czwartek, 29 listopada 2018

Kto był ojcem dziecka guwernantki?

                             Dla Anabell





Frycek, który miał wtedy 18 lat powiedział, że to nie on. I w ogóle był bardzo zawstydzony i mówił, ze nie bardzo wie o co chodzi.
Bo on wprawdzie pannę guwernantkę bardzo lubił i bardzo mu się podobała. Ale on z nią tylko spacerował po parku. Czasami długo, bo dobrze im się rozmawiało, ale to był tylko spacer.
Ojcem dziecka guwernantki okazał się być kto inny. Ale Frycek został ojcem chrzestnym maleństwa.
O dziecku potem słuch zaginął. Szkoda, bo gdyby okazało się że jest utalentowane to nie byłoby wątpliwości. Talenty się z reguły dziedziczy.
-----------------------------------------------------------------------
W neoklasycystycznym pałacu w Sannikach należącym do rodu Pruszaków Fryderyk Chopin gościł latem 1828 roku „dla polepszenia zdrowia”. Został tu zaproszony przez Konstantego Pruszaka który był wtedy jednym z najlepszych przyjaciół Fryderyka. Młodsza siostra Aleksandra zwana Olesią pobierała u niego lekcje gry na fortepianie.
Pobyt w Sannikach był bardzo owocny. Fryderyk ukończył tu prace nad Triem g-moll, a także zmienił powstałe wcześniej Rondo C-dur z utworu na fortepian w kompozycję na dwa instrumenty.
Grywał na specjalnie kupionym dla niego fortepianie. Tak przynajmniej twierdzą spadkobiercy rodu Pruszaków. To ten fortepian na zdjęciu. Mówi o tym tabliczka przymocowana nad klawiaturą.
----------------------------------------------------------------------
W ubiegła sobotę jadąc do Płocka zauważyliśmy tabliczkę z napisem Sanniki.
Skręciliśmy i zwiedziliśmy miejsce, które Jerzy Waldorf nazwał PLEBANIĄ. Bo ŻELAZOWĄ WOLĘ nazwał Jerzy Waldorf KOŚCIOŁEM. Wszystko to oczywiście w odniesieniu do Fryderyka Chopina.
------------------------------------------------------------------------
W Pałacu w Sannikach znajduje się Europejskie Centrum Artystyczne imienia Fryderyka Chopina. Odbywają się tu nie tylko wspaniałe koncerty fortepianowe światowej sławy wykonawców z towarzyszeniem recytacji poezji w wykonaniu wspaniałych polskich aktorów.
Odbywają się tu plenery artystyczne zakończone wystawami malarstwa, fotografii, rękodzieła artystycznego. Mają tu także miejsce spektakle teatralne a także koncerty skrzypcowe. Niedawno występowała tu słynna skrzypaczka młodego pokolenia Maria Machowska.

A pierwszy koncert fortepianowy odbył się w roku 1976. Utwory Fryderyka grała Halina Czerny-Stefańska. Był to jednak koncert z taśmy magnetofonowej. Pięć lat później słynna pianistka zagrała na żywo. A towarzyszył jej Wojciech Siemion, który recytował poezję.

Zwiedziliśmy pałac a potem poszliśmy do parku aby obejrzeć pomnik Chopina dłuta Ludwiki Nitschowej. Ale najbardziej zainteresował nas pomnik Frycka, którego od guwernantki dzielił fortepian.
Prawda, że fajny?

Tekst ten dedykuję Anabell, bo ona wie prawie wszystko. Więc może będzie też wiedziała kto naprawdę był ojcem dziecka guwernantki.???😏😊

wtorek, 27 listopada 2018

Miejsce kobiety jest w chlewie...


Prawdę mówiąc nie chce mi się o tym pisać.

No bo jak można spokojnie napisać o tym, że w niektórych miejscach na kuli ziemskiej kobieta jest traktowana jak zwierzę. I jest własnością mężczyzny. Jest rzeczą, którą mężczyzna może przekazać innemu mężczyźnie który jest jego gościem. Mongołowie mieszkający w jurtach nadal pytają gości: „A może przysłać wam żonę na noc?”
----------------------------------------------------------------
O tym o czym chcę napisać już dawno czytałam i słyszałam od osób które wędrują po najdalszych zakątkach naszego globu.
Na niektórych wyspach w Papui-Nowej Gwinei kobiety mieszkają razem ze świniami.
Dobrze przeczytaliście. Kobiety te mieszkają w chlewie. To znaczy od świń dzieli ich tylko drewniane przepierzenie. Tam te kobiety śpią, jedzą, rodzą i wychowują dzieci. Tam też umierają. Jeśli rodzi się chłopiec to po paru latach zabierają go mężczyźni do siebie. Jeśli dziewczynka – pozostaje w chlewie na całe życie.
Mówi wódz plemienia:
Kobieta ma trzy obowiązki: pracować w polu, rodzić i wychowywać dzieci i opiekować się świniami. A jej miejsce jest w chlewie, bo wtedy może się nimi opiekować dobrze".
Wódz zaznacza, że kobiety mają obowiązek bardzo dobrze opiekować się świniami. Bo świniami płaci się za kupno nowej żony. Im żona młodsza tym bardziej nadaje się do rodzenia dzieci. Za taką żonę to i 50 świń można zapłacić. /Nie muszę chyba dodawać że Papui-Nowej Gwinei panuje wielożeństwo.../
-----------------------------------------------------------------
Wiecie co w tym wszystkim jest najgorsze?
To, że te kobiety nie zdają sobie sprawy, że męźczyżni zrobili z nich zwierzęta i niewolnice. Są uśmiechnięte i wesołe.
I właściwie to nie ma się co dziwić. Bo przecież punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Bo przecież może być dużo gorzej. Mogą być z tego chlewa wygnane. I gdzie wtedy będą mieszkać? Mogą być zabite i zjedzone. Przecież w Papui-Nowej Gwinei nadal istnieje kanibalizm.
------------------------------------------------------------------
P.S. Czy wiecie o tym, że mamy dwudziesty pierwszy wiek???

