czwartek, 14 lutego 2019

Miłość

LUDZIE
Konstancja Nowina Konopka
Agencja Fotograficzna Edytor
Iran. Przestrzeń miejskiego autobusu w Teheranie jest podzielona z przyczyn kulturowo-religijnych.
Osobno podróżują kobiety, osobno mężczyźni.
Miłość nie zna tych granic.
1 maja 2017.


To zdjęcie zeskanowałam dla Was z 21 numeru Magazynu Stowarzyszenia Autorów ZAiKS.
Przepisałam też wiernie to co zostało o nim napisane.
Dziękuję, jeśli coś na jego temat napiszecie.

poniedziałek, 11 lutego 2019

Obiecuję że nie przewróci mi się w głowie....

Kochani Moi!
W numerze 2/270/ - luty 2019 Gazety Kulturalnej Zelów znalazłam na stronie 18 i 19 recenzję mojej książki o Warszawie.
Napisał ją poeta i krytyk Andrzej Gnarowski.
Będzie mi bardzo miło jesli tę recenzję przeczytacie. I jeśli osoby, które mają i znają moją książkę napiszą na temat tej recenzji parę słów.
Zrozumiem też, jeśli recenzji nie przeczytacie - jest dość długa i nieco skomplikowana.
Recenzja jest dostępna na stronie Gazety Kulturalnej. Ale Gazeta w formie papierowej wydawana jest w niewielu egzemplarzach tylko dla osób zainteresowanych.
Dlatego pozwoliłam sobie przepisać ją dla Was.



Vademecum osobliwości

Warszawa jest płaskim miastem i wschód słońca zaczyna się nad nią z daleka, latem pastelowo przejrzysty, różowy i siny, zimą pomarańczowy i ostry”. A. Żuławski

Lektura trzeciej książki Jadwigi Śmigiery „Moje warszawskie zwariowanie” uświadamia nam, że autorka posiadła wiedzę historyczną, której te stronice zawdzięczają wiarygodność do jakiej powinny predystynować. 
A może anioł stróż prowadził ją – jak aniołowie prowadzili proroków. Sytuacja (nawet niepełnej) informacji wymaga dużej przenikliwości, daru obserwacji nawet drugorzędnych zdawałoby się szczegółów i zarazem dobrej pamięci. Tylko w taki sposób można przeniknąć do tajemniczych zakamarków sumienia i świadomości czytelników. 
Tytuły poprzednich książek „Zwariowałam” i „Nadal wariuję” (na pierwszy rzut oka mogą wydać się nieco enigmatyczne) słownik wyrazów bliskoznacznych wymienia cechy charakterystyczne słowa „zwariowanie” – w piętkę gonić. Mieć bzika, ćwieka, młynka, fioła, chysia. Mieć kręćka, fiksum dyrdum. Nie pytajmy – czy w tym zwariowaniu jest metoda? 
Tworzenie jest sprawą szaleńczo subiektywną – osobną. Teza ta jest jednym z podstawowych wyznaczników dzieła i otwiera przed nami perspektywy interpretacyjne. Dlatego, że zapewnia piszącemu tzw. „zinstytucjonalizowane współistnienie”. Nad autorką tej książki spoczywał obowiązek przekazania faktów – i, że z jednej strony chroni ją przeszłość, a z drugiej przyszłość. A więc może poczuć się bezpieczną – nie strząsając z siebie teraźniejszości jak kropli wrzącej wody. 
Z duchem epoki rusza w dalszą drogę. Poznajemy sekrety miasta – a zwłaszcza damskie sekrety, które mają skłonność do poetyckości. To one przychodzą jako informacje. Nie my je stwarzamy – one po prostu są. 
Wyłaniają się ze świata dzieciństwa: „Tu się urodziłam i tu całe życie mieszkam”. O Warszawie wiemy jeszcze, że jej tajemnica leży w nieodwołalności wyroku, gdzieś, kiedyś, wszak orzeczonego. W okresie Księstwa Warszawskiego (1807-15) nastąpiło wielkie ożywienie – wtedy podjęto szersze plany urbanistyczne. Dzisiaj o Księstwie Warszawskim mówi się często z szyderstwem i pogardą „rosyjski komunizm zapanował nad pobitym, wykrwawionym miastem europejskim”. 
Trzeba się nauczyć tak właśnie patrzeć na miasto, żeby wzbogacić jego perspektywę o nasze najprawdziwsze i najgłębsze uczucia. Dostrzegać poszczególne ulice, obrazy i widoki, które będą nam przywoływać na myśl różne stany duszy. Może się zdarzyć, że kochamy swoje miasto (jak zdarzyło się autorce) jak kocha się rodzinę. 
Portret miasta posiada już określone własne miejsce w ogromnym ciągu poezji i prozy płynącym przez stulecia. Czasem tylko, spoza tych rzeczy bliskich i bezspornych wyłania się twarz naszych czasów – wysmukłe drzewo, księżyc pomiędzy kwadrą a pełnią, plaster chmury i kościelna wieża. Śmigiera potwierdza regułę, że pisarze to istoty wrażliwe – całą jej uwagę pochłania miasto, które jest jej Małą Ojczyzną. 
Myślę, że bez wahania dostrzeże różnicę pomiędzy wiosenną burzą – a starotestamentowym potopem. A to oznacza, że nie wpatruje się w przestrzeń (nazwijmy to przestrzenią wewnętrzną) bez potrzeby – nie widząc tej drugiej strony i mając mnóstwo informacji do przetworzenia, którą trzeba pochwycić samej, bo nikt jej nie przekaże. 
Rzetelna informacja polega na niewyobrażalnym stopniu autentyzmu i namacalności. 
Kobiety wysyłają wyobraźnię w przeszłość i umiejscawiają ją w konkretnych punktach – autorka ma jakieś swoje miejsce w życiu, które jest jej oknem na świat. 
Obecne i niezbędne, które zdolne jest uczynić zeń sugestywną egzemplifikację niepowtarzalnych wrażeń i doznań np. „Park Łazienkowski, czyli Łazienki Królewskie, uważany jest za najszczęśliwsze miejsce w Warszawie”. To jedna z osobliwości, która tworzyła z naszymi poprzednikami przeszłość, tak jak współtworzy z nami teraźniejszość. 
Druga osobliwość to „Pałacyk Szustra, który znajduje się w Parku Morskie Oko (byłem przed laty na ślubie wybitnego poety R. Śliwonika, który wspominam z rozrzewnieniem).
 Do którego ze światów przenikających się nawzajem w wielowymiarowej rzeczywistości powinniśmy zaliczyć Stare Miasto – o którym autorka wspomina w rozdziałach: „Ten drugi rynek”, „Poszłam na Stare Miasto”, „Jak to było z odbudową warszawskiego Starego Miasta”. Potem „Tajemnice Placu Zamkowego” z Kolumną Zygmunta (wzniesioną w 1644 r.) i oczywiście Zamek Królewski powstały z ruin.

