piątek, 22 marca 2019

Książka o Wieszczu

Autorce ksiązki o Mickiewiczu zadedykowałam kiedyś następujący tekst: https://stokrotkastories.blogspot.com/2019/01/warszawa-ulica-nowy-swiat-72.html


Napisać książkę o tym Wieszczu, o którym Zygmunt Krasiński powiedział „my z Niego wszyscy” nie jest łatwo. 

Myślę, że w sytuacji gdy o Adamie Mickiewiczu powstało przez półtora  wieku wiele wspaniałych książek w kraju i za granicą…

W sytuacji gdy wielu osobom wydaje się, że o Mickiewiczu wszystko już wiedzą…

Gdy kolejne pokolenia Polaków przerabiają w szkole życiorys Wieszcza i czytają „Dziady”, „Pana Tadeusza”, „Sonety Krymskie”, „Redutę Ordona” czy „Świteziankę”…

A mój starszy wnuk budzi mnie w środku nocy telefonem i pyta: „Babciu czy ty wiesz o co w tych Dziadach chodzi bo ja już trzeci raz to czytam i pewnie pałę jutro dostanę…"

...to napisanie książki o Adamie Mickiewiczu wydaje się być czynem ryzykanckim i nieco zuchwałym...

Tymczasem powstała książka, która jest genialna pod każdym względem.

Przede wszystkim nie są to smuty typu „urodził się i umarł”…. Chociaż każdy się przecież urodził i umarł… bo to są jedyne pewne fakty w życiu człowieka. Więc i o tym trzeba napisać, szczególnie jeśli biografowie nie są pewni, czy Adam Mickiewicz urodził się w Zaosiu koło Nowogródka czy też w samym Nowogródku. Różnica właściwie nie jest wielka bo obydwie te miejscowości są przepiękne, leżą obok siebie i dyrekcje tamtejszych muzeów głoszą, że to właśnie u nich przyszedł na świat Adam Mickiewicz.

Wiem o tym bo i ja kiedyś wędrowałam śladami Wieszcza.


Byłam w Zaosiu, w Nowogródku, siedziałam nad brzegiem Świtezi, znajdywałam ślady Wieszcza w Wilnie, Petersburgu, Paryżu, Lozannie i Rzymie. 
Wszędzie tam przystawałam, oglądałam, słuchałam, czytałam i fotografowałam. 

Ale Agnieszka Zielińska zrobiła coś niesamowitego. Przez lata jeździła po wszystkich prawie miejscach związanych z życiem i twórczością Adama Mickiewicza – począwszy właśnie od Zaosia a skończywszy na Istambule i zwiedzała, pytała, czytała, rozmawiała, fotografowała.

Pisała o tym przez lata na blogu…

Aż wreszcie zdecydowała materiał zebrać i wydać książkę. I w ten sposób zainteresować wielu młodych /i nie tylko młodych Polaków/ do powędrowania śladami Wieszcza.

Gdy dowiedziałam się że książka już jest i można ją kupić napisałam do Agnieszki: „Odłóż dla mnie jeden egzemplarz książki ale nie wpisuj nic na razie. Chcę ją najpierw przejrzeć, bo planuję sprezentować ją starszemu wnukowi który idzie w tym roku do szkoły średniej. Myślisz że będzie dobra dla takiego chłopaka?”

A Agnieszka mi odpisała: „Książka jak najbardziej dla młodzieży. Właściwie z myślą o niej powstawała. Dużo zdjęć, niewiele czytania :) W nietypowy sposób omówiona biografia Mickiewicza i trochę jego twórczości. Nieskromnie powiem, że jeśli uczniowie tak by się zapoznawali z Mickiewiczem, może nie mieliby do niego takiej niechęci”

Więc gdy Agnieszka przyjechała do Warszawy i spotkałyśmy się na kawie naprzeciwko Uniwersytetu na Krakowskim Przedmieściu to oczywiście najpierw pogadałyśmy a potem książkę kupiłam. Prosiłam o wpisanie dedykacji z datą 25 maja bo wtedy mój Rafał będzie miał 15 lat.