A te stokrotki to dla wszystkich tych kobiet na świecie, których nie traktuje się na równi z mężczyznami.

niedziela, 25 listopada 2018

Mózg nie śpi czyli ... o spaniu będzie



1. Badania, które śledziły aktywność elektryczną w mózgu, wykazały, że umysł może być nawet bardziej aktywny podczas snu niż czuwania. Szczególnie w przypadku nowych doświadczeń w ciągu ostatnich 24 godzin lub po jakiejś poważnej życiowej zmianie.

2. Istnieje coś takiego jak „Zmora senna”. Jest to paraliż senny, który polega na niemożności wykonania jakiegokolwiek ruchu przy zachowaniu pełnej świadomości. Czasami towarzyszy mu uczucie ucisku na piersi i silny lęk. Paraliż senny występuje przy gwałtownym przebudzeniu /ake nie z powodu budzika/ lub zasypianiu. Przechodzi sam po kilku minutach. Najczęściej dotyka osoby w wieku 10-25 lat.

3. „Zryw miokloniczny” to krótkie skurcze mięśni pojawiające się w czasie zasypiania. Towarzyszy im czasem uczucie spadania, a skutkiem jest szarpnięcie i raptowne przebudzenie. Przyczyna takiej reakcji organizmu jest nadal nieznana. Na szczęście „zryw miokloniczny” nie jest groźny dla zdrowia.

4. Ogółem 12% ludzi śni sny czarno-białe, przy czym młodsi śnią sny niemal w kolorze, a wśród starszych rośnie odsetek tych, którzy mają sny niekolorowe. Wychodzi na to, że jestem bardzo młoda, bo ciągle śni mi się kolorowo, szczególnie jak to są horrory…

5. Podobno mężczyźni w 70% śnią o mężczyznach. Ale ja w to nie wierzę. Poza tym mężczyźni mają w snach więcej agresji. I w to już wierzę. Natomiast marzenia senne kobiet zawierają równą liczbę mężczyzn i kobiet. I to jest bardzo prawdopodobne.

6. Istnieją sny prorocze. Od 18% do 38% ludzi twierdzi, że mieli przynajmniej jeden sen, który się sprawdził. Mnie z reguły śni się na odwrót. Jak mi się śni, że będę miała piękny dzień, to zaraz po wyjściu z domu dostaję ochrzan od „naszej cieciowej” że znowu mnie w domu nie było a ona właśnie chciała mi przekazać pismo z administracji o podwyżce czynszu.

7. Istnieje coś takiego jak „rekord niespania”. Najdłużej bez snu wytrzymał w 1964 roku Randy Gardner, który nie spał 11 dni i 25 minut. Ciekawa jestem na którym jestem miejscu ze swoim niespaniem przez cztery doby…

8. W ciągu 5 minut po przebudzeniu zapominamy połowę swojego snu. Po kolejnych 5 minutach prawie wszystko. To ja się nie mieszczę w tych liczbach, bo mam sny, które pamiętam od dzieciństwa. No i mam sen, który mi się ciągle powtarza…: „Idę po cienkiej linie rozciągniętej nad jakąś przepaścią… no i oczywiście spadam… na szczęście budzę się zdziwiona w swoim łóżku a nie w jakimś dole”

9. Podobno nie śnimy nieznanych twarzy, tylko na przykład Hitlera albo Mao Tse Tunga. Często śnimy twarze ludzi z ekranów telewizyjnych lub filmowych. Setki tysięcy twarzy widzianych gdzieś w ciągu życia tworzy „bazę”, którą nasz mózg wykorzystuje i wybiera w odpowiednim momencie. Mnie ostatnio śnił się Janusz Gajos z TEGO filmu. Koszmar to był, chociaż bardzo cenię tego aktora.

10. Ludzie są jedynymi ssakami, które dobrowolnie, a nawet chętnie opóźniają moment zaśnięcia.
Mnie to nie dotyczy, bo potrafię opuścić najwspanialsze nawet towarzystwo i pójść spać jak mi się spać zachce. Na szczęście robię to tylko we własnym domu, a cała reszta stara się nie zauważyć tego faux pas.

11. Drzemka w ciągu dnia poprawia koncentrację, pamięć i umiejętność twórczego rozwiązywania problemów. Zmniejsza stres i ryzyko chorób serca. Idealna drzemka powinna trwać 30-60 minut.
Dla mnie drzemka to idealny wynalazek. W ciągu dnia często „przesypiam się z jakimś problemem”, potem budzę i mam gotową receptę … prawie na wszystko.
No i kto zabroni babci spać w ciągu dnia? Nie ma takiego odważnego.