 Na wyciągnięcie ręki Krakowskie Przedmieście – fasady domów, odbudowanych podług siedemnasto, osiemnasto i dziewiętnastowiecznego stylu... Autorka postanowiła nie pogrążać nas czytelników widokami (które pamiętam z młodości) czyli dzikiej, nożowniczej i lumpenproletariackiej Warszawy. Z nieporządkiem płyt chodnikowych ułożonych niechlujnie i wysterczających się tu i ówdzie – psując wrażenie europejskiego ładu. 
„Salonem Warszawy” autorka- varsavianistka (cokolwiek to znaczy) nazwała tę część miasta: „To wyjątkowa przestrzeń, a a właściwie ciąg kilku ulic – Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat i Aleje Ujazdowskie – zwana jest też Traktem Królewskim, bo tędy jeździli królowie z Zamku do Łazienek i dalej do Wilanowa”. Idąc Traktem Królewskim napotykamy na swej drodze m.in. „Pałac Prezydencki”, „Hotel Bristol”, „Uniwersytet Warszawski”, „Kościół św. Krzyża z sercem Chopina”, „Polską Akademię Nauk”. 
Za Świętokrzyską wchodzimy w Nowy Świat (o którym wiadomo, że cały świat był zawsze Nowym Światem) za kawiarnią wpisującą się wówczas w życie kulturalne miasta (czego przykładem był słynny kabaret „Dudek”). Nieopodal sklepu muzycznego dostrzeżemy tablicę upamiętniającą grupę poetycką „Skamander” z J. Iwaszkiewiczem w roli głównej. Pod numerem 35. mieści się Najstarsza Cukiernia Bliklego (otwarta w 1869 roku) – o słynnych pączkach i tortach Bliklego autorka pisze ciepło i ze smakiem. 
Może właśnie trzeba iść za głosem natury, głosem emocji i trochę (lekce sobie ważąc) pułapki cywilizacji. 
Lewobrzeżna część Warszawy czyli Praga w rozdziale „Obrzydliwa” – mamy zarówno efektowną wycieczkę w krainę „wszechmożliwości”– jak również powrót w gigantyczne ludzkie mrowisko pod dachem świata z odległej przeszłości: „o Pradze myślałam jak o siedlisku prostytutek i złodziei, z podwórkami pełnymi pijaków. Ironia losu spowodowała, że zamieszkałam niedaleko niej i mieszkam tu do dziś (...) „Ci, którzy mieszkają na Pradze (perłą tej dzielnicy jest słynny Bazar Różyckiego) od urodzenia i „z dziada pradziada” twierdzą, że ta dzielnica ma swoje „genius loci”. 
Uznajmy to – za swoisty reportaż krajoznawczy, który spełnia rolę przewodnika turystycznego (opracowany szczegółowo). W świadomości mieszkańców Praga pełni zapewne rolę medium, poprzez które dokonuje się projekcja przeszłości na wydarzenia współczesne (należy dodać, że jest ich wiele). 
Jadwiga Śmigiera świadoma wagi tematu posiada niekłamany dar poruszania czytelniczej wrażliwości. Unika skrajności – jest jakby pośrodku, w samym centrum życia – żywioły kłębią się i przenikają.

