego się na wzgórzu Wysokiego Zamku. To miejsce wybrali na swą twierdzę książę Danyło i jego syn Lew.

Przed wyjazdem z miasta usiedliśmy pod kasztanowcami na dawnych Wałach Hetmańskich czyli Prospekcie Swobody. Po prawej stronie mieliśmy pomnik Adama Mickiewicza, po lewej Operę Lwowską. Zmęczeni zwiedzaniem i niesamowitymi wrażeniami prawie nie rozmawialiśmy ze sobą. Siedząca koło nas pani w podeszłym wieku zapytała nas nagle po polsku:

 "Jesteście może z Gdańska?. Bo w Gdańsku stoi pomnik Jana Sobieskiego, ten sam, który stał tutaj... I jeszcze we Wrocławiu jest na rynku lwowski pomnik hr. Aleksandra Fredy. Widzieliście je??"

 Odpowiedzieliśmy że tak, bo znamy obydwa te miasta. 

"To pozdrówcie ich od starych Polaków ze Lwowa" - powiedziała smutno i odeszła powoli, opierając się na lasce. "

--------------------------------------------------------------------------------------

/Tekst "Leopolis" znajduje się w mojej książce pt: "Nadal wariuję" wydanej w roku 2016./

--------------------------------------------------------------------------

P.S.1. We Lwowie byliśmy przez 5 dni w roku 2006, a później przez 2 dni w roku 2008.

P.S. 2. Za wędrówkę po historii wyjątkowego miasta dziękuje Wam autorka na tle jego panoramy 


i w towarzystwie kilku lwowskich lwów...



Zdjęcia z roku 2006.

poniedziałek, 28 marca 2022

LEOPOLIS - część druga

 

Na zdjęciu odsłonięcie pomnika Adama Mickiewicza w dniu 30 pażdziernika 1904 r.

"Mijały wieki. Miasto Lwa bogaciło się, rozwijało, gromadziło wybitnych artystów i uczonych. Powstawały wspaniałe budowle. Każda epoka i styl pozostawiły we Lwowie wybitne ślady. Istnieją:  gotycka katedra łacińska, renesansowe kościół św. Andrzeja i Arsenał Królewski, barokowe kościoły Dominikanów i Jezuitów, orientalna katedra ormiańska, rokokowa cerkiew św.Jury, klasycystyczne kolegium Pijarów i słynne Ossolineum w style empire.

Historia miasta jest bogata, ale też tragiczna. Miasto doznało straszliwego pożaru, który w roku 1527 całkowicie zniszczył średniowieczną zabudowę. W wiekach XVI i XVII borykało się z najazdami Tatarów i Mołdawian, nastepnie dwukrotnie przeszło oblężenie wojsk Chmielnickiego. W czasie potopu szwedzkiego Lwów nie poddał się Szwedom, a w 1656 roku gościł wracającego z wygnania Jana Kazimierza. Następnie był najazd turecki, który miasto też przetrzymało, ale mieszkańcy zostali zmuszeni do zapłacenia dużego okupu. Parę lat póżniej 15-tysięczną ordę tatarską rozgromił król Jan III Sobieski na czele 4 tysięcy żółnierzy. I to był już ostatni okres pomyślności staropolskiego Lwowa. Potem nastąpiły rządy austriackie i miasto stało się stolicą Galicji. To oznaczało m.inn. niemieckojęzyczny Uniwersytet. Duży rozwój nastąpił dopiero w XX-lecie międzywojennym. W tym czasie Polacy stanowili 50% mieszkańców, Żydzi 30%, Ukraińcy 15%.

A 22 września 1939 roku do Lwowa wkroczyło sowieckie wojsko.

Lwów zwany miastem Wschodu i Zachodu ma w swoich murach wiele polskich symboli. Największym jest bez wątpienia Cmentarz Łyczkowski. Roman Marcinek w albumie "Kresy Wschodnie" napisał, że:

"Miasto Ojczyźnie zawsze wierne wytrzymało 7 ciężkich oblężeń i 21 najazdów, było też świadkiem wielu bitew stoczonych pod swymi murami. W 1918 roku wsławiło się zrywem patriotycznie nastrojonej młodzieży, owych Orląt Lwowskich. Ofiara złożona na ołtarzu miłości miasta i Ojczyzny z jednej strony przyozdobiła herb Lwowa krzyżem Virtutu Militari, z drugiej zaowocowała cmentarzem Orląt na Łyczakowie".