Chyba nie widać dobrze  jaką piękną dedykację wpisała Agnieszka mojemu wnukowi? Więc ją przepiszę:"Rafałowi - na 15 urodziny - z życzeniami sukcesów w życiu na miarę Wieszcza - autorka ..."

Kochani Moi!

Powiem krótko – jeśli macie dzieci albo wnuki w wieku mojego Rafała to koniecznie kupcie tę książkę. Naprawdę warto. Przy okazji sami sobie powędrujecie śladami Wieszcza.

A wszystkiego najlepiej dowiecie się wysyłając maila na adres Autorki:

                                           az44@wp.pl

I jeszcze jedno - Autorka tlumaczy się, że zbiera fundusze na nowe "Podróże Literackie "- tym razem będą one dotyczyły Sienkiewicza. Powodzenia Agnieszko! Jesteś WIELKA!!!

środa, 20 marca 2019

Wypędzanie zimy i przywitanie wiosny...


W każdym kraju wypędzanie zimy i przywitanie wiosny wygląda inaczej.


1. W Szwajcarii gdy zakwitną pierwsze kwiaty w Zurichu, to obchodzi się Święto Sechselauten. Pali się wtedy kukłę bałwana. Dla większego efektu do wnętrza kukły wkłada się materiały wybuchowe. Tradycja ta sięga XVI wieku.

2. W Holandii odbywa się tzw. Bloemencorso Bollenstrekk czyli 12-godzinny pochód kwiatowych platform z miejscowości Noordwijk do Haarlem, które oddalone są od siebie o 40 km.


3. W Szkocji w mieście Lanark pierwszego marca dzieci wypędzając zimę obiegają z papierowymi kulkami w ręku kościół św. Mikołaja.


4. W Hiszpanii istnieje święto Ognia. Jest obchodzone od 16 do 19 marca w Walencji. Hiszpanie przygotowują kukły z wosku, drewna i papieru, które mogą mogą wysokość nawet kilku metrów. Odbywa się ich uroczysta parada a po niej spalenie.


5. W Rumunii Święto Wiosny, tzw. paparuda wiąże się ze zwyczajem rytualnego wywoływania deszczu. Dziewczynki w spódnicach i wiankach z liści tańcząc idą prze wieś od domu do domu. Gospodynie polewają tancerki i dają im upominki.


6. W Bułgarii nadejście wiosny gwarantuje udobruchanie złej Baby Marty, która „trzyma” zimę. Dlatego w marcu Bułgarzy obdarowują się wzajemnie martenicami, czyli czerwono-białymi włóczkowymi gałgankami. Martenice mają wygląd laleczek, pomponików czy bransoletek.

7. W Bośni w miejscowości Zenica w pierwszy dzień wiosny odbywa się Czimburijada czyli Festiwal Jajecznicy. Danie jest szykowane na olbrzymich patelniach a potem rozdawane ludziom.


8. Najpiękniej witana jest wiosna w Japonii. Istnieje w tym kraju Święto Hanami. Od kilkuset już lat podziwia się w tym kraju kwitnące wiśnie. A kwitnienie wiśni trwa od jednego do dwóch tygodni w marcu lub w kwietniu. 
Mam nadzieję, że coś więcej na ten temat napisze Magnolia czyli Mokuren...


/Te wszystkie informacje i zdjęcia ściągnęłam z Angory-Peryskop z marca 2018 roku/

A w Polsce???
To przecież wiemy że pali się kukłę Marzanny i potem wrzuca ją do wody. No i chodzi się z Gaikiem...

Chyba że znacie jeszcze jakieś inne zwyczaje...

Jeśli tak to napiszcie proszę.


poniedziałek, 18 marca 2019

Tak pisze Poetka...