Świat (a w nim Warszawa) jest jedną nieustającą eksplozją. Jedni uważają, że nie była i nie jest piękniejsza od Pragi Czeskiej, Budapesztu, Wiednia, Paryża czy Rzymu. Drudzy sądzą, że jest najpiękniejszym miastem świata.
Sądzę, że czas miłowania – w naszej epoce przegląda się w czasie nienawiści, a czas pokoju w czasie wojny. 
Na stronie 189 czytamy: „Nie można zrozumieć Warszawy, nie wczuwając się w jej historię poprzez pryzmat najbardziej tragicznego i „bohaterskiego zrywu mieszkańców stolicy, który przeszedł do historii pod nazwą Powstania Warszawskiego”. W związku z tym wydarzeniem (bez precedensu) powinno się wspomnieć o pokoleniu, które wierzyło w sprawdzone, patriotyczne „sensy i chrześcijańskie odniesienia”. 
Poeci tamtego czasu jak: Czechowicz, Gajcy – a zwłaszcza Baczyński. Świadek historii, którą chcąc czy nie chcąc współtworzył. Przed śmiercią napisał wiersz „Warszawa” oto fragment: „Miasto groźne jak obryw trumny. / Czasem głuchym jak burz maczugą / zawalone w przepaść i dumne / jak lew czarny, co kona długo.” Znaleźliśmy się jakby za progiem cywilizacji – wygnani w obszary zupełnie nas nie pragnące. Jak w „Wielkim Tygodniu” Jerzego Andrzejewskiego, „gdzie wiosennie ubrani warszawiacy zbierali się na placu Krasińskich u muru getta (...) i patrzyli na skaczące ze złotych okien ludzkie ciężkie ciała bojowców żydowskich przypartych pożarem (...) i kobiet wyskakujących aby zabić siebie i dziecko trzymane na sobie”. 

Muszę przyznać, że moją „ciekawość” rozbudził fakt, że ojcem autorki był artysta rzeźbiarz Leon Machowski. W poprzedniej książce autorka zamieściła kilkanaście czarno białych zdjęć rzeźb, które są jej własnością. 
To jednak nie jest pełny obraz, żeby zrozumieć jak artysta budował swój światoobraz z elementów najbardziej typowych, z tworzywa, które najbardziej przystaje do rzeczywistości. Nie ma tu przesadnej prostoty, ale nie ma również nadzwyczajnego bogactwa. 
Jest to, co być powinno. 
Ekspresja kształtu rzeźbiarskiego zawsze gwarantuje niespodzianki twórcze. 
W książce, o której mowa (obecnie) czytamy o jeszcze jednej osobliwości – o nagrobku książąt Mazowieckich: „Zniszczony nagrobek (w katedrze św. Jana) został zrekonstruowany i umieszczony w prawej nawie katedry, podstawą rekonstrukcji był odlew gipsowy nagrobka, dokonany w okresie międzywojennym. Przetrwał on wojnę i znajdował się w Muzeum Historycznym miasta stołecznego Warszawy. Według znawców rekonstrukcja została dokonana w sposób mistrzowski. Podjął się jej w 1966 roku mój ojciec”.

Ze wspomnianego „epizodu” wrażliwy czytelnik wybierze ten motyw, który jest mu najbliższy – jeśli autor odsunie go na drugi plan albo nie wykrystalizuje go w pełni – w czytającym wytwarza się stan oczekiwania. Może autorka rozszerzy ten temat?

PS. W odzie do miłości własnej – do miłości bliźniego (do miejsc, w których się przebywa – uczestnictwem w twardych realiach życia codziennego – w takim, a nie innym miejscu) uświadamiamy sobie (wraz z autorką) psychologiczny ciężar genetycznego dziedzictwa, w którym to najbardziej nieszczęśliwi odnajdują szczęście, dające poczucie mocy i bezpieczeństwa...

Andrzej Gnarowski



sobota, 9 lutego 2019

Warszawski luty


1. 1 lutego 1925 roku Stacja Doświadczalna Warszawskiego Towarzystwa Radiotechnicznego przy ulicy Narbutta nadała pierwszą oficjalną audycję radiową w Polsce.

2. 1 lutego 1944 roku Oddział specjalny Kedywu Komendy Głównej AK „Pegaz” dokonał udanego zamachu na Franza Kutscherę, dowódcę SS i Policji dystryktu warszawskiego. Akcja odbyła się na rogu Alei Ujazdowskich i Chopina. W odwecie 10 lutego okupant rozstrzelał 140 osób w ulicznej egzekucji przy ulicy Barskiej.

3. 7 lutego 1908 roku w Warszawie uruchomiono Elektrownię Tramwajów Miejskich.

4. 10 lutego 1648 roku król Władysław IV Waza nadal prawa miejskie osadzie leżącej po drugiej stronie Wisły naprzeciwko Starego Miasta i dzisiejszego Mariensztatu czyli Pradze. Centrum miasta znajdowało się w rejonie dzisiejszego Parku Praskiego i Ogrodu Zoologicznego.


5. 10 lutego 1919 roku w Warszawie zainaugurował obrady Sejm Ustawodawczy, zwany Konstytuantą. Był on jednoizbowym organem parlamentarnym wybranym dla uchwalenia konstytucji II Rzeczypospolitej. Ostatnie posiedzenie Sejmu odbyło się 27 listopada 1922 roku.
 

6. 12 lutego 1784 roku w obecności króla Stanisława Augusta nadworny chemik i mineralog Stanisław Okraszewski dokonał udanej próby wypuszczenia w powietrze nad Warszawą balonu napełnionego wodorem.

7. 20 lutego 1578 roku przed kościołem św. Anny w Warszawie w imieniu chorego umysłowo księcia Prus Albrechta Fryderyka sprawujący nad nim kuratelę Jerzy Fryderyk von Anzbach złożył hołd lenny królowi Stefanowi Batoremu /był to jeden z tzw. hołdów pruskich, pierwszy złożony w Warszawie/.

8. 24 lutego 1833 roku Teatr Wielki w Warszawie zainaugurował działalność. Pierwszą wystawioną sztuką był „Cyrulik Sewilski” Gioacchina Rossiniego.



9. 27 lutego 1861 roku odbyła się manifestacja patriotyczna w Warszawie krwawo stłumiona przez wojsko rosyjskie. Poległo pięciu demonstrantów, których pogrzeb 2 marca na Powązkach przerodził się w kolejną demonstrację patriotyczną.
-----------------------------------------------------------------
Mam prośbę do wszystkich czytających...