Ta nekropolia to galeria rzeźby i architektury cmentarnej umiejscowiona w malowniczym otoczeniu, gdzie pochowanych jest wiele ludzi wywodzących się z ówczesnej elity polskiej. Od innych tego typu miejsc odróżnia się dramatyczną historią.
Druga - polska część cmentarza - to wspomniany już Cmentarz Orląt - miejsce, na którym spoczywają wszyscy młodzi Polacy, którzy zginęli w obronie własnego domu - polskiego Lwowa. Do dziś miejsce jest rekonstruowane po zniszczeniach, których apogeum nastapiło w sierpniu 1971 roku. Wówczas czołgi sowieckie zrównały z ziemią groby obrońców, kolumnadę, Pomnik Chwały. Dewastacja była ogromna, dość wspomnieć, że przez teren grobów przeprowadzono drogę asfaltową.
Do dziś zbierane są datki na odbudowę Cmentarza Orląt na wszystkich cmentarzach w Polsce w Święto Zmarłych i Zaduszki.

Katedra Łacińska to dla Polaków miejsce szczególne. W niej król Jan Kazimierz złożył śluby, w któych zobowiązał się poprawić los chłopów... W tym czasie w Rzeczpospolitej nie było miasta godniejszego i kościoła bardziej szanownego do tak doniosłego ślubowania. Jak mówiła stara polska maksyma "Leopolis semper fidelis" /Lwów zawsze wierny/ - bo w czasie XVII-wiecznych wojen nigdy nie poddał się obcym wojskom. W katedrze zachwycają witraże wykonane według szkiców Józef Mehoffera, Jana Matejki i Teodora Axentowicza.
Wzruszenie sięgnęło zenitu nie tylko wtedy gdy usłyszeliśmy mszę odprawianą w języku polskim, ale też słowa, która wypowiedział do nas najczystszą polszczyzną zgarbiony staruszek, odżwierny, gdy opuszczaliśmy świątynię:
"Dziś już nie zdążycie wszystkiego obejrzeć, bo jest późno. Zamykamy już, proszę przyjść jutro z rana, bo trzeba całego dnia żeby wszystko zobaczyć".

Pomnik Adama Mickiewicza stanął na najsłynniejszym placu Lwowa w pięćdziesiątą rocznicę śmierci poety. Przetrwał wszystkie zawieruchy, do dziś stoi nietknięty. Na 21-metrowej granitowej kolumnie stoi postać poety wykonana z brązu. Nad jego głową widnieje figura uskrzydlonego geniusza z wieńcem wawrzynowym, na szczycie kolumny jest płonący znicz. Na froncie widnieje polski napis, z tyłu kartusz z herbem Rzeczypospolitej. Przy tym pomniku fotografują się wszyscy turyści niezależnie od tego, skąd pochodzą. 

Opera Lwowska. Na uroczystym otwarciu opery we Lwowie jesienią 1900 roku byli między innymi Henryk Sienkiewicz, Ignacy Paderewski i Henryk Siemiradzki. Ten ostatni był twórcą słynnej kurtyny przedstawiającej Parnas. Jedna z muz przedstawionych na kurtynie - Klio - trzyma otwartą księgę z napisem po łacinie, który mówi: - "Tak było, tak jest, czy zawsze tak będzie?". Budynek opery porównywany jest z tym z Paryża i przyćmiewa swą urodą krakowski Teatr Słowackiego."

/Był to następny urywek z mojej książki "Nadal wariuję"/
Tekst został napisany w roku 2013.

Zapraszam na część ostatnią w środę...

sobota, 26 marca 2022

LEOPOLIS - część pierwsza


Plan miasta z lat 30tych XX wieku

"Nie urodziłam się w tym mieście ani ja ani moi rodzice, ani moi dziadkowie. Najdalsze nawet korzenie nie wiążą mnie z tamtą ziemią. Mimo to - sercem jestem z nią.

Słynny kresowiak Jerzy Janicki takich ludzi, do których zaliczył przede wszystkim opolskiego historyka profesora Stanisława Nicieję, nazywał "adoptowanymi dziećmi Kresów". Myślę, że też jestem takim dzieckiem.

