sobota, 16 marca 2019

Sudańska bajka o mrówce


Pewnego razu do lwa, króla zwierząt przyszły mniejsze zwierzęta i zaczęły skarżyć się na swoją złą sytuację oraz sposób, w jaki traktują je inne, większe zwierzęta. Poprosiły króla, aby zareagował na niesprawiedliwości, jakich doświadczają. Były bowiem deptane, kąsane, a nawet zjadane przez współmieszkańców zwierzęcego świata.

Król zwołał naradę, podczas której podjęto decyzję o udzieleniu pomocy mniejszym zwierzętom, aby odmienić ich los. Postanowiono wystawić wielki pojemnik napełniony trucizną. Małe, bezbronne zwierzęta miały spożyć tę truciznę, aby posłużyła im jako jad podczas obrony przed napastnikami.

Małe zwierzęta zrobiły jak zalecił im król. Jedynie mrówka która była bardzo zajęta pracą, bo przenosiła różne patyczki aby zbudować mrowisko spóźniła się i zastała pusty pojemnik. Wylizała więc jedynie pojemnik z resztek pozostałych po innych zwierzętach takich jak węże i skorpiony.

Od tamtego czasu zwierzęta, który zaczerpnęły trucizny z pojemnika, mogą bronić się atakując trującym jadem, natomiast mrówki mogą jedynie wywoływać swędzenie.

Z każdej bajki a więc i z tej wypływa jakis morał...


/Bajkę przepisałam z VIII edycji Bajek Międzykulturowych wydanych przez Staromiejski Dom Kultury w Warszawie./

czwartek, 14 marca 2019

Moja brzoza

Ten tekst już półtora roku temu był na moim blogu ale po przeczytaniu książki "Ja z Bajkowa" Ewy Radomskiej /patrz mój tekst z 4 marca br/ wróciłam myślami do MOJEJ BRZOZY...



Gdy ją sadziłam ze Starszym to był akurat w wieku Szczerbatego. 
Pamiętam to doskonale.
Szliśmy ze stacji kolejowej drogą na skróty aby dotrzeć jak najszybciej i przed zmrokiem. To była druga połowa września. Dzień był słoneczny i ciepły ale już coraz krótszy. Każde z nas niosło w reklamówce  sadzonkę drzewa albo krzewu razem z bryłą korzeniową umieszczoną w plastikowej doniczce.
Starszy niósł malutką brzózkę. Jej pień był cieniutki jak palec. A część z liśćmi łaskotała go w szyję i twarz.
Gdy doszliśmy na działkę najpierw posadziliśmy tę brzózkę. Tuż za drewnianym domeczkiem, który był wtedy malutki, bo miał 14 metrów kwadratowych. Podlaliśmy ją porządnie. A potem przemówiłam do niej. A właściwie to prosiłam ją tylko aby rosła szybko i zdrowo.
Mijały lata. Brzózka rosła jak na drożdżach. I najpiękniejsza była wiosną, gdy wypuszczała piękne, zielone listki. A jesienią zrzucała listki na dach domeczku i na całą działkę.
Domeczek rozbudowaliśmy i wtedy brzózka bardzo „zbliżyła się” do niego. Kochaliśmy szum jej listków, jej urodę i jej wyniosłość. Chroniliśmy się w jej cieniu przed palącym słońcem. Zawsze gdy przyjeżdżałam na działkę mówiłam do niej: „Witaj piękna”. Gdy odjeżdżałam przytulałam głowę do jej pnia i obejmowałam ją mocno mówiąc: „Będzie dobrze, prawda”?
A potem nagle okazało się, że zrobiła się z niej brzoza. I że jest bardzo wysoka i gruba. I że jak jest burza to zaczynamy się bać, żeby piorun w nią nie uderzył. Bo gdyby uderzył w nią to tak jakby uderzył w domek. I w nas w tym domku.  Zaczęliśmy ją przycinać na wysokości i na szerokości.
Ale ona nic sobie z tego nie robiła tylko rosła jak szalona. Miała nawet swojego osobistego dzięcioła z czerwoną główką, który potrafił kilka godzin dziennie stukać w nią dziobem. I jemioła się do niej przyczepiła.
Zaczęła nam pękać podmurówka domeczku. I sąsiedzi zaczęli się skarżyć, że wychodzą im na trawę korzenie naszej brzozy . Jesienią sąsiadka nie nadążała z grabieniem liści brzozowych.
Aż ktoś nam powiedział, że jak brzoza się złamie na dach to zawali się nam domeczek.
W kwietniu tego roku męska część rodziny podjęła decyzję.
I jak parę dni potem szłam z Pytalskim na działkę to mi powiedział:
- Babciu, mnie też jest bardzo smutno. Bo Ty przecież razem z naszym tatą sadziłaś tę brzózkę. I ona była najpiękniejsza na całej działce.
-----------------------------------------------------------------------
Miała 25 lat.
Zostały nam zdjęcia najpiękniejszej brzozy na świecie. 

I to smutne zdjęcie wyżej.


wtorek, 12 marca 2019

Najpiękniejsze Góry Świata w dniu 9 marca 2019 roku

Na pierwszym zdjęciu słynna Betlejemka na Hali Gąsienicowej, czyli szkoła Polskiego Alpinizmu. Gdy przechodziłam koło niej po raz pierwszy to nie miałam jeszcze 18 lat. Zaczepiła  mnie wtedy młoda kobieta w stroju wspinaczkowym i zapytała czy nie chciałabym nauczyć się wspinać. Podziękowałam mówiąc, że nie czuję się na siłach. I że wystarczą mi wędrówki wytyczonymi szlakami. Po iluś latach w jednym z miesięczników o górach zobaczyłam zdjęcie tej kobiety. Zdobyła jeden z Himalajskich Ośmiotysięczników. To była Wanda Rutkiewicz.