Napiszcie proszę które z tych wydarzeń miało według Was największe znaczenie dla Warszawy i dla Polski.

P.S. Tekst opracowałam na bazie artykułu znajdującego się w 2 /107/ numerze miesięcznika Skarpa Warszawska.

czwartek, 7 lutego 2019

Morskie Oko nasze...



Jeszcze Polska nie zginęła,
Wiwat plemię lasze
Słuszna sprawa górę wzięła,
Morskie Oko nasze”.
To znany aktor i zapamiętały miłośnik Morskiego Oka Ludwik Solski ułożył do melodii „Mazurka Dąbrowskiego” taką właśnie okolicznościową zwrotkę. A stało się to po tym jak w granicznym sporze między Galicją a Węgrami o tytuł do własności połowy Morskiego Oka zapadł w roku 1902 sprawiedliwy wyrok sądu polubownego w Grazu. Wyrokiem sądu całe Morskie Oko przyznano Galicji. Fakt ten zawdzięczamy Oswaldowi Balcerowi, którego znakomicie skonstruowany wywód prawny przyczynił się do tego zwycięstwa.
Morskie Oko to emocjonalny symbol Tatr. To nad brzegiem tego owianego legendami górskiego jeziora członkowie założonego w roku 1873 Towarzystwa Tatrzańskiego /a więc dr. Tytus Chałubiński, ks. Józef Stolarczyk, Walery Eljasz –Radzikowski i inni/ znajdowali skrawek wolnej Ojczyzny. Poeta powiedziałby, że spoglądając na szybujące nad szczytami orły widzieli w ich skrzydłach białe pióra…
O Morskim Oku prawiły dziwy prastare legendy, opowiadane przez pasterzy góralskich, kłusowników, poszukiwaczy leczniczych ziół i legendarnych skarbów. Wedle niektórych jest ono połączone z Morzem Bałtyckim albo nawet Śródziemnym i skrywa na dnie wielkie skarby, takie jak na przykład szkatułka z perłami weneckiego kupca i kociołek ze zbójeckimi dukatami pilnowany przez tajemniczego Króla Złotych Węży. Wedle przekazów, na jego dnie znajduje się też popiersie cesarza Franciszka Józefa zrzucone z Rysów przez taterników. Według innej legendy jakiś „pan Morski” łzami po stracie ukochanej córki wypełnił skalną misę jeziora. Niektórzy z opowiadających słyszeli podobno podziemne dzwony kościoła zapadłego w skały Żabiego.
A wspomniany Król Złotych Węży ma w masywie Mięguszowieckich Szczytów swe mieszkanie. I w gorące letnie dni wypełza na skały i grzeje się na słońcu. Na głowie ma złotą koronę, a w niej cudownie lśniący brylant. Bajecznego węża można czasami oglądać jak okręca splotami wierchy.
O Morskim Oku i o otaczających go szczytach powstawały legendy. Opowiadano je dzieciom, pisano o nich poematy, malowano je na romantycznych obrazach.
Dwieście lat temu pojawili się nad tym jeziorem pierwsi poszukiwacze skarbów i ziół. Po nich nadeszli romantyczni łowcy przygód, tacy jak Helena i Rafał z „Popiołów” Żeromskiego. Potem poeci, malarze i miłośnicy pierwotnej przyrody. Zjawili się oczywiście i uczeni, którzy chcieli wszystko dokładnie zbadać, zmierzyć i opisać. Ale wspomnę tylko o Stanisławie Staszicu. Nie będę wymieniać, którzy malarze malowali Morskie Oko. Krócej będzie, jeśli napiszę, że prawie wszyscy. Przecież nie jedno muzeum czy galerię w Polsce i za granicą zdobią obrazy przedstawiające to jezioro.
Nie będę też pisać ile poematów powstało na jego temat. Ani ile utworów muzycznych zawiera w sobie szum potoków i wodospadów spływających do Morskiego Oka. To tam wielcy muzycy tacy jak Mieczysław Karłowicz usłyszeli i przelali na pięciolinię muzykę gór.
W wodach Morskiego Oka do dzisiaj żyją pstrągi. Znajdują się one pod ochroną i nikomu ich łowić nie wolno.
Otoczenie jeziora jest obszarem niezwykle cennym przyrodniczo. Rosną tu okazałe limby, które można zobaczyć wędrując ścieżką wokół jeziora.
I jeszcze tylko kilka danych:
Morskie Oko ma powierzchnię 34,5 ha /według innych danych 34,9 ha/. Jego głębokość sięga 50,8 metra. Woda ma barwę zieloną, a przeźroczystość sięga 11-14 metrów. Położone jest na wysokości 1395 m.n.p.m.
-----------------------------------------------------------------------------------
To jezioro i jego otoczenie to bajka.
Niestety, w tej bajce występuje za dużo turystów, a szczególnie pseudo-turystów.
Według „The Wall Street Journal” jest to jedno z pięciu najpiękniejszych jezior świata. 


wtorek, 5 lutego 2019

Kamienne Schodki czyli ....."Warszawa w filmie"

Ten tekst dedykuję HENRYKOWI, który właśnie czyta moją książkę o Warszawie.


Niektórzy z Was pamiętają może, że w książce „Moje warszawskie zwariowanie” jeden tekst poświęciłam uliczce Kamienne Schodki. Był to tekst pt: Warszawskie schodki do nieba.

