Kochani Moi!
W numerze 2/270/ - luty 2019 Gazety Kulturalnej Zelów znalazłam na stronie 18 i 19 recenzję mojej książki o Warszawie.
Napisał ją poeta i krytyk Andrzej Gnarowski.
Będzie mi bardzo miło jesli tę recenzję przeczytacie. I jeśli osoby, które mają i znają moją książkę napiszą na temat tej recenzji parę słów.
Zrozumiem też, jeśli recenzji nie przeczytacie - jest dość długa i nieco skomplikowana.
Recenzja jest dostępna na stronie Gazety Kulturalnej. Ale Gazeta w formie papierowej wydawana jest w niewielu egzemplarzach tylko dla osób zainteresowanych.
Dlatego pozwoliłam sobie przepisać ją dla Was.
Vademecum
osobliwości
„Warszawa
jest płaskim miastem i wschód słońca zaczyna się nad nią z
daleka, latem pastelowo przejrzysty, różowy i siny, zimą
pomarańczowy i ostry”. A. Żuławski
Lektura
trzeciej książki Jadwigi Śmigiery „Moje warszawskie zwariowanie”
uświadamia nam, że autorka posiadła wiedzę historyczną, której
te stronice zawdzięczają wiarygodność do jakiej powinny
predystynować.
A może anioł stróż prowadził ją – jak
aniołowie prowadzili proroków. Sytuacja (nawet niepełnej)
informacji wymaga dużej przenikliwości, daru obserwacji nawet
drugorzędnych zdawałoby się szczegółów i zarazem dobrej
pamięci. Tylko w taki sposób można przeniknąć do tajemniczych
zakamarków sumienia i świadomości czytelników.
Tytuły
poprzednich książek „Zwariowałam” i „Nadal wariuję” (na
pierwszy rzut oka mogą wydać się nieco enigmatyczne) słownik
wyrazów bliskoznacznych wymienia cechy charakterystyczne słowa
„zwariowanie” – w piętkę gonić. Mieć bzika, ćwieka,
młynka, fioła, chysia. Mieć kręćka, fiksum dyrdum. Nie pytajmy –
czy w tym zwariowaniu jest metoda?
Tworzenie jest sprawą szaleńczo
subiektywną – osobną. Teza ta jest jednym z podstawowych
wyznaczników dzieła i otwiera przed nami perspektywy
interpretacyjne. Dlatego, że zapewnia piszącemu tzw.
„zinstytucjonalizowane współistnienie”. Nad autorką tej
książki spoczywał obowiązek przekazania faktów – i, że z
jednej strony chroni ją przeszłość, a z drugiej przyszłość. A
więc może poczuć się bezpieczną – nie strząsając z siebie
teraźniejszości jak kropli wrzącej wody.
Z duchem epoki rusza w
dalszą drogę. Poznajemy sekrety miasta – a zwłaszcza damskie
sekrety, które mają skłonność do poetyckości. To one przychodzą
jako informacje. Nie my je stwarzamy – one po prostu są.
Wyłaniają
się ze świata dzieciństwa: „Tu się urodziłam i tu całe życie
mieszkam”. O Warszawie wiemy jeszcze, że jej tajemnica leży w
nieodwołalności wyroku, gdzieś, kiedyś, wszak orzeczonego. W
okresie Księstwa Warszawskiego (1807-15) nastąpiło wielkie
ożywienie – wtedy podjęto szersze plany urbanistyczne. Dzisiaj o
Księstwie Warszawskim mówi się często z szyderstwem i pogardą
„rosyjski komunizm zapanował nad pobitym, wykrwawionym miastem
europejskim”.
Trzeba się nauczyć tak właśnie patrzeć na
miasto, żeby wzbogacić jego perspektywę o nasze najprawdziwsze i
najgłębsze uczucia. Dostrzegać poszczególne ulice, obrazy i
widoki, które będą nam przywoływać na myśl różne stany duszy.
Może się zdarzyć, że kochamy swoje miasto (jak zdarzyło się
autorce) jak kocha się rodzinę.
Portret miasta posiada już
określone własne miejsce w ogromnym ciągu poezji i prozy płynącym
przez stulecia. Czasem tylko, spoza tych rzeczy bliskich i
bezspornych wyłania się twarz naszych czasów – wysmukłe drzewo,
księżyc pomiędzy kwadrą a pełnią, plaster chmury i kościelna
wieża. Śmigiera potwierdza regułę, że pisarze to istoty wrażliwe
– całą jej uwagę pochłania miasto, które jest jej Małą
Ojczyzną.