Z tomiku pt: „Wiersze z pierwszego tłoczenia”, który parę dni temu dostałam w prezencie od Ewy Radomskiej /tak, tak to ta Ewa z Bajkowa/ pozwalam sobie za zgodą autorki przepisać dwa wiersze:

Przeczytajcie proszę uważnie:

Wołanie o miłość”

Między dzieciństwem
A starością
Wołamy o miłość
Wołamy to wzrokiem spłoszonym
Jak onieśmielona
Pierwszą randką dziewczyna
To patrząc z siłą błagającego
O litość skazańca
Wołamy mową cichą
Jak szemrzący strumyk
I krzykiem pełnym
Tłumionej rozpaczy
Wołamy śmiechem zalotnym
Jak pierwsze promienie słońca
Lub wyzywającym
Jak uliczna dziewczyna
Wołamy duszą, ciałem
Wszystkimi zmysłami
A kiedy w zamian
Dostajemy pustkę
Jak zraniony ptak
Wtulamy głowę
W skrzydło ramion
By po czasie znów karmić
Nadzieję
Jak bezdomnego kota…”


A to moja fotografia”

Ta fotografia ma ponad pięćdziesiąt lat
Ja na niej może pięć
Trzymam ojca za rękę
On jest po bitwie pod Monte Casino
Ja przed bitwą o życie

On lekko się uśmiecha
Jakby z ulgą, że już po wszystkim
Ja patrzę czujnie
Węsząc niebezpieczeństwa dorosłości

Za nami z tyłu kościół Św. Piotra i Pawła
W Legnicy nowej ojczyźnie rodziców
Ojciec umarł na delirium tremens
Ja odnajduję się tylko w samotności

Pan Bóg nie pomógł nam
A może to my nie pomogliśmy Jemu?”
--------------------------------------------------------------------


Po takich strofach to można jedynie zamilknąć w zadumie.
Zgadzacie się ze mną?


/Wiersze Ewy Radomskiej zostały przełożone na język serbsko-chorwacki/

sobota, 16 marca 2019

Sudańska bajka o mrówce


Pewnego razu do lwa, króla zwierząt przyszły mniejsze zwierzęta i zaczęły skarżyć się na swoją złą sytuację oraz sposób, w jaki traktują je inne, większe zwierzęta. Poprosiły króla, aby zareagował na niesprawiedliwości, jakich doświadczają. Były bowiem deptane, kąsane, a nawet zjadane przez współmieszkańców zwierzęcego świata.

Król zwołał naradę, podczas której podjęto decyzję o udzieleniu pomocy mniejszym zwierzętom, aby odmienić ich los. Postanowiono wystawić wielki pojemnik napełniony trucizną. Małe, bezbronne zwierzęta miały spożyć tę truciznę, aby posłużyła im jako jad podczas obrony przed napastnikami.

Małe zwierzęta zrobiły jak zalecił im król. Jedynie mrówka która była bardzo zajęta pracą, bo przenosiła różne patyczki aby zbudować mrowisko spóźniła się i zastała pusty pojemnik. Wylizała więc jedynie pojemnik z resztek pozostałych po innych zwierzętach takich jak węże i skorpiony.

Od tamtego czasu zwierzęta, który zaczerpnęły trucizny z pojemnika, mogą bronić się atakując trującym jadem, natomiast mrówki mogą jedynie wywoływać swędzenie.

Z każdej bajki a więc i z tej wypływa jakis morał...


/Bajkę przepisałam z VIII edycji Bajek Międzykulturowych wydanych przez Staromiejski Dom Kultury w Warszawie./

czwartek, 14 marca 2019

Moja brzoza

Ten tekst już półtora roku temu był na moim blogu ale po przeczytaniu książki "Ja z Bajkowa" Ewy Radomskiej /patrz mój tekst z 4 marca br/ wróciłam myślami do MOJEJ BRZOZY...