Znany varsavianista Jerzy S.Majewski w książce „Spacerownik Warszawa w filmie”, tak napisał o Kamiennych Schodkach, które są najbardziej stromą uliczką Warszawy:

Od dwóch stuleci to ulubiony plener warszawskich malarzy i fotografików, a co najmniej od lat 30. XX wieku także filmowców. Ci upodobali sobie wątek ratowania dziewczyn osaczonych na tej wąskiej uliczce niedającej szans na ucieczkę.”

I dalej…
W filmie „Młody las”/reż Józef Leites, 1934/ dziewczynę niosącą bibułę brutalnie zaczepia cywilny agent rosyjskiej ochrany, a ratuje ją dzielny gimnazjalista – ciosem w szczękę zrzuca tajniaka ze schodów.
W „Małżeństwie z rozsądku” Andrzej /Daniel Olbrychski/ wyobraża sobie, że na Kamiennych Schodkach pokonuje bandę chuliganów, którzy osaczają Joannę /Elżbieta Czyżewska/. Sam kładzie wszystkich pokotem, a Joanna oddaje mu serce. 

Bareja powtórzy podobną scenę kilkanaście lat później w serialu „Zmiennicy”/reż Stanisław Bareja - 1986-87/ . Tu podobnie jak wcześniej bohater kreowany przez Olbrychskiego tak teraz Jacek Żytkiewicz /Mieczysław Hryniewicz/ będzie wyobrażał sobie jak ratuje Kasię / Ewa Błaszczyk/.

Kamienne schodki pojawiają się też w scenach mniej dramatycznych m.inn w filmach „Lekarstwo na miłość” / Jan Batory, 1966/ czy „Och Karol 2" /reż Piotr Wereśniak, 2011/. W tym ostatnim Karolowi Górskiemu /Piotr Adamczyk/ wydaje się, że gdy schodzi po schodkach oglądają się za nim tłumy pięknych kobiet. „Pomysł, że spędzę resztę zycia z jedną, tylko jedną kobietą przeraża mnie” - mówi pod wpływem tej wizji psychoanalitykowi”

Jak pisze autor książki Warszawa to najbardziej filmowe miasto Polski a jej budynki od początku XX wieku występują zarówno w rolach głównych jak i w tle ruchomych obrazów.

A mnie jako osobę beznadziejnie zakochaną w swoim mieście także  i ten fakt bardzo cieszy.

A książkę polecam nie tylko warszawiakom. Jest niezwykle ciekawa.


Poznajecie kto jest na okładce książki.? I z jakiego to filmu zdjęcie?

niedziela, 3 lutego 2019

W krainie Łemków /X/ - słyszeliście o Państwie Muszyńskim???

                                                        Ruiny zamku w Muszynie

To było tak:
Najstarsza pisemna wzmianka o Muszynie pochodzi z roku 1288 z dokumentów według których Wysz z Niegowici herbu Półkozic zapisał swoje dobra w tym Muszynę, biskupowi krakowskiemu Pawłowi z Przemiankowa. Wydarzenie to uznawane jest za początek powstania „Państwa Muszyńskiego” inaczej zwanego „Kluczem Muszyńskim”. Wówczas w jego skład wchodziły dwa miasteczka – Muszyna i Tylicz, oraz 35 wsi zamieszkanych przez ludność rusińską.

Przez wieki „Państwo Muszyńskie” należało do biskupów krakowskich, potem zostało włączone do dóbr królewskich, następnie za panowania Władysława Jagiełły zostało zwrócone biskupowi Zbigniewowi Oleśnickiemu.

W Muszynie na stromym wzgórzu pasma Koziejówki znajdował się Zamek. Powstał on ok. 1390 roku i miał za zadanie bronić granicy i szlaków handlowych, oraz pełnić funkcję komory celnej. Twierdza ta była rezydencją biskupiego „Państwa Muszyńskiego” do 1474 roku, kiedy to została niemal całkowicie zniszczona podczas najazdu na Polskę króla węgierskiego Macieja Korwina. 
Zamek został odbudowane w stylu neorenesansowym przez Węgrów. Od tego momentu pełnił wyłącznie funkcję strażniczą. A od połowy XVII wieku budowla popadła w ruinę.

Państwo Muszyńskie należało do biskupów krakowskich do 1781 roku, kiedy to przeszło na własność rządu austriackiego jako „dobra kameralne”.

Znajdujące się tam majątki przeznaczono na tzw. fundusz religijny. Wcześniej, w sierpniu 1770 roku tereny te oderwano od Polski i przyłączono do Węgier. Po I rozbiorze Polski włączono je do Galicji.
W wiejskich osadach Państwa Muszyńskiego przeważała ludność wołosko-ruska /Łemkowie/ a ludność polska była skoncentrowana w miastach czyli w Muszynie i Tyliczu.

Państwo Muszyńskie posiadało własne siły zbrojne. Funkcję naczelnego dowódcy państwa pełnił starosta muszyński a do pomocy miał rotmistrza i poruczników. Posiadało też własną administrację i sądownictwo. A obszar Państwa Muszyńskiego wynosił 450 kilometrów kwadratowych. 

W 1958 roku w Muszynie otwarto Muzeum Regionalne PTTK Państwa Muszyńskiego – posiada ono przeszło 2000 eksponatów, w tym podróżny sepet biskupi z XVI wieku. Na jego zewnętrznej ściance namalowano wizerunek Świętej Rodziny, a na wieku od wewnątrz herb Pomian i insygnia biskupie. W roku 2010 budynek muzeum został przebudowany.