W tym mieście urodzili się, żyli, tworzyli lub zostali na zawsze słynni Polacy.

Słynny matematyk Stefan Banach, autor katechizmu polskiego Władysław Bełza, słynny podróżnik Benedykt Dybowski, poeta Seweryn Goszczyński, rysownik i malarz Artur Grottger, historyk Kamil Szajnocha, Maria Konopnicka, Maryla Wolska, Gabriela Zapolska.

Najbardziej znany lwowiak Marian Hemar tak pisał o mieście i Polakach w nim mieszkających:

"My jesteśmy z polskiej Florencji,

z miasta siedmiu pagórków fiesolskich.

z miasta muzyki, inteligencji

i najpiękniejszych kobiet polskich.

Z miasta talentów, ideałów,

świetnego renesansu,

wspaniałego baroku.

wież, katedr, kamienic,

my jesteśmy z miasta poezji

co się u nas rodziła na bruku

jakby kamień się zmieniał

w natchnienie...

Z wszystkich marzeń co nienasycenie

w sercu kwitły i lęgły się w głowie

pozostało to jedno marzenie

aby kiedyś umierać we Lwowie"

Jeszcze parę lat temu z niedowierzaniem wysłuchiwałam i czytałam opowieści starych ludzi, którzy musieli stamtąd uciekać. Zostawiali nie tylko swoje domy, ale też swoją młodość, radość, szczęście, całe swoje życie. Uciekali na zachód, jedni do Wrocławia, Szczecina, inni dużo dalej - jak Hemar - do Londynu. Zakładali nowe domy i spotykali się w nich głównie po to, by wspominać to najbardziej wyjątkowe z polskich miast. Niewyobrażalnie wprost za nim tęsknili. I zarażali tą tęsknotą swoje urodzone w nowych domach dzieci, wnuki, a także przyjaciół spoza Kresów.

W jednym ze swoich tekstów poświęconych temu miastu Jerzy Janicki pytał: "Cóż jest takiego niezwykłego w tym mieście, że na przestrzeni jego siedmiowiekowych dziejów same tylko superlatywy ściekały wprzód z gęsich, a później i coraz to wymyślniejszych piór dziejopisów, kronikarzy, letopisów i historiografów?"

Jak informują przewodniki są trzy główne przyczyny takiego postrzegania. Pierwsza - to wyjątkowy klimat, miasto to bowiem położone jest na tzw. Wielkim Europejskim Dziale Wodnym, druga - to bogata historia, i trzecia, najważniejsza - to ludzie. Ci wszyscy potomkowie Ormian, Piastów, Tatarów, Żydów, Niemców, Greków. Wołochów, a nawet Węgrów sprawili, że miasto na zawsze stało się różnobarwną mozaiką języków, wiar i obyczajów.

W polskim kartuszu herbowym miasta lew trzyma w prawej przedniej łapie trzy pagórki. Miało to symbolizować Lwów troisty, a więc trzy żyjące wówczas w mieście nacje, władanie trzech państw i trzy obrządki chrześcijańskie.

Założycielem grodu był książę halicko-wołyński Danyło. Było to około 1250 roku. Nazwa miasta pochodzi od imienia syna władcy - Lwa. Zostało założone na szlaku wędrujących z Orientu do Bałtyku karawan kupieckich. Ustanowiono w nim prawo, które nakazywało kupcom przez nie przejeżdżającym wystawianie w miejskich kramach wszystkich swoich towarów przez 14 dni. W ten sposób mieszkańcy zaopatrywali się w chińskie jedwabie i hinduskie diamenty, kość słoniową, wspaniałe kobierce, przyprawy i inne wspaniałości".

/Był to urywek z mojej książki pt: "Nadal wariuję" wydanej w roku 2016./

Ciąg dalszy nastąpi...

Uwaga: Tekstu "Leopolis", który powstał w roku 2013 nie należy traktować i rozpatrywać w kategoriach politycznych.


czwartek, 24 marca 2022

O czym nie napisałam - cykl "Moja Portugalia" - część piętnasta i .... ostatnia

 1. Nie napisałam o Lagos. A w tym mieście, pięknie położonym nad oceanem w krainie Algavre spędziliśmy dwa dni i dwie noce. To stamtąd pojechaliśmy na przylądki Sagres i Sao Vincente. To tam mieszkaliśmy w pięknym mieszkaniu z dużym tarasem na który ciągle przylatywały nam mewy. To w Lagos na jednym z centralnych placów na szczycie wysokiego komina znajduje się duże bocianie gniazdo .... na dodatek ciągle zamieszkałe.