Gdy ją sadziłam ze Starszym to był akurat w wieku Szczerbatego. 
Pamiętam to doskonale.
Szliśmy ze stacji kolejowej drogą na skróty aby dotrzeć jak najszybciej i przed zmrokiem. To była druga połowa września. Dzień był słoneczny i ciepły ale już coraz krótszy. Każde z nas niosło w reklamówce  sadzonkę drzewa albo krzewu razem z bryłą korzeniową umieszczoną w plastikowej doniczce.
Starszy niósł malutką brzózkę. Jej pień był cieniutki jak palec. A część z liśćmi łaskotała go w szyję i twarz.
Gdy doszliśmy na działkę najpierw posadziliśmy tę brzózkę. Tuż za drewnianym domeczkiem, który był wtedy malutki, bo miał 14 metrów kwadratowych. Podlaliśmy ją porządnie. A potem przemówiłam do niej. A właściwie to prosiłam ją tylko aby rosła szybko i zdrowo.
Mijały lata. Brzózka rosła jak na drożdżach. I najpiękniejsza była wiosną, gdy wypuszczała piękne, zielone listki. A jesienią zrzucała listki na dach domeczku i na całą działkę.
Domeczek rozbudowaliśmy i wtedy brzózka bardzo „zbliżyła się” do niego. Kochaliśmy szum jej listków, jej urodę i jej wyniosłość. Chroniliśmy się w jej cieniu przed palącym słońcem. Zawsze gdy przyjeżdżałam na działkę mówiłam do niej: „Witaj piękna”. Gdy odjeżdżałam przytulałam głowę do jej pnia i obejmowałam ją mocno mówiąc: „Będzie dobrze, prawda”?
A potem nagle okazało się, że zrobiła się z niej brzoza. I że jest bardzo wysoka i gruba. I że jak jest burza to zaczynamy się bać, żeby piorun w nią nie uderzył. Bo gdyby uderzył w nią to tak jakby uderzył w domek. I w nas w tym domku.  Zaczęliśmy ją przycinać na wysokości i na szerokości.
Ale ona nic sobie z tego nie robiła tylko rosła jak szalona. Miała nawet swojego osobistego dzięcioła z czerwoną główką, który potrafił kilka godzin dziennie stukać w nią dziobem. I jemioła się do niej przyczepiła.
Zaczęła nam pękać podmurówka domeczku. I sąsiedzi zaczęli się skarżyć, że wychodzą im na trawę korzenie naszej brzozy . Jesienią sąsiadka nie nadążała z grabieniem liści brzozowych.
Aż ktoś nam powiedział, że jak brzoza się złamie na dach to zawali się nam domeczek.
W kwietniu tego roku męska część rodziny podjęła decyzję.
I jak parę dni potem szłam z Pytalskim na działkę to mi powiedział:
- Babciu, mnie też jest bardzo smutno. Bo Ty przecież razem z naszym tatą sadziłaś tę brzózkę. I ona była najpiękniejsza na całej działce.
-----------------------------------------------------------------------
Miała 25 lat.
Zostały nam zdjęcia najpiękniejszej brzozy na świecie. 

I to smutne zdjęcie wyżej.


wtorek, 12 marca 2019

Najpiękniejsze Góry Świata w dniu 9 marca 2019 roku

Na pierwszym zdjęciu słynna Betlejemka na Hali Gąsienicowej, czyli szkoła Polskiego Alpinizmu. Gdy przechodziłam koło niej po raz pierwszy to nie miałam jeszcze 18 lat. Zaczepiła  mnie wtedy młoda kobieta w stroju wspinaczkowym i zapytała czy nie chciałabym nauczyć się wspinać. Podziękowałam mówiąc, że nie czuję się na siłach. I że wystarczą mi wędrówki wytyczonymi szlakami. Po iluś latach w jednym z miesięczników o górach zobaczyłam zdjęcie tej kobiety. Zdobyła jeden z Himalajskich Ośmiotysięczników. To była Wanda Rutkiewicz.






Zdjęcia "ukradzione" geografowi, który w piątek po pracy późnym popołudniem  wsiadł w Warszawie w autobus aby w sobotę bladym świtem wyjść w Najpiękniejsze Góry Świata i w niedzielę rano wracać do domu.

niedziela, 10 marca 2019

O pomniku który miał przetrwać wieki...

                        Rzeżbiarz Otokar Svec /1892-1955/ na tle modelu pomnika Stalina /1955/

Pomnik miał 15 metrów wysokości i postawiony był na równie wysokim cokole. Składał się z 9 figur, których łączna szerokość wynosiła 12 metrów, a długość 22 metry. Cała kompozycja ważyła 17 tysięcy ton. Zbudowany z żelbetu i granitu pomnik miał na wieki zdominować panoramę miasta.
Odsłonięto go w Pradze 1 maja 1955 a zburzono 28 października 1962 roku.