A sam budynek Muzeum Państwa Muszyńskiego to dawny zajazd wzniesiony na przełomie XVIII/XIX wieku stanowiący część podzamkowego zespołu dworskiego.

Za jedyne 2 zł od osoby zwiedziliśmy to niewielkie, ale bardzo interesujące muzeum.

Oglądaliśmy w nim pamiątki po dawnych starostach, mieszczanach muszyńskich, Łemkach oraz Żydach zamieszkujących ten region. Były tam zbiory historyczne i etnograficzne, skrzynie mieszczańskie, militaria i judaika. A także sala poświęcona sztuce nieprofesjonalnej z pracami Nikifora na czele.

Pokaże Wam jeszcze odremontowane domki połemkowskie. Stoją sobie przytulone do siebie cichutko w dwóch rzędach po obydwóch stronach ulicy Kościelnej w Muszynie.



P.S. W Muszynie-Zdroju przebywaliśmy w sanatorium od 19 września do 10 października 2018 roku. I ciągle wracamy tam wspomnieniami.

piątek, 1 lutego 2019

"Odpoczynek"...

"Toubkal zdobyty;) byłoby więcej zdjęć ze szczytu ale mi z zimna telefon padł"

- napisał w środę 30 stycznia Młodszy jak już wrócił do schroniska po zdobyciu najwyższej góry w Maroku. A temperatura na szczycie oscylowała około minus 11 stopni C. /A odczuwalna około 20 stopni C./
Swoją drogą .... nie wiedziałam że w Maroku są aż tak  piękne, zaśnieżone góry.
Toubkal ma 4167 m npm. I jest najwyższym szczytem nie tylko Maroka ale i gór Atlas. Jest jednocześnie najwyższym szczytem Afryki Północnej. 
A mamusia naiwnie myślała, że dziecko, które jest belfrem-geografem pojechało do Maroka odpoczywać i nic nie robić...
Żartuję - oczywiście, że wiedziałam. I kazałam mu się natychmiast zameldować po zdobyciu szczytu.. .I zejściu z niego.






Dzisiaj tylko tyle.... bo przecież muszę odpocząć po tym wyczynie...
------------------------------------------------------------------------------
A najwyższy szczyt całej Afryki czyli Kilimandżaro ma 5.895 m. npm... I na nim ciągle leży śnieg. Dla porównania przypomnę, że najwyższy szczyt Europy czyli Mont Blanc ma 4809 m. npm.
A tak przy okazji - czy ktoś z Was oglądał kiedyś bardzo stary film pt: "Śniegi Kilimandżaro" wg. powieści Ernesta Hemingwaya - ze wspaniałymi rolami Gregory Pecka i Avy Gardner... ???

środa, 30 stycznia 2019

Pantofelek Krystyny



Kiedyś Krystyna zapytała mnie mailem: „Napiszesz coś o mojej książce na swoim blogu”? Ale nie śpiesz się, bo książka jest jeszcze w druku”. I przesłała mi książkę w pliku.

"Oczywiście, że napiszę" – odpisałam.

Przecież o dwóch poprzednich książkach też pisałam. Byłam nimi zachwycona. Czytałam je kilka razy, wracałam do poszczególnych rozdziałów, potem akapitów, a potem brałam je tylko do ręki i odkładałam po chwili na półkę na której trzymam rzeczy najbliższe memu sercu.

I teraz nie wiem co mam napisać. To znaczy wiem, ale nie znajduję odpowiednich słów. Bo gdybym miała o tej książce coś powiedzieć to użyłabym słów pięknych ale najprostszych. Takich których się często używa gdy komuś coś bardzo się spodoba.

Ale jak to wyrazić na piśmie, żeby nie było banalnie???

To może zacznę od tego, że Krystyna jest moją mentorką.

Bo gdy na stare lata zwariowałam i wyszłam ze swoim pisaniem z „szuflady” i zaczęłam pisać blog, potem umieszczać teksty na portalu pisarskim, portalu podróżniczym i wreszcie „dorobiłam” się swojego kącika na portalu pisarze.pl to Krystyna była mi osobą najbliższą. 

To ona pierwsza zaczęła fachowo oceniać moje bardzo osobiste teksty na portalu pisarskim. To ona namówiła mnie abym najlepsze z nich wysyłała na portal pisarze.pl. To ona wreszcie jako jedna z pierwszych zasugerowała mi pisanie książek. I to ona napisała recenzje do moich dwóch pierwszych książek i słowo wstępne do książki o Warszawie.

Jestem jej za to niewyobrażalnie wdzięczna.

Tylko jak ja po tym wszystkim mam napisać obiektywną recenzję ostatniej książki Krystyny.?

Jeden z miłośników Kazimierza Dolnego – nieżyjący już Konrad Bielski w niewielkiej książeczce pt: „Spotkania z Kazimierzem” napisał na jej końcu że „ ...łamie pióro”. Bo nie znajdywał już słów aby opisać urok tego miasteczka.

I ja przy recenzowaniu książki Krystyny powinnam napisać , „że też pióro łamię”, ale nie zrobię tego. Bo to by oznaczało, że nic więcej nie napiszę.

A ja chciałabym napisać o wielkiej kulturze słowa. O jego delikatności, urodzie, barwach, odcieniach. O spokoju i zrozumieniu tematów i problemów o których pisze Krystyna. O idealizmie i jego zderzeniu z prozą życia. O tym jak trudno mają w życiu młodzi, pełni zapału ludzie o pięknych duszach i gorących sercach. Tak jak bohaterka opowieści od której wzięty został tytuł książki.