Myślę, że bez wahania dostrzeże różnicę pomiędzy
wiosenną burzą – a starotestamentowym potopem. A to oznacza, że
nie wpatruje się w przestrzeń (nazwijmy to przestrzenią
wewnętrzną) bez potrzeby – nie widząc tej drugiej strony i mając
mnóstwo informacji do przetworzenia, którą trzeba pochwycić
samej, bo nikt jej nie przekaże.
Rzetelna informacja polega na
niewyobrażalnym stopniu autentyzmu i namacalności.
Kobiety wysyłają
wyobraźnię w przeszłość i umiejscawiają ją w konkretnych
punktach – autorka ma jakieś swoje miejsce w życiu, które jest
jej oknem na świat.
Obecne i niezbędne, które zdolne jest uczynić
zeń sugestywną egzemplifikację niepowtarzalnych wrażeń i doznań
np. „Park Łazienkowski, czyli Łazienki Królewskie, uważany jest
za najszczęśliwsze miejsce w Warszawie”. To jedna z osobliwości,
która tworzyła z naszymi poprzednikami przeszłość, tak jak
współtworzy z nami teraźniejszość.
Druga osobliwość to
„Pałacyk Szustra, który znajduje się w Parku Morskie Oko (byłem
przed laty na ślubie wybitnego poety R. Śliwonika, który wspominam
z rozrzewnieniem).
Do którego ze światów przenikających się
nawzajem w wielowymiarowej rzeczywistości powinniśmy zaliczyć
Stare Miasto – o którym autorka wspomina w rozdziałach: „Ten
drugi rynek”, „Poszłam na Stare Miasto”, „Jak to było z
odbudową warszawskiego Starego Miasta”. Potem „Tajemnice Placu
Zamkowego” z Kolumną Zygmunta (wzniesioną w 1644 r.) i oczywiście
Zamek Królewski powstały z ruin.
Na wyciągnięcie ręki Krakowskie
Przedmieście – fasady domów, odbudowanych podług siedemnasto,
osiemnasto i dziewiętnastowiecznego stylu... Autorka postanowiła
nie pogrążać nas czytelników widokami (które pamiętam z
młodości) czyli dzikiej, nożowniczej i lumpenproletariackiej
Warszawy. Z nieporządkiem płyt chodnikowych ułożonych niechlujnie
i wysterczających się tu i ówdzie – psując wrażenie
europejskiego ładu.
„Salonem Warszawy” autorka- varsavianistka
(cokolwiek to znaczy) nazwała tę część miasta: „To wyjątkowa
przestrzeń, a a właściwie ciąg kilku ulic – Krakowskie
Przedmieście, Nowy Świat i Aleje Ujazdowskie – zwana jest też
Traktem Królewskim, bo tędy jeździli królowie z Zamku do Łazienek
i dalej do Wilanowa”. Idąc Traktem Królewskim napotykamy na swej
drodze m.in. „Pałac Prezydencki”, „Hotel Bristol”,
„Uniwersytet Warszawski”, „Kościół św. Krzyża z sercem
Chopina”, „Polską Akademię Nauk”.
Za Świętokrzyską
wchodzimy w Nowy Świat (o którym wiadomo, że cały świat był
zawsze Nowym Światem) za kawiarnią wpisującą się wówczas w
życie kulturalne miasta (czego przykładem był słynny kabaret
„Dudek”). Nieopodal sklepu muzycznego dostrzeżemy tablicę
upamiętniającą grupę poetycką „Skamander” z J.
Iwaszkiewiczem w roli głównej. Pod numerem 35. mieści się
Najstarsza Cukiernia Bliklego (otwarta w 1869 roku) – o słynnych
pączkach i tortach Bliklego autorka pisze ciepło i ze smakiem.
Może
właśnie trzeba iść za głosem natury, głosem emocji i trochę
(lekce sobie ważąc) pułapki cywilizacji.
Lewobrzeżna część
Warszawy czyli Praga w rozdziale „Obrzydliwa” – mamy zarówno
efektowną wycieczkę w krainę „wszechmożliwości”– jak
również powrót w gigantyczne ludzkie mrowisko pod dachem świata z
odległej przeszłości: „o Pradze myślałam jak o siedlisku
prostytutek i złodziei, z podwórkami pełnymi pijaków. Ironia losu
spowodowała, że zamieszkałam niedaleko niej i mieszkam tu do dziś
(...) „Ci, którzy mieszkają na Pradze (perłą tej dzielnicy jest
słynny Bazar Różyckiego) od urodzenia i „z dziada pradziada”
twierdzą, że ta dzielnica ma swoje „genius loci”.