A jak tam u Was z tym spaniem????
-----------------------------------------------------------

Z okazji kolejnych 18-tych urodzin dostałam od koleżanki, którą znam od 4 klasy szkoły podstawowej takie śliczne skarpeteczki. Jak widzicie skarpeteczki są na każdy paluszek.... bo mnie paluszki okropnie w nocy marzną...To znaczy teraz mi już nie marzną.
A przy okazji dziękuję Wszystkim, którzy o mojej kolejnej OSIEMNASTCE pamiętali.

piątek, 23 listopada 2018

W krainie Łemków /V/ - "Bulgotka" i "Dychawka"

-To może po obiedzie pójdziemy obejrzeć ten wulkan? - zapytała babcia. - Tylko będziemy musieli uważać, bo tam jest bardzo dużo dwutlenku węgla i podobno przy nim nawet owce zdychają. W każdym razie nie ma tam żadnych much i robali bo nie dają rady tam wyżyć. No i nie będziemy mogli za bardzo się schylać żeby usłyszeć jak ziemia oddycha. Ale to dobrze, bo mnie ciągle ten kręgosłup boli…

- Jaki wulkan? Co ty opowiadasz? – zdenerwował się dziadek. - A ile ty dzisiaj zabiegów miałaś?

- Już wszystkie, to znaczy pięć. To idziesz tam ze mną po obiedzie, czy mam iść sama? I paść tam jak ta „sierotka marysia jakaś”. I nikt nawet nie będzie wiedział gdzie padłam bo to jest 5 kilometrów od wioski… I z mapy wynika, że szlak jest tam jakiś taki poplątany.

- Ale to tak zaraz po obiedzie? Nie dasz mi nawet trochę odpocząć tylko od razu mnie pogonisz???

- Musimy wyjść wcześniej, bo przecież nie znamy drogi. No i teraz robi się wcześniej ciemno. I żeby nas jakieś dzikie zwierzęta nie dopadły… I od tej szosy to też ze trzy kilometry jest w jedną stronę.

- No przecież sama mówiłaś, że tam nie ma zwierząt bo padają przy tym wulkanie. Żebyśmy tylko my nie padli ze zmęczenia. A wysoki ten wulkan?

- No coś ty… z przewodnika i mapy wynika, że do tego wulkanu to raczej w dół trzeba schodzić. A najpierw przejść mostkiem nad potoczkiem – bredziła babcia.
-----------------------------------------------------------------------
No i poszli. To znaczy najpierw pojechali jakimś busikiem. Ale wysiedli za daleko, więc tym samym busikiem wrócili w to miejsce, w którym powinni byli wysiąść godzinę przedtem. Potem szli przez jakieś pole do drugiej szosy. I dopiero tam znaleźli ten mostek.
                                  
I te tabliczki.
                              
                                   
   
"Mofeta to rodzaj ekshalacji wulkanicznych.  Największym i najwydajniejszym obiektem tego typu w Polsce pod względem ilości wydobywającego się gazu jest mofeta usytuowana na dnie bagnistego potoku Złocki w Jastrzębiku w pobliżu Muszyny. Stanowi pomnik przyrody nieożywionej o rodowodzie wulkanicznym. To miejsce, gdzie ze szczelin w ziemi z charakterystycznym odgłosem wydobywa się dwutlenek węgla. Położona jest na obszarze tektonicznie związanym z licznymi uskokami skalnymi. Dzieki specyficznej budowie na powierzchnię wydobywa się gaz pochodzący z bardzo głębokich stref skorupy ziemskiej. Mofeta ta została znaleziona w roku 1938 przez prof. Henryka Świdzińskiego - geologa z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie i dla uhonorowania swojego odkrywcy nosi jego imię."

 



Największy otwór w ziemi nazwano "Bulgotką" i postawiono nad nim daszek.
"Bulgotka" to taka szczelina wypełniona wodą, która wydaje wyraźnie bulgoczący odgłos.


                                       A "Dychawka" to z kolei suchy otwór z którego wydobywa się czysty gaz wydając przy tym szeleszczący odgłos. Ta "Dychawka" /jak twierdzą geolodzy/ - to prawdziwy odgłos Ziemi.

Jest także w Mofecie ocembrowany wypływ naturalnej wody mineralnej /zwanej szczawą żelazistą/:

Na "wulkanie" babcia z dziadkiem byli 8 pażdziernika 2018 roku. Nikogo oprócz nich tam nie było. Ani żadnej owcy, ani psa z kulawą nogą ani żadnego robala. A następnego dnia wyjechali z leżącej w Krainie Łemków Muszyny, w której przez trzy tygodnie rehabilitowali kręgosłupy i inne części ciała. Że o systemie nerwowym nie wspomnę...
-------------------------------------------------------------------------------------
P.S. Dziadek przeprasza, że nie nagrał tych bulgotów w "Bulgotce" i tych dychań w "Dychawce" ale babcia nie pozwoliła mu się za bardzo schylać...
-------------------------------------------------------------------------------------
A o Krainie Łemków autorka jeszcze nie raz będzie nudzić...