Ale to tylko jeden z poruszonych problemów.

A w każdej z dwudziestu sześciu opowieści Krystyny poruszony jest inny problem.

Historie, które opisuje Krystyna są ponadczasowe, a jednocześnie doskonale osadzone w dzisiejszym życiu.

Historie te to taki balsam na przeciętne życie przeciętnego człowieka.

Bo Krystyna, która z wykształcenia jest psychologiem doskonale wie jaki potrzebny jest balsam na dzisiejsze trudne czasy.

To taki leciutki pantofelek który zgubił Kopciuszek uciekając z balu.

Z tą tylko różnicą że ten pantofelek Krystyny pasuje do wielu skromnych, wrażliwych, mądrych i lubiących czytać piękne książki „Kopciuszków.”

Książka Krystyny Habrat pt: „Dziewczyna pląsająca w jednym pantofelku” to wyjątek w najlepszym znaczeniu tego słowa. A jest to już szósta książka Krystyny.

Krysiu – bardzo Ci dziękuję za tę piękną lekturę.
------------------------------------------------------------
P.S. Książka została wydana w Wydawnictwie "Białe Pióro".

http://ksiegarnia.wydawnictwobialepioro.pl/glowna/251-dziewczyna-plasajaca-w-jednym-pantofelku.html?fbclid=IwAR3YGV7-HkPbpeSUzQEZ1e3M2jWhIKpHmiN

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Legenda Majów o kolibrze ...

Niektórzy z Was pamiętają może że napisałam kiedyś bajkę-niebajkę pt: „Bo takie jest życie”. Została ona umieszczona w zbiorze bajek pt: "Z bajką przez pokolenia". Od tego czasu zaczęto mnie zapraszać na różne „bajkowe wydarzenia”. I na jednym z takich spotkań otrzymałam w prezencie kilka książek zawierających bajki międzykulturowe. Oto jedna z takich książek.

W tej książce znajduje się taka bajka meksykańska:

Przepisuję dokładnie zgodnie z tłumaczeniem Katarzyny Frąckowiak z Ambasady Meksyku w Polsce:
Najstarsi, tj. najbardziej światli Majowie opowiadają, że kiedy bogowie stworzyli już cały świat, każdemu zwierzęciu, drzewu i kamieniowi przeznaczyli specjalne zadanie. Gdy jednak skończyli swą pracę, zdali sobie sprawę z tego, że właściwie nie ma na świecie nikogo, kto by przekazywał ich myśli z miejsca na miejsce.
Nie było już gliny ani kukurydzy, by ulepić kolejne zwierzę, wzięto więc specjalny kamień – jadeit i wyrzeźbiono z niego malutką strzałę.
I tchnęło w nią życie i strzała odleciała w kierunku chmur. A że była strzała żywym stworzeniem, bogowie nazwali ją kolibrem.
Aztekowie i Mexicas uznawali kolibry za waleczne i dzielne stworzenia. Podziwiali je, gdyż pomimo ich niewielkiego rozmiaru, wykazywały niewielkie zacięcie w przemierzaniu świata.
Ich piękno, tj. kolor ich piór i delikatność były szczególnie podziwiane.
Koliber był tak drobny, lekki, że mógł z łatwością zbliżyć się do najbardziej delikatnych kwiatów i nie poruszyć nawet jednego ich płatka; piórka kolibra błyszczały w słońcu jak kropelki deszczu i mieniły się wszystkimi kolorami tęczy.
Ludzi próbowali schwytać tego pięknego ptaka, by z jego piór zrobić sobie ozdoby. Wtedy bogowie rozgniewali się na ludzi i zagrozili: „Jeśli ktokolwiek z was ośmieli się zabić kolibra zostanie ukarany śmiercią”.
To dlatego nikt nigdy nie widział kolibra ani w klatce ani w ręku człowieka. I tak ten niezwykły ptak mógł dostarczyć ludziom wiadomość od bogów: „Koliber będzie też przekazywała z miejsca do miejsca myśli i życzenia i ludzi”.
Zatem jeśli ktoś życzy ci dobrze, koliber weźmie to życzenie i przyniesie ci je w darze."

Prawda że piękne?
Aż szkoda że to tylko bajka.
Chociaż…..mnie dobre wiadomości przynoszą na działkę różne ptaki… no bo kolibrów u nas nie ma.
A jakie ptaki przylatują z wiadomościami do Was???

Poniżej rysunek kilkuletniego dziecka do tej bajki:


sobota, 26 stycznia 2019

Pomnik



Tekst ten dedykuję Joannie Rodowicz, którą nazywam Człowiekiem renesansu
Joanna naprawdę potrafi stworzyć wszystko. A ostatnio stworzyła przepiękne popiersie swojego stryja – Jana „Anody” Rodowicza. - Pomnik został próbnie odsłonięty w dniu 7 stycznia 2019 roku o godzinie 12.00 przed Ministerstwem Sprawiedliwości w Alejach Ujazdowskich w Warszawie.

Posłuchaj Joanno….chociaż na pewno o tym wszystkim wiesz...


                            / Zanim doszłam do Królikarni - zrobiłam jej zdjęcie/

W dniu 16 grudnia 2018 otwarto w Muzeum Rzeżby im. Xawerego Dunikowskiego w Warszawie wystawę pt: Pomnik/Monument – Europa Środkowo-Wschodnia 1918-2018.
Już sam tytuł wystawy mówi wiele, ale ponieważ zwiedzałam ją w dniu 23 stycznia br. postaram się napisać na jej temat parę słów.