A zaczęło się tak:

Jeszcze w 1949 roku na etapie planowania pomnika, określano go mianem „najbardziej zaszczytnego dzieła” ponieważ stanowił hołd dla Stalina. Aby go postawić dokonano w Pradze poważnych zmian, przesunięto m.inn. romańską rotundę i przestawiono filary mostu Czecha.

Początkowo pomnik miał być wyrzeźbiony w trawertynie – kamieniu który od wieków był wykorzystywany przy stawianiu najwspanialszych budowli. Jest to kamień uważany za niezniszczalny. Z niego zostało wybudowane m.inn rzymskie Koloseum i Bazylika Św.Piotra w Watykanie.

Jednak trawertyn nie bardzo nadawał się na pomnik Stalina, bo jest to kamień, który płacze. Ma kolor biały ale zawiera w sobie często żółte lub czerwone nawarstwienia, które po pewnym czasie mogą się zmienić w czerwone nacieki wyglądające jak łzy. A pomnik Stalina nie mógł przecież „płakać”. 
Zdecydowano więc żelbetonową konstrukcję pokryć granitem. I ta konstrukcja została obłożona 235 blokami granitu o wymiarach 2 metry x 2 metry x 2 metry.

Początkowo Stalin miał być podobny do Chrystusa. Miał mieć rozłożone ręce. Zmieniono jednak decyzję, bo przecież Stalin był raczej mało serdeczny i nie przytulał do siebie i nie obejmował nikogo…

Sugerowano także aby stojący na przodzie Stalin był dużo większy od stojących za nimi ludzi. Ale to zakłócało by proporcję całego dzieła.

Więc wyrzeźbiono go tylko trochę większego.

Powstał pomnik, który natychmiast zyskał sobie nazwę „Kolejka po mięso”.

Za Stalinem po jednej stronie stali czechosłowaccy obywatele, a po drugiej obywatele radzieccy. Ostatni obywatel wprawdzie odwracał się do tyłu co było mocno podejrzane… no ale wyjaśniono natychmiast że on musiał się odwracać, bo zabezpieczał tyły przed wrogiem.

Twórca pomnika – Otokar Svec opowiadał, że jak kiedyś jechał taksówką to taksówkarz powiedział mu, że jak odsłonią ten pomnik to zaraz potem powieszą projektanta. Oczywiście taksówkarz nie wiedział kogo wiezie.

Pomnik powstawał w tak niesamowicie stresującej atmosferze, że Otokar Svec na trzy tygodnie przed jego odsłonięciem – także na skutek osobistych przeżyć – popełnił samobójstwo. Więc gdy pomnik odsłonięto podano do ogólnej wiadomości, że jego twórcą jest "cały czechosłowacki lud".

Pomnik został odsłonięty dwa lata po śmierci Stalina i wtedy stał się ”symbolem wiecznej przyjaźni Czechosłowacji ze Związkiem Radzieckim”.

W 1961 prezydent Antonin Novotny wydał rozkaz wyburzenia pomnika.

Wyburzanie pomnika było z kolei niewyobrażalnym stresem dla odpowiedzialnego za tę czynność inżyniera Vladimira Krizka. Otrzymał on bowiem polecenie aby pomnik „burzyć dostojnie, żeby tylko powagi ZSRR nie naruszyć”.

A ten który tego dokonał czyli pirotechnik Jiri Prichoda podobno najpierw wypił 6 kieliszków śliwowicy, potem odpowiedni guzik nacisnął a następnie dobrowolnie udał się do szpitala psychiatrycznego na leczenie.

Tak naprawdę to wyburzanie było trzyetapowe. Do wszystkich etapów użyto łącznie 1860 detonatorów, 1900 metrów lontu detonującego, 1570 kilogramów plastycznych materiałów wybuchowych i 600 kg innych lżejszych materiałów wybuchowych.
                                  Wyburzanie pomnika Stalina. 28.10.1962 r.