To Lagos było pierwszym portem z którego wypłynęli nieustraszeni portugalscy odkrywcy. To w Lagos są piękne piaszczyste plaże i słynna Aleja Odkryć. Jednak spacer tą aleją był dla nas nieco męczący ze względu na bardzo silny wiatr.

Któregoś wieczoru razem z młodszym wnukiem zaczęłam obchodzić pomnik jakiegoś dziwnego osobnika /na zdjęciu/. Naokoło pomnika zostały namalowane kręgi i po tych kręgach kursowaliśmy w przeciwnych kierunkach. Gdy się mijaliśmy przybijaliśmy sobie piąteczki. Obeszliśmy tak pomnik kilkanaście razy śmiejąc się, że pewnie ktoś nas obserwuje i za chwilę nas zaaresztuje, bo zachowujemy się trochę dziwnie. I faktycznie - po kilku minutach z posterunku policji znajdującego się naprzeciwko pomnika wyszedł najpierw jeden policjant, po chwili drugi, potem trzeci. Ustawili się naprzeciwko nas i w milczeniu na nas patrzyli. Więc zatrzymaliśmy się, żeby nie stwarzać podejrzeń. A potem  przeczytaliśmy, że ten pomnik przedstawia Króla Sebastiana, który w roku 1573 podniósł Lagos do rangi miasta. Najwyraźniej policjanci przestraszyli się, że mamy zamiar wysadzić pomnik w powietrze.... Oczywiście żartuję...😀 A swoją drogą to do głowy by mi nie przyszło, że to jest pomnik króla...

2. W ciągu 9 i pół dnia przejechaliśmy wypożyczonym samochodem trasę z Porto do Lagos. Samochód oddaliśmy po przyjeździe do Lizbony. Ale po drodze mieliśmy wspaniałą jazdę, którą zawdzięczamy naszemu starszemu synowi i wspaniałych pilotów, czyli synową i młodszego syna. Po drodze zatrzymywaliśmy się w najciekawszych miejscach. A któregoś dnia zatrzymaliśmy się w takim pięknym miejscu. A że następna stacja benzynowa była dość daleko, więc te krzaczki okazały się dla nas zbawieniem i wielką ulgą w podróży...😁

3. Nie napisałam o samej podróży do Portugalii i z powrotem. A była ona niezwykle stresująca. Były to tygodnie tuż przed wybuchem wojny i czasy ciągle zmieniających się przepisów pandemicznych. Wszyscy mieliśmy potrzebne szczepienia i paszporty covidowe, bo takie były wymagania. Mieliśmy wylecieć do Porto z Krakowa w dniu 4 lutego o godz. 12tej. Ale dzień przed wylotem mieliśmy obowiązek sobie zrobić testy. I dopiero o godzinie 21-szej 3 lutego otrzymaliśmy wszyscy potwierdzenie, że jesteśmy negatywni. I dopiero wtedy mieliśmy pewność, że polecimy. Bo wynik pozytywny nawet jednej osoby z naszej Wspaniałej Siódemki przekreśliłby możliwość tej podróży. Nocą wyjechaliśmy do Krakowa... Oczywiście przy wylocie i po lądowaniu nasze paszporty covidove i wyniki testów były kilkakrotnie sprawdzane.

Gorzej było przy powrocie. Wracaliśmy przez Bergamo we Włoszech. A  z włoskich przepisów wynikało, że wnukom trzeba było zrobić ponowne testy. Zrobiliśmy je wieczorem dzień przed wylotem w Lizbonie. Na szczęście wynik był negatywny, ale nerwy związane z tym że: "co by było gdyby wyniki były pozytywne" były nie do opisania. Wnuki musiałyby pewnie razem z rodzicami zostać na kwarantannie w Portugalii.

A jak wylądowaliśmy w Bergamo to Włosi wcale nie sprawdzali naszym wnukom tych wyników... Oczywiście nas to wkurzyło, ale nie zdenerwowaliśmy się tym wychodząc z założenia, że najważniejsze są  prawidłowe wyniki... Podobnie było przy wylocie z Bergamo do Krakowa...