środa, 21 listopada 2018

"Spokojne mistrzostwo"

Tymi właśnie słowami określił Wiesława Myśliwskiego i Jego twórczość dziennikarz kulturalny Jacek Wakar 

Zdjęcie jest bardzo słabej jakości, więc trudno Wam będzie uwierzyć...Pstryknęłam komórką z ukrycia, bo organizatorzy bardzo prosili aby nie nagrywać i żeby wyłączyć komórki.
Ale przysięgam na miłość do swoich dzieci i wnuków, że druga osoba od prawej strony /siedząca przy stole/ to Wiesław Myśliwski. Natomiast pierwsza osoba od lewej strony, zaraz za panem nagrywającym spotkanie to Jerzy Radziwiłłowicz.

Kolejność była taka:

1. Na początku października Młodszy zapytał mnie esemesem co chciałabym dostać od niego na imieniny. Odpowiedziałam, że ostatnią, ciepłą jeszcze książkę Wiesława Myśliwskiego.

No i ją dostałam. I zaczęłam czytać. Ale powoli. Jedną, dwie strony dziennie. Bo książek tego pisarza nie da się czytać szybko. Każde słowo, nawet najzwyklejsze ma tam wiele znaczeń. Bo jest to książka o życiu.


2. Pod koniec października otrzymałam z Klubu Księgarza mailową informację, że w dniu 7 listopada o godzinie 17.00 w siedzibie klubu na Rynku Starego Miasta odbędzie się spotkanie z autorem tej książki w związku z przyznaniem jej tytułu Książki Pażdziernika 2018.

Więc przełożyłam wszystkie ważne sprawy jakie miałam zaplanowane na to popołudnie, nawet wizytę u bardzo dobrego lekarza.

Poszłam.

Usiadłam cichutko w najciemniejszym kąciku.
Nie będę pisać kto siedział koło mnie i jak znakomite towarzystwo było na sali.
I tak mi nie uwierzycie.
Ale i tak najważniejszy był Pan Wiesław Myśliwski....
...który powiedział że:

„… tak właściwie to on nie ma nic do powiedzenia”
„… bo woli żeby jego goście mówili i pytali’
„ … bo tak naprawdę to napisanie książki przychodzi mu z wielkim trudem”
„…. i każdą książkę pisze kilka lat… i ciągle zmienia to co napisał”
„… i nigdy nie jest z niej zadowolony”
„…. i że jak już książkę skończy i odda do wydawnictwa to potem jeszcze ciągle wydzwania do redaktora i prosi żeby wiele rzeczy w tekście zmienić”
„ … a przy tej książce to nawet jeszcze dzwonił do drukarni prosząc o zmianę kilku słów”
„… i właściwie to nie wie o czym są jego książki”
„… i że jego pisanie wywodzi się z literatury chłopskiej. Ale nie z tej literatury pisanej, bo takiej nie było, tylko z tej literatury mówionej…. Bo bardzo lubił jako dziecko i młodzieniec słuchać jak opowiadali starzy, prości, niepiśmienni ludzie...”
A wszystko od lat pisze ołówkiem typu HB. I że jak kiedyś na jakimś spotkaniu o tym powiedział to otrzymał parę dni później paczkę z tymi ołówkami. Ale nie bardzo wie od kogo był ten prezent”
Gdy jako ostatnia z kolejki podeszłam do stolika przy którym Pan Myśliwski podpisywał książkę usłyszałam:
- Komu mam wpisać?
- Jadwidze – odpowiedziałam.

Spotkanie zakończyło się życzeniem wszystkich gości aby następne  odbyło się za rok w tym samym miejscu w związku z przyznaniem Panu Mysliwskiemu Nagrody „Nike” za tę książkę.
Byłaby to trzecia nagroda, bo dwie /za „Widnokrąg” i za „Traktat o łuskaniu fasoli”/ już otrzymał.
O samej książce nie napiszę zupełnie nic. Może tylko to, że jest to książka o przemijaniu, o pamięci i o różnicach między pokoleniami.
Wydaje mi się, że każdy inteligentny człowiek powinien ją przeczytać.
Bo tak się składa, że pisarz, który wywodzi swoje pisarstwo ze żródeł chłopskiego doświadczenia pisze dla prawdziwej inteligencji.
A czym jest Ucho Igielne też przecieź wiecie.
Ja tylko dodam że jest to też wąska furtka w murach Sandomierza, z którym Pan Myśliwski jest nierozerwalnie związany.  I ta furtka jest w tej książce symbolem komunikacji między młodym i starym człowiekiem.
Urywki z książki "Ucho igielne" czytał Pan Jerzy Radziwiłłowicz. 
I to była dodatkowa uczta intelektualna.

poniedziałek, 19 listopada 2018

Ostatnie słowa sławnych ludzi

                                                              Akeksander Wielki
1. Aleksander Wielki: „Umieram wśród zbyt wielu lekarzy”.

2. Nostradamus: „Nie zastaniecie mnie żywym o świcie”

3. Marco Polo: „Przyjaciele, nie zapisałem nawet połowy rzeczy, które widziałem”.

4. Leonardo da Vinci: „ Obraziłem Boga i rodzaj ludzki, ponieważ moja praca nie osiągnęła jakości, jaką powinna posiadać”.