A potem opowiadano niesłychane historie.

Jako że pomnik stał na wysokim wzgórzu nad Wełtawą na osi mostu Czecha, to jak wyleciał w powietrze, to głowa Stalina spadła i doleciała aż na ten most, potem przez ten most turlała się aż się doturlała na Plac Staromiejski i tam zabiła jakąś hrabiankę … 

No ale Stalin wymagał przecież ofiar...

Tak naprawdę to głowa Stalina leży sobie gdzieś na dnie Wełtawy…

W 1961 roku na postumencie pomnika Stalina stanął 25 metrowy metronom. Jego tykanie przypomina o nieuchronnym upływie czasu.

-------------------------------------------------------------------------
W dniu 7 marca br. razem z malarką i rzeźbiarką Joanną Rodowicz byłam na spotkaniu ze znanym reportażystą Mariuszem Szczygłem w Muzeum Rzeźby w Królikarni w Warszawie. Było to jedno ze spotkań poświęconych i związanych z istniejącą  w Królikarni wystawą pt: „Pomnik – Europa Środkowo-Wschodnia 1918-2018”.

Pan Mariusz Szczygieł, który wiele reportaży poświęcił naszym południowym sąsiadom a jedna z jego  książek pt:”Gottland” została uznana w Czechach za bestseller opowiadał nam ponad godzinę w sposób niezwykle dowcipny rzeczy wprost niesamowite na temat pomnika, który miał przetrwać wieki… Pokazał nam także ponad 20-minutowy film w który wplecione zostały sceny wyburzania pomnika.


A był to największy na świecie pomnik Józefa Stalina. 

----------------------------------------------------------------------------------------------

Joanno – dopiszesz to o czym zapomniałam napisać???


piątek, 8 marca 2019

Kobieta


Za zgodą autorki pozwolę sobie przepisać z tomiku pt: "Kobieta zmienną jest" dwa wiersze Aliny Drążczyk...

Posłuchajcie...

"Kobieto codzienna"

Zmęczona istnieniem
zrzucasz z siebie codzienność
przed szklanymi drzwiami

Naga

przekraczasz próg bezwstydu
stając się boginią 
dla samej siebie

Pod prysznicem 

kroplami wody
pieścisz swoje ciało
pełne uniesień

Zmywasz grzechy 

zatapiając się w marzeniach
wyzwolona z miłości

Szum wody 

jak wyjątkowa symfonia
w wykonaniu orkiestry aniołów
znów pachniesz tylko sobą


"Może kiedyś"

zaproszę cię na kolację 
obrusem marzeń stół nakryję 
wonią kadzideł zauroczę
płomieniem świecy dom ogrzeję

nieśmiałości kromki
podam na talerzu 
napojem bogów
ugaszę pragnienie 
ukołyszę słowami 
upoję

twoja dłoń zamknę w swoich dłoniach
tak spokojnie do ust przytulę
dzieląc życie na dwoje
jeszcze raz się narodzę

zaproszę cię na kolację
kiedyś
jeśli tylko się odważę.

"Dziękuję losowi, że nasze drogi się spotkały... " - takie słowa napisała mi Alina na tomiku który widzicie wyżej.
Alinko - a co ja mam Ci napisać???
Chyba tylko to, że dla mnie ten czas w którym się spotkałyśmy i przeszłyśmy uliczkami warszawskiego Starego Miasta był Wielkim Wydarzeniem.

środa, 6 marca 2019

Trzy kartki

                                                   
Dostałam te kartki jakiś czas temu gdy po raz kolejny zwiedzałam Muzeum Warszawy.

Wszystkie kartki można powiększyć.