W środku nocy z 13-go na 14-go lutego wylądowaliśmy w Krakowie...Potem jeszcze trzeba było dostać się do Warszawy. Dwie godziny po przyjeździe do domu dzieci poszły do pracy a wnuki do szkoły. A dziadkowie poszli spać i odpoczywać...

4. Nie napisałam o wielu miejscach i wielu wydarzeniach. Nie pokazałam wielu zdjęć. A zdjęcia robiliśmy wszyscy, więc te, które Wam pokazałam są nie tylko moje.  Ale przecież nie można napisać i opowiedzieć wszystkiego...

5. Było jak w BAJCE....

------------------------------------------------------------------------------



A żeby nie było wątpliwości to przez prawie całą Portugalię  "przeciągnęła" Was dzielnie i dziarsko wędrująca Babcia Stokrotka. 
I wszystkim tym, którzy o tym przeczytali i na dodatek skomentowali serdecznie dziękuję.


KONIEC!!!!!!

I o czym ja teraz będę pisać???


poniedziałek, 21 marca 2022

Lizbona - /część druga/ - cykl "Moja Portugalia" - część czternasta

Zbliżam się do końca wspomnień z podróży mojego życia..


/Moje pamiątki i prezenty z Lizbony - obraz z lizbońskim tramwajem, czarny Tshirt i notesik./

Według pięknej legendy Lizbona powstała dzięki spotkaniu Odyseusza i nimfy Kalipso. Po wyjeździe króla Itaki zrozpaczona nimfa przybrała postać węża, którego sploty zmieniły się w siedem wzniesień....I na tych wzniesieniach powstało miasto.

W Lizbonie zamieszkaliśmy w lofcie, który składał się z części kuchenno-wypoczynkowej, łazienki i trzech małych sypialni. Było to miejsce wyjątkowo sympatyczne, nawet żałowaliśmy że nie możemy w nim pobyć dłużej w ciągu dnia. Ale piękne miasto nas wołało....

Zamieszkaliśmy w dzielnicy ALFAMA, która rozlokowała się na historycznym wzgórzu będącym początkiem Lizbony. To w tej dzielnicy narodziło się słynne portugalskie fado. Jego melancholijnych tonów mogliśmy posłuchać wieczorami, gdy wracaliśmy zmęczeni ale pełni wrażeń z wędrówek po mieście. Praktycznie w każdym zaułku obwieszonym suszącą się bielizną czy na każdym placyku Alfamy ktoś tęsknie śpiewał...

Jeszcze całkiem niedawno Alfama uchodziła za dzielnicę spelun, szemranych interesów i typów spod ciemnej gwiazdy. Ale od pewnego czasu jest oazą artystów, niewielkich lokali gastronomicznych i sklepików z ciekawym rękodziełem i pamiątkami.

Na szczycie Alfamy znajduje się zamek Św.Jerzego. Jest to budowla imponująca, na dodatek wieczorami pięknie oświetlona. 


Wśród murów tej średniowiecznej budowli archeolodzy znaleźli ślady Fenicjan, którzy ponad dwa tysiące lat temu mieli tu swą osadę o nazwie Alis Ubbo czyli Spokojna Przystań. Potem przyszli tu Rzymianie i Arabowie a potem władcy portugalscy, którzy od czasów króla Manuela czyli od I poł.XVI w. mieli tu swe siedziby. Pieniądze z handlu ze Wschodem a później wpływy z Brazylii i innych kolonii umożliwiły budowę nowych rezydencji królewskich - powstały pełne przepychu rezydencje w Belem i w centrum.
Następny dzień czyli 12 lutego spędziliśmy na wedrówce po Alfamie. Nasze dzieci, które juz w tym mieście były kilka lat temu, pokazywały nam panoramę Lizbony z różnych tarasów widokowych. 
Na jednym z takich tarasów piliśmy Vinho Verde, czyli młode, niedojrzałe wino. Butelkuje się je szybko po zbiorach winogron i równie szybko wypija. W świetle zachodzącego słońca wino to ma przepiękny zielonkawy kolor i wspaniały smak.

A obiad zjedliśmy w tramwaju nr 28. Był to lokal o wnętrzu prawie identycznym jak w słynnym lizbońskim tramwaju.