Ale zacznę może od samego Muzeum Rzeźby. Jak wiesz jest ono umieszczone w tzw. Królikarni przy ul. Pulawskiej. Położony na skarpie pałacyk zwany Królikarnią otoczony jest pięknymi starymi drzewami i rzeżbami pochodzącymi z bogatej kolekcji Muzeum Narodowego. Sama Królikarnia jest filią Muzeum Narodowego.

A zachowana nazwa pałacyku pochodzi z czasów gdy Król August II prowadził tu hodowlę królików.

Budynek i jego historia wymagają jednak osobnego tekstu, więc wspomnę tylko, że w czasie II wojny światowej pałacyk uległ zniszczeniu. I że w czasie Powstania Warszawskiego toczyły się w nim i w jego ogrodzie walki. Spłonęła wówczas stojąca obok kuchnia /owalny budynek wzorowany na grobowcu Cecylii Metelli/, zrujnowany został taras z grotą, zniszczony ogród.

Pałacyk odbudowano w 1965 roku i przeznaczono na siedzibę słynnego rzeźbiarza Xawerego Dunikowskiego. A po jego śmierci urządzono w Królikarni Muzeum Rzeźby.

I w tym muzeum mają miejsce bardzo ciekawe wystawy i spotkania z artystami. A w otaczającym go parku odbywają się różne happeningi, albo po prostu spotykają się ludzie w różnym wieku, rozmawiają albo tylko odpoczywają na rozstawionych na trawnikach leżakach i piją kawę przyniesioną z przemiłej muzealnej kawiarenki.


Jak piszą organizatorzy wystawy Pomnik/Monument
„Pomniki tworzą krajobraz naszych wartości. Upamiętniają mężów stanu, bohaterów i ofiary wojen, reprezentują specjalnie respektowane wartości. Są używane jako narzędzia konstruowania zbiorowej tożsamości. Wraz ze zmianami granic i porządków politycznych pomniki minionej epoki burzy się, przerabia i przemianowuje”.

Na wystawie w Muzeum Rzeźby zaprezentowano biografie ponad dwudziestu monumentów począwszy od wyłonienia projektu, poprzez powstanie i użytkowanie, po rozgrywające się wokół pomników spory, zniszczenie, zapomnienie i rozkład.

I tak na wystawie przedstawiono historię nieodsłoniętego nigdy na Placu na Rozdrożu w Warszawie pomnika Józefa Piłsudskiego,



a także powstawanie Pomnika Czynu Powstańczego dłuta Xawerego Dunikowskiego na Górze Świętej Anny.

Wiele miejsca poświęcono pomnikowi, który miał przetrwać wieki. A był to stojący w Pradze i ważący 17 tysięcy ton największy w Europie pomnik Józefa Stalina. Pokazano jego powstawanie i burzenie.

Pokazano powstawanie Kompleksu Memorialnego w Twierdzy Brześć ...a także tworzenie słynnego Projektu Oświęcimskiego…

I Pomnik Poległych Stoczniowców 1970 roku, który  odsłonięto w Gdańsku zgodnie z planem dopiero 16 grudnia 1980.

Udało mi się zrobić na wystawie kilka zdjęć.

Niestety nie są wyraźne.


Na tym drugim zdjęciu przedstawione jest odsłonięcie pomnika
Wyobraźcie sobie że za tymi zasłonami stoi pomnik.

Mówi się, że odsłonięcie pomnika jest dla publiczności momentem wzruszającym. Odbywa się to z reguły przy akompaniamencie wybitnego utworu muzycznego czy znanej pieśni. Kompozytor Krzysztof Penderecki skomponował aż trzy utwory przeznaczone na uroczystości odsłonięcia pomników.

Odsłonięcie pomnika jest jednak największym wzruszeniem dla jego twórcy. Prawda Joasiu??? Napiszesz coś o tym???
----------------------------------------------------------------------

I jeszcze bardzo osobiste wspomnienie:

Nie miałam jeszcze czterech lat. Musiało to być lato bo w cieniutkiej kretonowej sukience z falbankami, z kokardą we włosach i w za dużych sandałkach po starszej siostrze siedziałam na brudnej, pełnej kawałków mokrej gliny i gipsu podłodze pracowni rzeźbiarskiej. Patrzyłam na ubranego w szary fartuch tatę, który stał wysoko na rusztowaniu i rękami pełnymi gliny nadawał kształty jakimś postaciom, które były drucianymi szkieletami.
Zapamiętałam, że tata był i jednocześnie go nie było. Nie widział nikogo i niczego. Tworzył jakiś pomnik......”

/Gdy parę dni temu wróciłam z wystawy o której piszę rozpoznałam miniaturę tego jakiegoś pomnika na jednej z półek w moim pokoju./

A pracownia rzeżbiarska którą zapamiętałam znajdowała się na parterze kamienicy przy Krakowskim Przedmieściu 45. Teraz jest tam Pijalnia Czekolady Wedel.
----------------------------------------------------------------------

Joasiu – bardzo Ci dziękuję.

Za wszystko. Za Twoje obrazy, rzeżby, inscenizacje różnych wydarzeń historycznych, piękną bizuterię, projekty scenograficzne, działalność pedagogiczną, piękne pisanie... . Także za to, że znalazłaś kiedyś czas aby napisać recenzję mojej książki o Warszawie.

Hollyłódź

Łódź jak żadne polskie miasto zasługuje na miano stolicy polskiej kinematografii. Już od 1948 roku słynna łódzka Filmówka, czyli Państwowa W...