5. Gustaw III: „Krótki odpoczynek zrobi mi dobrze”

6. Napoleon Bonaparte: „Francja, armia, Józefina”

7. Henryk III Walezy: „Chyba mnie zabił”.

8. Ludwig van Bethoven: „Klaszczcie. Komedia skończona”

9. Karol Darwin: „Przynajmniej nie boję się umierać”.

10. Winston Churchill: „Już mnie to wszystko potwornie nudzi”.

11. Humprey Bogart: „Nie powinienem był przerzucać się ze szkockiej na martini”


                                                Humprey Bogart

Niektóre „ostatnie słowa” wręcz rewelacyjne – prawda? Najlepsze pierwsze i ostatnie...
---------------------------------------------------------------
A ja to pewnie jako zwykły człowiek powiem coś takiego: "No nareszcie mnie ten głupi łeb przestanie boleć..."

---------------------------------------------------------------

Ale jeszcze nie mówię ostatniego słowa.

Muszę jeszcze trochę ponudzić na blogu i podręczyć Was swoimi tekstami.


Bo dzisiaj mija DOPIERO 7 lat odkąd zaczęłam prowadzić blogi.


Więc dziękuję Wszystkim za obecność i za komentowanie. 


Szczególnie tym osobom, które są ze mną od 19 listopada 2011 roku.

A więc Notarii, Czesi, mascekropce, gordyjce, JanToniemu, Joannie - Joter, Anuli...
Jeśli nie wymieniłam tych "najstarszych" to przepraszam i proszę żeby się ujawnili.

WSZYSCY JESTEŚCIE WSPANIALI !!!


sobota, 17 listopada 2018

30 - ty Bieg Niepodległości w Warszawie



Jak co roku tak i tym razem mój Młodszy*/ brał udział w 10 kilometrowym Biegu Niepodległości w Warszawie. Brał udział w tym Biegu po raz 17-ty.

11 listopada 2018 roku wbiegł na metę jako 4516 uczestnik.
Bieg ukończyło 16986 osób. Zwycięzca przebiegł całą trasę w 29 minut i 38 sekund. Ostatnia osoba dobiegła do mety po 2 godzinach 5 minutach i 44 sekundach.

W Biegu Niepodległości uczestniczyli nie tylko Warszawiacy i nie tylko Polacy. I nie tylko młode osoby. Młodszy wystartował między innymi w towarzystwie swojego nauczyciela z liceum i jego rodziny. Potem każdy z nich biegł swoim tempem. Nie jest bowiem najważniejszy czas i lokata. 

Najważniejsze jest samo uczestnictwo w tym Biegu.

Ale tak się złożyło, że tym razem Młodszy osiągnął życiowy rekord...tzn. 10 kilometrów w 48 minut i 57 sekund.

Został sfotografowany w momencie gdy podniósł flagę do góry.
Zdjęcie umieścił na FB.

Ktoś z komentujących napisał:

"To taki symbol Polski bez głowy ale z flagą".
-------------------------------------------------------------

Wierzę, że Wasze komentarze - jak zwykle - będą na wysokim poziomie.
-------------------------------------------------------------

*/Młodszy nie jest absolwentem AWF-u.

czwartek, 15 listopada 2018

Krzyżacy, dinozaury, panda wielka, lipicany i król Jan III Sobieski

                                                                            Dla Anabell i dla Vulpiana

-To chcecie jechać do Berlina czy do Wiednia? - zapytała Babcia gdzieś tak w marcu tego roku. Bo Szczerbaty zaczął się uczyć niemieckiego, więc Babcia wymyśliła, że dobrze byłoby żeby się chociaż w naturze trochę z tym językiem osłuchał. No i Babcia od razu poinformowała, że zostawią go gdzieś w centrum miasta i będzie sam musiał się dopytać po niemiecku jak trafić do hotelu.


- Do żadnych hitlerowców nie będę jechał – oburzył się 14-letni Szczerbaty, który akurat przerabiał agresję Niemców na Polskę we wrześniu 39 roku.
- A mnie to jest wszystko jedno – stwierdził 10 letni Pytalski. - Bo ja się jeszcze historii nie uczę.


- To może teraz pójdziemy do Krzyżaków? – zaproponował dziadek-historyk jak już wszystko zwiedziliśmy w Hofburgu i nogi zaczęły nam się plątać ze zmęczenia.

- Do tych z którymi walczyliśmy pod Grunwaldem? No ale my ich wtedy pokonaliśmy, to ich już dawno nie ma – roześmiał się Szczerbaty.

- Ja bym wolał obejrzeć pandę wielką albo dinozaury – stwierdził zdecydowanie Pytalski - bo ja jeszcze nic nie wiem o żadnych Krzyżakach.

- A może pójdziemy zobaczyć jak tańczą lipicany.? Bo to są bardzo piękne i zdolne konie – zaczęła babcia… ale nikt jej nie słuchał.

W czasie długiego majowo- czerwcowego weekendu wybraliśmy się do Wiednia. Nie mogliśmy jednak niestety w ofertach biur podróży znaleźć żadnej wycieczki dla dzieci /bo przecież to jeszcze był rok szkolny/ więc dołączyliśmy do normalnej wycieczki dla dorosłych.

Ale już pierwszego dnia …. jak nas „przeciągnęli” przez Kryptę Cesarską, w której musieliśmy obejrzeć 149 grobowców Habsburgów /począwszy od sarkofagu Marii Teresy a skończywszy na sarkofagu cesarzowej Zyty/ zdecydowaliśmy, że odłączymy się od wycieczki i będziemy zwiedzać Wiedeń sami. 
Taki Wiedeń, który zainteresuje dzieci.