Wieczorem poszliśmy do dzielnicy Baixa czyli do Centrum. Tam podziwialiśmy przepiękne place ze wspaniałymi pałacami i pomnikami i dworzec Rossio. Ale największe wrażenie zrobiła na mnie umieszczona w wąskiej uliczce winda Św. Justyny. Łączy ona  Baixa z wyżej położoną dzielnicą Chiado. Jest to podobno najdroższa winda na świecie, więc woleliśmy wejść po schodach. Po drodze podziwialiśmy konstrukcję windy, która należy do najstarszych na świecie.
Tak wygląda ta winda i widoki z jej górnej części.





Do naszego loftu w Alfamie wracaliśmy późnym wieczorem słynnym lizbońskim żółtym tramwajem nr 28. Linia ta została zainaugurowana  w roku 1914 a jej długość to 7 km. Ten tramwaj to ikona Lizbony. Tramwaj przejeżdżał bardzo szybko w dół albo wspinal się  w górę wąskimi uliczkami Alfamy, tak wąskimi że co chwilę wydawało się nam że wjedziemy w róg budynku albo po prostu zakleszczymy się w wąziutkiej uliczce. W czasie jazdy można było dotknąć ręką budynków obok których  przejeżdżaliśmy. To była naprawdę niesamowita jazda...

Następnego dnia /13 lutego/ trzeba było wstać bardzo wcześnie. Był to dzień powrotu do Polski.

Będzie jeszcze jedna część...

/wszystkie zdjęcia można powiększyć/

piątek, 18 marca 2022

Lizbona - /część pierwsza/ - cykl "Moja Portugalia" część trzynasta

Uwaga: Jest coraz gorzej i beznadziejniej, więc jeszcze silniej uciekam do pięknych wspomnień. Mam nadzieję, że nikogo to nie dziwi i nie oburza...


W Lizbonie byliśmy najdłużej bo dwa i pól dnia. Ale wtedy byłam już tak zmęczona, że obawiałam się że nie wystarczy mi sił na zwiedzanie miasta o którym Fernando Pessoa - najsłynniejszy pisarz Portugali XX wieku tak napisał w "Księdze niepokoju":

"Nie znam kwiatów o podobnej różnorodności kolorów jak Lizbona w słońcu"

Zanim wjechaliśmy na wspaniały czerwony "Most 25 kwietnia" /Ponte 25 de Abril/ siedzący z przodu w samochodzie jako pilot wycieczki Szalony Geograf wysłał nam na messengera obrazek z napisem: "Uśmiechnij się, jesteś w Lizbonie" /zdjęcie na górze/.

Natychmiast zaczęłam się uśmiechać ...

Chociaż była mgła to już na moście i pod pomnikiem Chrystusa Króla zachwyciliśmy się widokiem Lizbony.





Zbudowana na siedmiu wzgórzach Lizbona leży na północnych brzegach Tagu, niedaleko jego ujścia do oceanu. Trudno o wspanialsze położenie...

Jak pisałam w jednej z poprzednich części tego cyklu - Lizbonę, która została stolicą kraju w 1256 roku  dotknęło w 1755 roku straszliwe trzęsienie ziemi. Udało się jednak odbudować wiele prawdziwych perełek tego miasta.

Ale już w wiekach średnich Lizbona była najzamożniejszym ośrodkiem kontynentu, co wywoływalo niezadowolenie Watykanu.

Zanim pojechaliśmy do Sintry /patrz poprzedni tekst/ odnależliśmy loft, który miał być naszym mieszkaniem na trzy doby i zostawiliśmy w nim bagaże.


Następnego dnia czyli 11 lutego pojechaliśmy metrem do dzielnicy Belem...Belem to po portugalsku Betlejem...

I tam zachwyciliśmy się trzema wspaniałościami:

Najpierw Pomnikiem Odkrywców, który powstał w roku 1960 w 500 rocznicę śmierci Henryka Żeglarza, który był inicjatorem wielkich wypraw portugalskich żeglarzy. Pomnik, którego projektantem jest Cottinelli Telmo, a rzeżby w wapieniu stworzył Leopoldo de Almeida ma wysokość 52 metrów. Centralne miejsce zajmuje Henryk Żeglarz w kapeluszu i z modelem karaweli w rękach, który jakby prowadził za sobą w dwóch rzędach najsłynniejszych podróżników, a więc Vasco da Gamę, Ferdynanda Magellana i innych. 