Uznajmy to –
za swoisty reportaż krajoznawczy, który spełnia rolę przewodnika
turystycznego (opracowany szczegółowo). W świadomości mieszkańców
Praga pełni zapewne rolę medium, poprzez które dokonuje się
projekcja przeszłości na wydarzenia współczesne (należy dodać,
że jest ich wiele).
Jadwiga Śmigiera świadoma wagi tematu posiada
niekłamany dar poruszania czytelniczej wrażliwości. Unika
skrajności – jest jakby pośrodku, w samym centrum życia –
żywioły kłębią się i przenikają.
Świat (a w nim Warszawa)
jest jedną nieustającą eksplozją. Jedni uważają, że nie była
i nie jest piękniejsza od Pragi Czeskiej, Budapesztu, Wiednia,
Paryża czy Rzymu. Drudzy sądzą, że jest najpiękniejszym miastem
świata.
Sądzę, że czas miłowania – w naszej epoce przegląda
się w czasie nienawiści, a czas pokoju w czasie wojny.
Na stronie
189 czytamy: „Nie można zrozumieć Warszawy, nie wczuwając się w
jej historię poprzez pryzmat najbardziej tragicznego i
„bohaterskiego zrywu mieszkańców stolicy, który przeszedł do
historii pod nazwą Powstania Warszawskiego”. W związku z tym
wydarzeniem (bez precedensu) powinno się wspomnieć o pokoleniu,
które wierzyło w sprawdzone, patriotyczne „sensy i
chrześcijańskie odniesienia”.
Poeci tamtego czasu jak:
Czechowicz, Gajcy – a zwłaszcza Baczyński. Świadek historii,
którą chcąc czy nie chcąc współtworzył. Przed śmiercią
napisał wiersz „Warszawa” oto fragment: „Miasto groźne jak
obryw trumny. / Czasem głuchym jak burz maczugą / zawalone w
przepaść i dumne / jak lew czarny, co kona długo.” Znaleźliśmy
się jakby za progiem cywilizacji – wygnani w obszary zupełnie nas
nie pragnące. Jak w „Wielkim Tygodniu” Jerzego Andrzejewskiego,
„gdzie wiosennie ubrani warszawiacy zbierali się na placu
Krasińskich u muru getta (...) i patrzyli na skaczące ze złotych
okien ludzkie ciężkie ciała bojowców żydowskich przypartych
pożarem (...) i kobiet wyskakujących aby zabić siebie i dziecko
trzymane na sobie”.
Muszę przyznać, że moją „ciekawość”
rozbudził fakt, że ojcem autorki był artysta rzeźbiarz Leon
Machowski. W poprzedniej książce autorka zamieściła kilkanaście
czarno białych zdjęć rzeźb, które są jej własnością.
To
jednak nie jest pełny obraz, żeby zrozumieć jak artysta budował
swój światoobraz z elementów najbardziej typowych, z tworzywa,
które najbardziej przystaje do rzeczywistości. Nie ma tu przesadnej
prostoty, ale nie ma również nadzwyczajnego bogactwa.
Jest to, co
być powinno.
Ekspresja kształtu rzeźbiarskiego zawsze gwarantuje
niespodzianki twórcze.
W książce, o której mowa (obecnie) czytamy
o jeszcze jednej osobliwości – o nagrobku książąt Mazowieckich:
„Zniszczony nagrobek (w katedrze św. Jana) został zrekonstruowany
i umieszczony w prawej nawie katedry, podstawą rekonstrukcji był
odlew gipsowy nagrobka, dokonany w okresie międzywojennym. Przetrwał
on wojnę i znajdował się w Muzeum Historycznym miasta stołecznego
Warszawy. Według znawców rekonstrukcja została dokonana w sposób
mistrzowski. Podjął się jej w 1966 roku mój ojciec”.
Ze
wspomnianego „epizodu” wrażliwy czytelnik wybierze ten motyw,
który jest mu najbliższy – jeśli autor odsunie go na drugi plan
albo nie wykrystalizuje go w pełni – w czytającym wytwarza się
stan oczekiwania. Może autorka rozszerzy ten temat?
PS.
W odzie do miłości własnej – do miłości bliźniego (do miejsc,
w których się przebywa – uczestnictwem w twardych realiach życia
codziennego – w takim, a nie innym miejscu) uświadamiamy sobie
(wraz z autorką) psychologiczny ciężar genetycznego dziedzictwa, w
którym to najbardziej nieszczęśliwi odnajdują szczęście, dające
poczucie mocy i bezpieczeństwa...