piątek, 26 maja 2023

Opowieść mojej Mamy

 


Dziś Dzień Matki, więc pozwolę sobie opublikować opowieść, której nigdy nie zapomnę.

/ Działo się to wszystko na przedmieściach Rzeszowa w 1944 roku./

" Przyjechali bardzo rano, otoczyli domek i załomotali do drzwi, krzyczeli żeby otworzyć. Potem wygonili wszystkich mężczyzn przed dom. mojego ojca i czterech braci, najmłodszy miał 12 lat. Tata chorował na astmę, podczas szamotaniny dostał ataku kaszlu. Wszyscy stali przed domem do połowy rozebrani, nie zdążyli się ubrać kiedy ich wyganiali. Potem załadowano wszystkich na samochód, w którym znajdowali się już inni mężczyźni z naszej dzielnicy i gdzieś wywieziono. To było w drugiej połowie czerwca. Poprzedniego dnia ktoś zabił jakiegoś folksdojcza, który mieszkał w tej samej dzielnicy, więc pewnie dlatego zaczęli od nas.

Zapytali mnie. gdzie jest mój mąż. Powiedziałam, że rano chodzi malować w pole, bo wtedy jest dobre światło i cisza. Tylko ptaki śpiewają. Nie uwierzyli. Kazali mi otwierać wszystkie drzwi, zaglądali w każdy kąt. Potem kazali mi iść na strych i do piwnicy. Wzięłam półroczną Basię na ręce, bo rozbudziła się i zaczęła płakać. Razem z nią weszłam na strych, a potem do piwnicy. Jeden z Niemców szedł cały czas za mną z karabinem wycelowanym prosto w dziecko. Moja mama zaczęła płakać, któryś z nich zaczął na nią krzyczeć.

Gdy weszliśmy do piwnicy, Niemiec kazał mi odsunąć stary kredens za którym były drzwi. Nie mogłam go odsunąć jedną ręką, więc Niemiec odstawił karabin i wyciągnął ręce po moją córeczkę. A ona uśmiechnęła się do niego i wyciągnęła rączki..... Serce przestało mi bić... A on powiedział, że też ma takie dziecko, ale jeszcze go nie widział. Potem sam zaczął odsuwać kredens, ale zrezygnował gdy zobaczył ile za nim było pajęczyn.

Wyszliśmy przed dom, a tam czekał samochód z jakimś ważniejszym Niemcem. Ponownie zapytano mnie o męża.

I nagle wrócił. Szedł śpiewając sobie coś pod nosem. Na plecach niósł sztalugi, w rękach pędzle i farby. Zatrzymał się zdziwiony.

Zrobiła się taka cisza, że słychać było tylko nasze oddechy.

Wtedy ten najważniejszy Niemiec wyszedł powoli z samochodu i sięgnął do wewnętrznej kieszeni munduru,

Wyjął jakieś zniszczone zdjęcie i zapytał czy na podstawie tej fotografii mógłby mu namalować jego żonę. Mój mąż popatrzył na zdjęcie, potem na mnie i w końcu odpowiedział, że tak, że może także wyrzeźbić tę kobietę.

Niemiec uśmiechnął się szeroko. I powiedział, żeby zaraz zaczął rzeźbić, bo jemu zależy na czasie i że przyjedzie za trzy tygodnie po odbiór popiersia.

Kiedy odjechali zapanowała kompletna cisza.

Do samego wieczoru czekaliśmy na naszych mężczyzn. W końcu wrócili. Niemcy trzymali ich cały dzień na jakimś placu w pełnym słońcu i z wymierzonymi w nich karabinami.  W pewnej chwili okazało się, że folksdojcz zginął bo miał porachunki z innymi folksdojczami.

Po dwóch tygodniach od tego wydarzenia nadeszło wyzwolenie.

Ale to już zupełnie inna historia"

/P.S "Opowieścią mojej Mamy" zaczyna się moja książka pt: "Nadal wariuję"/

A te konwalie i niezapominajki to dla wszystkich Matek...

46 komentarzy:

  1. Chociaż dobrze znam ten tekst to nie wiem co napisać.
    Może tylko to że tu każde zdanie i słowo ma kilka znaczeń.
    Piękne pozdrowienia Ci przesyłam Stokrotko.
    Ela

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja również Cię Stokrotko pozdrawiam. Wczoraj już kupiłem kwiaty, a dziś przyjeżdża Siostra i Siostrzeniec. Mnie się często z kolei śni II Wojna Światowa - siostra babci w Dachau, druga w Oświęcimiu, dziadek - tata Mamy - roboty przymusowe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja najbardziej lubię konwalie i wczoraj dwa bukieciki od synów dostałam.