Jedyną kobietą w tym gronie jest Filipa Lancaster - matka Henryka Żeglarza. /druga postać w koronie od lewej/

Przed pomnikiem rozpościera się marmurowa mozaika zwana Obszarem Dobrej Nadziei. To poglądowa mapa świata informująca o odkryciach i podbojach korony portugalskiej na przestrzeni dwóch wieków.

Pomnik i otoczenie robią niesamowite wrażenie.

A nieco dalej na brzegu rzeki Tag znajduje się Torre de Belem czyli ozdobna wieża, która kiedyś służyła do przyjmowania morskich defilad i obrony kotwicowiska Lizbony. Została wzniesiona w I połowie XVI w i stała się nieoficjalnym symbolem miasta.

                     

A potem poszliśmy podziwiać zespół Klasztorny Hieronimitów, który uważany jest za najpiękniejszy zabytek sakralny Lizbony. Został on zbudowany na początku XVI w po pierwszej wyprawie Vasco da Gamy, który 8 lipca 1497 roku właśnie z tego miejsca odbił od nabrzeża czterema okrętami...

                                
                                            /wszystkie zdjęcia można powiększyć/

Ciąg dalszy o Lizbonie nastąpi...

środa, 16 marca 2022

Sintra - cykl "Moja Portugalia" część dwunasta

Uwaga: Od ponad dwóch tygodni cykl "Moja Portugalia" stał się moją odskocznią i ratunkiem. Nie jest niestety lekarstwem bo nie ma lekarstwa na wojnę...

------------------------------------------------------------------------------

Hiszpańskie przysłowie mówi że: "Oglądać świat, nie widząc Sintry, to jak oglądać świat, nie widząc w ogóle".

Natomiast portugalski dramaturg Gil Vincente powiedział że Sintra: "To ogród ziemskiego raju".

Przez wieki Sintra była inspiracją dla poetów i malarzy. Wprawdzie Lord Byron dostał się na Sintrę przypadkiem, bo nie dostał biletu na Maltę, ale w tutejszym hotelu napisał poemat w którym to miasto nazwał "cudownym Edenem"

Sintra to z pewnością najbardziej niezwykłe portugalskie miasteczko.

Zalesione wzgórza otaczające miasteczko Rzymianie nazwali "Księżycowymi". Podobno najbardziej księżycowo wyglądają o poranku, gdy spowija je mgła. 

Do Sintry pojechaliśmy późnym popołudniem. 

Czasu na zwiedzanie miasta mieliśmy zaledwie 2 godziny, bo wieczorem trzeba było oddać w okolicy lizbońskiego lotniska samochód, który wypożyczono nam w Porto na podróż po kraju. Był to siódmy dzień naszej portugalskiej podróży.

Sintra, której wzgórza były zamieszkane od IX wieku to przede wszystkim przepiękne "Centro Historico" i trzy wspaniałe pałace. Jeden z nich, Pałac Królewski, który powstał na fundamentach arabskiej konstrukcji znajduje się w centrum. Dwa pozostałe - Zamek Maurów i Pałac Pena usytuowane są na wzgórzach.

Zdecydowaliśmy się zwiedzić ten zamek, który był najwyżej. Dojazd był nieco utrudniony bo wszystkie drogi, które wiodły do niego były drogami krętymi, wąskimi i prywatnymi. Udało nam się jednak dojechać wreszcie do bramy głównej Palacio National da Pena.

"Architektura i wystrój pałacu Pena graniczą z szaleństwem" - tak to ujął historyk sztuki Florido de Vasconcelos.







                                                        
















Można też powiedzieć, że całość balansuje na granicy kiczu. Połączenie arabskich minaretów, gotyckich wież, renesansowych kopuł i manuelińskich okien z pewnością szokuje. Pałac pochodzi z epoki romantyzmu. W roku 2007 został uznany za jeden z siedmiu cudów Portugalii.

A Wy co myślicie o tym Pałacu?

                             

                  

Niewątpliwie piękny jest z pałacu widok na okolicę... 



                                         ..... i park, który otacza pałac...

Ciąg dalszy nastąpi...


Hanuś - moja Gaździnka

                                                                                                        Stanisław Wyspiański - "Portret...