I rzeczywiście zaczęliśmy od zwiedzenia Siedziby Zakonu Krzyżackiego.


Uwaga: Teraz będę ględzić!!!!

Krzyżacy nadal istnieją.!!!!! A siedziba Wielkiego Zakonu znajduje się właśnie w Wiedniu przy Singergasse.
Obecnie Wielkim Mistrzem Zakonu nie jest już .... Ulrich von Jungingen tylko pochodzący z Południowego Tyrolu Bruno Platter.

Zakon jest zgromadzeniem elitarnym i liczy obecnie tylko 87 braci, 150 sióstr oraz ok. 700 przyjaciół.

W Polsce Krzyżacy kiedyś okropnie narozrabiali. Zaproszeni do nas przez księcia Konrada Mazowieckiego w misji chrześcijańskiej stworzyli własne państwo w naszym państwie. 
A to statki ze zbożem przejęli, a to Danuśkę porwali, a to Juranda ze Spychowa okaleczyli i oślepili, a to całą Jurandową osadę spalili.

No i skończyło się Bitwą pod Grunwaldem i tymi dwoma nagimi mieczami.

Tymczasem od bardzo już dawna dewizą Krzyżaków jest "leczyć i pomagać", bo sam Zakon wyszedł z tzw."zakonu szpitalniczego".

Pierwszy lazaret prowadzony przez Krzyżaków powstał w Akce na Bliskim Wschodzie przeszło 800 lat temu. 
W 1929 roku Zakon stał się instytucją charytatywną. Zaczął prowadzić sierocińce, hospicja, domy starców, domy studenckie, przytułki dla osób niepełnosprawnych. Obecnie jest nawet liceum i szkoła przedszkolanek na Słowacji. A także Konserwatorium Muzyczne w Opawie na Morawach. Zakon działa też w Niemczech i jako największa tego rodzaju instytucja zajmuje się leczeniem narkomanów.

Rycerze zakonu żyją bardzo skromnie a i nikt już nie pamięta o białych opończach na których jest naszyty czarny krzyż.

W kościele Zakonu umieszczono herby rodów związanych z Krzyżakami.




Następnego ranka popędziliśmy do Muzeum Historii Naturalnej aby obejrzeć dinozaury. Przyszliśmy za wcześnie, więc czekaliśmy na progu pod drzwiami.

I tam Babcia zażyczyła sobie, żeby jej zrobić zdjęcie przy nóżce największego dinozaura. Więc młodszy wnuk jej zrobił i potem podobno pokazywał wszystkim kolegom w szkole. To znaczy tę nogę. Bo przecież nie Babcię.

A ogromnych szkieletów dinozaurów to Wam nie pokażę, bo mi się na stronie nie zmieszczą…. W każdym razie Pytalski, który jest w wieku zwierzątkowo-dinozaurowym narobił tych zdjęć jakieś … kilka tysięcy.

Potem poszliśmy do najstarszego Ogrodu Zoologicznego na świecie. Do tego, w którym cesarz Franciszek-Józef sobie siedział, kawkę popijał i zwierzętom się przyglądał. A przed nim to jeszcze inni władcy to robili, bo już w 1716 roku książę Eugeniusz Sabaudzki założył w tym miejscu prywatną menażerię. A pierwszy słoń to pojawił się w Wiedniu już w 1552 roku.
Ogród nie jest duży, ale naprawdę żyją w nim rzadkie okazy.
Spotkała nas tam przygoda. Konkretnie spotkała ta przygoda Pytalskiego, w którego słoń rzucił własnymi podsuszonymi odchodami.  No może nie dokładnie w niego, tylko tuż obok...
W każdym razie Pytalski ciągle mnie pyta: „Pamiętasz babciu jak słoń we mnie rzucił kupą?”
Ale największą sensacją to była PANDA WIELKA, która nas całkowicie zlekceważyła i nawet się nie ruszała jak ją fotografowaliśmy i prosiliśmy żeby przynajmniej jedną nogę podniosła...

A na koniec poszliśmy w pobliże stajni przepięknych białych koni lipicanów. To te konie, które tańczą w specjalnej sali w Hofburgu.
Nie udało nam się niestety załapać na pokaz tych tańców, bo bilety były bardzo drogie, no ale  te widoki wynagrodziły nam ten żal i smutek.


A następnego dnia pojechaliśmy na Wzgórze Kahlenberg skąd obejrzeliśmy panoramę Wiednia i nasłuchaliśmy się opowieści jak to król Jan III Sobieski pogonił Turków…
Ale o tym to poględzę może innym razem.




wtorek, 13 listopada 2018

Moje tragiczne miasto

Każdego 1 listopada gdy wychodzimy z Cmentarza Wolskiego od jednego z pradziadków naszych wnuków a dziadka naszych dzieci zapalamy znicze przy pomniku „Polegli-Niepokonani”. 
Pomnik ten znajduje się na terenie Cmentarza Powstania Warszawskiego. 
Stworzył go wybitny rzeźbiarz Gustaw Zemła.

Pomnik, który przedstawia umierającego ale trzymającego tarczę żołnierza z rozciętą piersią zawsze jest otoczony palącymi się zniczami.

Na kamiennej tablicy w pobliżu pomnika umieszczono informację,że jest tu cmentarz 104 000 /STU CZTERECH TYSIĘCY/ WARSZAWIAKÓW POLEGŁYCH /ZAMORDOWANYCH/ W CZASIE POWSTANIA WARSZAWSKIEGO. GŁÓWNIE MIESZKAŃCOW WOLI.