      Usuń
  3. Niesamowita opowieść. I też nie wiem co napisać.
    Może to że w życiu wiele zależy od przypadku.
    Marek z dziewczynami

    OdpowiedzUsuń
  4. Witaj końcówką maja Stokrotko
    Piękna opowieść. Zresztą jak zawsze u Ciebie.
    A konwalię i niezapominajki uwielbiam. Jeszcze kwitną w moim ogrodzie.
    Pozdrawiam przygotowaniami do wyjazdu

    OdpowiedzUsuń
  5. Podpisuję się pod komentarzem Eli, też znałem tę historię i często zastanawiałem się nad dramatycznie zmieniającymi się sytuacjami.
    Piękne wspomnienie na Dzień Matki.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wzruszyłam się!
    fuscila

    OdpowiedzUsuń
  7. Okropne to były czasy. I teraz podobnie jest w Ukrainie...

    OdpowiedzUsuń
  8. A mnie zdumiala scena w piwnicy-jak mozna pogodzic milosc do wlasnego dziecka z krzywdzeniem innych!? Tak straszna jest moc ideologii? W drodze fo Pruszkowa mojej przyjaciolce tez Niemiec uratowal zycie nie zauwazajac jej przejscia na druga strone, grozil jej oboz i doswiadczenia medyczne. Tez powiedzial, ze ma corke w jej wieku. Zdarzaly sie ludzkie reakcje. Straszne to byly czasy. Malgosia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację Małgosiu - straszne to były czasy...

      Usuń
  9. Historia znana, ale i tak nadal wzrusza i porusza do głębi!
    jotka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. .... chociaż już od dawna nie ma mojej Mamy z Basią...

      Usuń
  10. Ode mnie bukiet stokrotek!

    OdpowiedzUsuń
  11. Człowiek człowiekowi taki los zgotował. Straszne. Im jestem starsza, tym bardziej dociera do mnie, jak bardzo jeden drugiego potrafi upodlić.

    OdpowiedzUsuń
  12. Smutny tekst wybrałaś na ten świąteczny dzień...

    OdpowiedzUsuń
  13. Bardzo wzruszająca historia. I wspaniale, że dobrze się kończy... Moja babcia mi opowiadała, że jej syn a brat mojego taty, jako mały chłopiec, został w czasie wojny przypadkowo zastrzelony przez rosyjskiego żołnierza... Natomiast mojego tatę, również jako małego chłopca, prawie w tym samym czasie, uratował niemiecki żołnierz w momencie, kiedy mój tato wpadł do rzeki San i się topił. Taki paradoks... Pozdrawiam Cię cieplutko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci Iwonko za obecność na moim blogu.

      Usuń
    2. Moją mamę uratowała Niemka.Mama została zabrana z koleżanką w"łapance"na ulicy w Łodzi i wywieziona na roboty przymusowe do Niemiec.Pracowała na budowie.Nosiła cegły na koźle zawieszonym na plecach.Spadła z drabiny i uszkodziła kręgosłup.Niemcy zawieźli mamę do bauerki,która sama prowadziła gospodarstwo rolne.Mąż i syn zginęli na froncie wschodnim.Wyleczyła mamę.Trwało to kilka miesięcy.Po wojnie jeszcze długo prowadziły korespondencję.Dopiero w wieku 85 lat mama dowiedziała się od lekarza rodzinnego,że miała złamany kręgosłup.

      Usuń
    3. Wiem Henryku ze różnie w czasie wojny bywało...
      Stokrotka

      Usuń
  14. Pani Stokrotko to bardzo smutny tekst.
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
  15. Bardzo interesująca opowieść, choć rzeczywiście bardzo smutna.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Piekna historia tak naprawdę.

    OdpowiedzUsuń
  17. Pięknie to Pani napisała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem komu ale dziękuję.
      Stokrotka

      Usuń
  18. Czytałam ten tekst z zapartym tchem Stokrotko. To były czasy... Trudne, smutne, ciężkie. Moja babcia też często opowiadała mi o tamtych czasach. Były z mamą sami bo tatę zabrali Niemcy zaraz po wybuchu wojny i już nie wrócił do nich. Trzeba było dużo odwagii żeby żyć.

    Pozdrawiam serdecznie Stokrotko

    Kasinyswiat

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci bardzo Kasieńko.
      Stokrotka

      Usuń
  19. Są takie opowieści które zawsze wywołują bicie serca….

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A Ty najlepiej o tym wiesz Joasiu...
      Stokrotka

      Usuń
  20. Mnóstwo wspomnień od razu się przewija... Jaguniu♥️ przytulam♥️

    OdpowiedzUsuń
  21. Pamiętam ten tekst... Przytulam🧡

    OdpowiedzUsuń
  22. Któryś z "Czterech pancernych" też mawiał, że głupio ginąć w końcu wojny...

    OdpowiedzUsuń

Stolica Lombardii - zakończenie

Przy kościele Santa Maria delle Grazie w refektarzu znajduje się najsłynniejszy fresk Leonarda da Vinci "Ostatnia wieczerza". To p...