Na pierwszej kartce jest Zamek Królewski. Zaczęto go odbudowywać w 1971 roku a skończono w 1984. W górnej części kartki widać tę część ściany zamku która się zachowała po tym jak hitlerowcy wysadzili go w powietrze we wrześniu 1944 roku. To jest ta ściana z oknem z mieszkania Stefana Żeromskiego. Na dole widać Zamek w rusztowaniach a po prawej stronie moment oddania Zamku do użytku. Zwróćcie proszę uwagę ile ludzi było w tym dniu na Placu Zamkowym. A po lewej stronie kolorowy Plac Zamkowy z Kolumną Zygmunta.
Na odwrocie kartki jest następujący tekst:
Kiedy w radiu Gierek powiedział, że zapadła decyzja odbudowy Zamku, złapałam córkę, która miała wtedy sześć lat i pojechałyśmy pod fragment ściany z oknem Żeromskiego. Zrobiłam jej zdjęcie i obiecałam, że ślubne będzie miała już w odbudowanym gmachu. Dziecko patrzyło na mnie jak na raroga, ale los pozwolił mi tę deklarację spełnić. /Danuta Godlewska, mieszkanka Warszawy, 2012/


Na drugiej kartce jest Dworzec Centralny. Na dole po lewej stronie i na górze po prawej widać jeszcze prace wykończeniowe. Dworzec zaczęto budować w roku 1972 a ukończono w roku 1976. Pamiętacie może że to Czterdziestolatek czyli inżynier Stefan Karwowski "budował" ten Dworzec. Oczywiście z Maliniakiem…A oto tekst na odwrocie kartki:
Pamiętam ,gdy jako 10-letni smarkacz pojechałem z tatą oglądać go zaraz po otwarciu. Wrażenie było zupełnie kosmiczne: wielkie powietrzne przestrzenie hali biletowej, bezszelestnie i automatycznie rozsuwające się drzwi, podwieszone telewizory i taśmociąg do brudnych naczyń w barze szybkiej obsługi na piętrze. Nowoczesność na miarę pierwszych serii Star Treka. /Maciej Nowak, krytyk teatralny i kulinarny, 2011/


A to jest Stadion Narodowy PGE. Zaczęto go budować w roku 2008 a ukończono w 2012. To znaczy ten nowy to jest na zdjęciu kolorowym na górze pośrodku i na dole po prawej stronie. A na innych jest pokazany Stadion X-lecia i Jarmark Europa no i budowa Nowego Stadionu.
A tekst na odwrocie kartki dotyczy Stadionu Dziesięciolecia:
Na Stadion przychodzi się na wagary. Tutaj gra się w karty. Pije wino i wódkę. Omawia się plany złodziejskich akcji. Uprawia się miłość. Czyni się sto legalnych i nielegalnych rzeczy, których nie przewidzieli budowniczowie. Nadwiślańskie wzgórze z wielką dziurą pośrodku jest – mimo wszystko – jednym z najładniejszych akcentów architektonicznych w Warszawie. /Olgierd Budrewicz, reporter i autor warszawskich bedekerów, 1966/
------------------------------------------------------------------
Powyższy tekst jest dla wszystkich - dla tych którzy Warszawę kochają, dla tych którym jest ona obojętna i dla tych którzy jej nienawidzą.

poniedziałek, 4 marca 2019

Ewa z Bajkowa

Z Ewą spotkałam się cztery miesiące temu na Wieczorze Dobrych Wróżb. Wieczór ten został zorganizowany przez redaktorkę naszego Wydawnictwa Białe Pióro w jednym z warszawskich domów kultury.
Zaczęło się od tego, że wymieniłyśmy się książkami. 
Za moją książkę o Warszawie dostałam od Ewy to prześliczne dzieło z wiewiórką na okładce.


Od razu następnego dnia zaczęłam książkę czytać. 
A tak prawdę mówiąc to czytałam ją na zmianę z moim młodszym wnukiem. 
Wyglądało to w ten sposób, że jeden rozdział czytał na głos mój 10-latek, a drugi ja. 
A że spotykaliśmy się dwa razy w tygodniu to przeczytanie książki zabrało nam jednak trochę czasu. 
Poza tym do niektórych, wyjątkowo uroczych rozdziałów wracaliśmy kilka razy.
Na przykład do tego o wiewiórce Kitce-Mitce albo o tego o białych gołębiach. Bo akcja powieści Ewy z Bajkowa toczy się na jednym z warszawskich ogródków działkowych.
Wszystko w książce Ewy jest piękne i wzruszająca. Każde zdanie i każde słowo.