Wokół pomnika znajduje się 177 zbiorczych mogił. Przewodniki podają, że zawierają 12 ton ludzkich prochów...


Naprzeciwko znajduje się Aleja Pamięci. Białe słupy pamięci pokryte są napisami. Te napisy to imiona i nazwiska ludzi, którzy zginęli w czasie Krwawych 63 Dni.

1 listopada tego roku na jednym ze słupów przeczytałam swoje imię i /panieńskie/ nazwisko:

Jadwiga Machowska urodzona 12.10.1902 roku, urzędniczka zamieszkała w Warszawie przy ulicy Kopernika 31/8 zginęła w dniu 31 sierpnia 1944 roku na Rynku Nowego Miasta 2 pod gruzami Kościoła ss. Sakramentek….."

Chyba się nie dziwicie, że długo stałam przy tym słupie...



______________________________________________________________________________


Ale... przecież we wstępie do swojej ostatniej książki „Moje warszawskie zwariowanie” tak piszę: "...tu się urodzilam i tu całe życie mieszkam. I tu z pewnością pozostanę na zawsze. .... Bo Warszawa jest moją największą miłością".
Obym tu pozostała na zawsze bo taka jest kolej rzeczy. 
A nie dlatego, że zabije mnie wróg...

Książkę zadedykowałam swoim wnukom. To te dwa chłopaczki, które studiują znajdującą się przy Barbakanie makietę Warszawskiej Starówki.


Planuję zlecić kolejny dodruk książki.*/ Więc gdyby jeszcze ktoś z Was był zainteresowany zakupem proszę o kontakt pod adresem rusinowa@op.pl
Książka jest dostępna tylko u mnie.

A tu jest jedna z recenzji:

http://iwonakmita.pl/warszawska-stokrotka/

Wydaje mi się, że książka ta może być dobrym prezentem pod choinkę.
---------------------------------------------------------------------

*/Dodruk książki trwa około 3 tygodni od momentu złożenia zamówienia.

----------------------------------------------------------------------------------------------------
P.S. A "moje tragiczne miasto" jest także tragiczną stolicą wszystkich Polaków. I to nie tylko z powodu Powstania Warszawskiego i tego co stało się potem z Warszawą.... ale .... i tego co ciągle się w niej dzieje...

niedziela, 11 listopada 2018

TEN dzień



Odbudowa państwa polskiego była procesem długotrwałym, złożonym. Przyczynili się do tego politycy polscy o różnych orientacjach (Józef Piłsudski, Roman Dmowski, Wincenty Witos, Wojciech Korfanty, Ignacy Paderewski, Ignacy Daszyński). Niewątpliwie dużą rolę odegrały wydarzenia międzynarodowe: I wojna światowa, rewolucja lutowa i październikowa, rewolucja w Niemczech, czy postawa Stanów Zjednoczonych i Francji. 
Określenie jednodniowej daty na odrodzenie Państwa Polskiego było i jest bardzo trudne. Było to źródłem sporów w okresie międzywojennym. 11 listopada jako święto narodowe odrodzenia Państwa Polskiego oficjalnie uchwalono w 1937 r. i miało to niewątpliwie sprzyjać szerzeniu kultu Józefa Piłsudskiego i wzmocnieniu tym samym rządów sanacji.
Wydarzenia późniejsze doprowadziły do wygaszenia sporów nt. genezy odbudowy państwa. W okresie PRL początkowo próbowano 11-mu listopadowi przeciwstawić 22 lipca  1944 r., następnie 7 listopada 1918 r./powstanie rządu Ignacego Daszyńskiego/. Ostatecznie zwyciężył vox populi i świętujemy 11 listopada. Nie znaczy to oczywiście, że w tym dniu zapanuje sielanka. Obecnie dzień ten jest, u nas, najgorętszym dniem roku. Dzień 11 listopada jest nieprzewidywalny.
Kalendarium wydarzeń prowadzących do odrodzenia Państwa Polskiego najrozsądniejsze wydaje się to zamieszczone w encyklopedii wirtualnej.
----------------------------------------------------------------------------------------------
Autorem powyższego tekstu jest osobisty historyk - absolwent UW./Promotor profesor Ludwik Bazylow/.


piątek, 9 listopada 2018

Kasztanka - najsłynniejszy koń II Rzeczypospolitej

                                                   Obraz pędzla Wojciecha Kossaka

Ukochaną klaczą Marszałka była Kasztanka, a jej historia z czasem obrosła legendą.
Kasztankę otrzymał Marszałek w roku 1914 od Eustachego Romera, właściciela majątku Czaple.
Przyszła na świat w 1909 lub 1910 roku niedaleko Miechowa w Małopolsce. Rodowód – ojciec Pikerel, matka Chłopka, rasa półkrew angielska, maść kasztanowata. Hodowca – Eustachy Romer.

Imię klaczy nadał podobno sam Marszałek. Kasztanka służyła do 1922 roku i przeszła z nim cały szlak bojowy Legionów, co nie było łatwe, bo ogień artyleryjski wprawiał konia w popłoch.
Kasztanka z czasem stała się symbolem nierozerwalnie związanym z marszałkiem Piłsudskim” - tak twierdzi Wojciech Markert, historyk z Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku.
Była lekkiej budowy, maści jasnokasztanowatej, nogi białe w pęcinach a na głowie miała dużą białą plamę.