Ale najbardziej wzruszył mnie fragment z jednego z ostatnich rozdziałów:

Zaczęła się słota i pierwsze opady śniegu. Altanki na działkach zostały pozamykane na głucho. Wszelkie roboty ogrodnicze porobione, grządki przekopane, liście które spadły ze złotych zamieniły się w brązowe, mokre teraz od deszczu i śniegu. 
Drzewka owocowe stały nagie, tylko gdzieniegdzie jeszcze wisiały resztki listków, pomarszczone i sczerniałe. Przypomniało mi się moje jabłko na jabłonce z dzieciństwa, które zawsze zostawało na zimę. Czy tutaj będzie podobnie?

Zapatrzona w Świerka-Ćwierka i otaczające go Sosenki-Senki nie przyglądałam się uważnie jabłonce jakbym przez jakiś czas zapomniała o moim postanowieniu, aby to sprawdzić.

I oto nagle wróciło do mnie dzieciństwo.

Znów siedzę przy oknie w dużym pokoju, z głową opartą o rękę i szukam po gałęziach, czy jest… A teraz będąc dobrze po sześćdziesiątce, znów stoję przed jabłonką i wcale nie czuję upływu tych lat! 
Najważniejsze dla mnie jest, czy zachowało się na zimę jedno jabłko, które będzie łączyć tamten czas z tym, które będzie jak pajęcza złota nić czasu, nieprzerwanie ta sama…

I oto odkrycie z największą radością i ulgą! Jest! 

Na samym szczycie jabłonki, w „towarzystwie” silnie trzymającego się jeszcze liścia jest małe zielone jabłuszko, które jakby nic sobie nie robiło z jesieni i zimy, jakby dalej chciało się wygrzewać w promieniach słońca i dojrzewać, dojrzewać, dojrzewać...”


Czy zgodzicie się ze mną Moi Blogowi Przyjaciele, że żeby pisać tak pięknie o tak zwyczajnych rzeczach …. to trzeba mieć po prostu talent…??

Piękną książkę napisałaś Ewo z Bajkowa!

I wiesz dobrze, że Twoja książka jest jednocześnie dla dorosłych i dla dzieci!!!

I jeszcze jedno: 
Swoją książkę Ewa kończy słowami z tekstu piosenki Jonasza Kofty:

"Pamiętajcie o ogrodach
Przecież stamtąd przyszliście
W żar epoki użyczą wam chłodu
Tylko drzewa, tylko liście..."

--------------------------------------------------------------------------------------------------

Ewo - wczoraj 3 marca był Międzynarodowy Dzień Pisarza...

Życzę Ci wielu następnych, pięknych książek!

sobota, 2 marca 2019

Nie ma dwóch drzew chociaż trochę do siebie podobnych...

Już kiedyś zawracałam Wam głowę i prosiłam o wybranie Mistera Pnia. Ale teraz mam całkiem nowe zdjęcia...
1.

2.

3.

4.

5.

6.

7.


8.

9.

10.

11.

12.

13.

14.

15.

16.

17.

18.

19.

Co pewien czasy wariuję i zaczynam bardzo dokładnie przyglądać się drzewom i ich pniom. Robię tak głównie wtedy gdy jestem w Łazienkach Królewskich. A szczególnie zimą, wtedy gdy drzewa są nagie. Widać wtedy dokładnie ich kształty, krzywizny i ich fakturę. Przedostatnie zdjęcie nazwałam TRONEM bo na nim siadały moje dzieci a teraz wnuki. I zawsze mówiły wtedy że są królami. 
A czy ktoś z Was poznaje może Moje Drzewo o którym pisałam i pokazałam w pierwszej książce?
No i.. które drzewo najciekawsze???
Zdjęcia zrobiłam w dniu 27 lutego 2019 roku.

Hollyłódź

Łódź jak żadne polskie miasto zasługuje na miano stolicy polskiej kinematografii. Już od 1948 roku słynna łódzka Filmówka, czyli Państwowa W...