Była to prześliczna klacz” - tak pisała o niej w pamiętnikach Aleksandra Piłsudska.- „Odznaczała się inteligencją i wielką łagodnością oraz miłym i przyjaznym spojrzeniem, ale nie była dobrym koniem bojowym. Z powodu słabego zdrowia nie mogła odbywać długich marszów, była nerwowa i lękliwa i w szczególności bardzo bała się huku i ognia artylerii".

Kasztanka jednak, mimo swoich wad weszła do historii Wojska Polskiego. Klacz Marszałka pojawiała się w żołnierskich pieśniach Legionów. W 1915 roku poeta płk Wacław Kostek-Biernacki napisał:
Jedzie, jedzie na Kasztance,
Siwy strzelca strój
Hej, hej Komendancie
Miły Wodzu Mój”…


Kasztanka dostawała nawet prezenty. Na przykład Pierwszy Pułk Ułanów Legionów Polskich ofiarował Kasztance nowy, kompletny, oficerski rząd wierzchowy, w którym od tego czasu występowała.

Podobno dzięki swojej łagodności Kasztanka zdobyła serce swojego pana. Myślał o niej i troszczył się o nią nawet w bardzo ciężkich chwilach. I tak w czasie długiego nocnego marszu po zoranej roli przez Władysławów w kierunku Krakowa Marszałek zwrócił się do ułanów Beliny-Prażmowskiego : „Jezus, Maria… Kasztanka na pewno nogi sobie połamie na tych wertepach...”

Była ona jak wiejska panna, wdzięczna i świeża, wstydliwa i lękliwa, a nieraz potrafiąca pokazać swoje humory i fochy”. Taką ją właśnie przedstawiał Piłsudski w czasie wkraczania do Nowego Sącza.

Przyjemne to było wejście do miasta – pisze Marszałek w książce „Moje pierwsze boje”- miałem tylko dużo kłopotu ze swoją Kasztanką. Podjeżdżałem do miasta wieczorem. Kasztanka wchodząc już na most na Dunajcu, podziurawiony przez wybuchy, kręciła głową uważając, że jest za bardzo niebezpieczny dla jej szanownego istnienia.”


Jak ustalił krakowski historyk i publicysta Stanisław M.Jankowski Kasztankę dosiadały w historii tylko trzy osoby -córka Eugeniusza Romera – Maria, Marszałek Józef Piłsudski i 9-letni chłopiec z Kęt, któremu Marszałek pozwolił na przejażdżkę.

Po wojnie Kasztanka początkowo przebywała w stajniach belwederskich w Warszawie, a po roku 1922 została przydzielona na stałe do 7 Pułku Ułanów Lubelskich, stojących w Mińsku Mazowieckim, skąd od czasu do czasu przyprowadzano ją Marszałkowi.

Trudno było patrzeć bez wzruszenia jak na powitanie pieściła jego rękę wargami i szyją ocierała się o jego plecy” - pisze Aleksandra Piłsudska i dodaje, że między nimi istniało jakieś porozumienie, tak doskonałe, że obydwoje na siebie wpływali.

W czasie pobytu w 7 Pułku kasztanka miała dwa żrebaki – obydwa szlachetnego pochodzenia po ogierach państwowych – nazywały się Mera i Niemen.

Ostatni raz Piłsudski dosiadł Kasztankę w czasie defilady w Warszawie w dniu 11 listopada 1927 roku.
-------------------------------------------------------------------

Tydzień po defiladzie Kasztanka odesłana została do pułku, przy czym oficer, który się nią opiekował postąpił lekkomyślnie i odesłał ją samą bez eskorty do Mińska Mazowieckiego. Wrażliwa Kasztanka pozbawiona opieki i towarzystwa rzucała się przerażona po całym wagonie. Kiedy w Mińsku Mazowieckim otwarto drzwi znaleziono ją leżącą na podłodze. Wezwano na pomoc specjalistów i weterynarzy. Niestety, nie udało się jej uratować…
Najsłynniejsza Klacz II Rzeczypospolitej padła następnego dnia o godzinie 5 rano. Sekcja zwłok wykazała złamanie kręgów piersiowych oraz żeber, które uszkodziły narządy wewnętrzne.
Kościec i skórę Kasztanki spreparowano i umieszczono w Muzeum Wojska Polskiego. Pozostałe szczątki pogrzebano w ogródku przed dowództwem 7 Pułku Ułanów w Mińsku Mazowieckim.

Podobno pamięć o Kasztance towarzyszyła Marszałkowi do końca życia.

A jeden z jej żrebaków – Mera – stała się koniem służbowym Marszałka.
I – jak twierdzą niektórzy historycy – to właśnie Mera szła za trumną Marszałka w maju 1935 roku.
                         Kasztanka z jednym ze swoich żrebaków

Tekst ten powstał na bazie informacji zawartych w publikacji MROT „100 lat Niepodległości” pt: „Historia Kasztanki”. Z publikacji tej zeskanowałam także wszystkie trzy zdjęcia.

Ciągle siedzimy...

1. Przeciętna osoba dorosła aż 90% czasu wolnego spędza w fotelu lub na kanapie. 2. Przy siedzeniu prosto nasz kręgosłup podlega sile o ...