Zdjęcia "ukradzione" geografowi, który w piątek po pracy późnym popołudniem  wsiadł w Warszawie w autobus aby w sobotę bladym świtem wyjść w Najpiękniejsze Góry Świata i w niedzielę rano wracać do domu.

niedziela, 10 marca 2019

O pomniku który miał przetrwać wieki...

                        Rzeżbiarz Otokar Svec /1892-1955/ na tle modelu pomnika Stalina /1955/

Pomnik miał 15 metrów wysokości i postawiony był na równie wysokim cokole. Składał się z 9 figur, których łączna szerokość wynosiła 12 metrów, a długość 22 metry. Cała kompozycja ważyła 17 tysięcy ton. Zbudowany z żelbetu i granitu pomnik miał na wieki zdominować panoramę miasta.
Odsłonięto go w Pradze 1 maja 1955 a zburzono 28 października 1962 roku.

A zaczęło się tak:

Jeszcze w 1949 roku na etapie planowania pomnika, określano go mianem „najbardziej zaszczytnego dzieła” ponieważ stanowił hołd dla Stalina. Aby go postawić dokonano w Pradze poważnych zmian, przesunięto m.inn. romańską rotundę i przestawiono filary mostu Czecha.

Początkowo pomnik miał być wyrzeźbiony w trawertynie – kamieniu który od wieków był wykorzystywany przy stawianiu najwspanialszych budowli. Jest to kamień uważany za niezniszczalny. Z niego zostało wybudowane m.inn rzymskie Koloseum i Bazylika Św.Piotra w Watykanie.

Jednak trawertyn nie bardzo nadawał się na pomnik Stalina, bo jest to kamień, który płacze. Ma kolor biały ale zawiera w sobie często żółte lub czerwone nawarstwienia, które po pewnym czasie mogą się zmienić w czerwone nacieki wyglądające jak łzy. A pomnik Stalina nie mógł przecież „płakać”. 
Zdecydowano więc żelbetonową konstrukcję pokryć granitem. I ta konstrukcja została obłożona 235 blokami granitu o wymiarach 2 metry x 2 metry x 2 metry.

Początkowo Stalin miał być podobny do Chrystusa. Miał mieć rozłożone ręce. Zmieniono jednak decyzję, bo przecież Stalin był raczej mało serdeczny i nie przytulał do siebie i nie obejmował nikogo…

Sugerowano także aby stojący na przodzie Stalin był dużo większy od stojących za nimi ludzi. Ale to zakłócało by proporcję całego dzieła.

Więc wyrzeźbiono go tylko trochę większego.

Powstał pomnik, który natychmiast zyskał sobie nazwę „Kolejka po mięso”.

Za Stalinem po jednej stronie stali czechosłowaccy obywatele, a po drugiej obywatele radzieccy. Ostatni obywatel wprawdzie odwracał się do tyłu co było mocno podejrzane… no ale wyjaśniono natychmiast że on musiał się odwracać, bo zabezpieczał tyły przed wrogiem.

Twórca pomnika – Otokar Svec opowiadał, że jak kiedyś jechał taksówką to taksówkarz powiedział mu, że jak odsłonią ten pomnik to zaraz potem powieszą projektanta. Oczywiście taksówkarz nie wiedział kogo wiezie.

Pomnik powstawał w tak niesamowicie stresującej atmosferze, że Otokar Svec na trzy tygodnie przed jego odsłonięciem – także na skutek osobistych przeżyć – popełnił samobójstwo. Więc gdy pomnik odsłonięto podano do ogólnej wiadomości, że jego twórcą jest "cały czechosłowacki lud".

Pomnik został odsłonięty dwa lata po śmierci Stalina i wtedy stał się ”symbolem wiecznej przyjaźni Czechosłowacji ze Związkiem Radzieckim”.

W 1961 prezydent Antonin Novotny wydał rozkaz wyburzenia pomnika.

Wyburzanie pomnika było z kolei niewyobrażalnym stresem dla odpowiedzialnego za tę czynność inżyniera Vladimira Krizka. Otrzymał on bowiem polecenie aby pomnik „burzyć dostojnie, żeby tylko powagi ZSRR nie naruszyć”.

A ten który tego dokonał czyli pirotechnik Jiri Prichoda podobno najpierw wypił 6 kieliszków śliwowicy, potem odpowiedni guzik nacisnął a następnie dobrowolnie udał się do szpitala psychiatrycznego na leczenie.

Tak naprawdę to wyburzanie było trzyetapowe. Do wszystkich etapów użyto łącznie 1860 detonatorów, 1900 metrów lontu detonującego, 1570 kilogramów plastycznych materiałów wybuchowych i 600 kg innych lżejszych materiałów wybuchowych.
                                  Wyburzanie pomnika Stalina. 28.10.1962 r.

A potem opowiadano niesłychane historie.

Jako że pomnik stał na wysokim wzgórzu nad Wełtawą na osi mostu Czecha, to jak wyleciał w powietrze, to głowa Stalina spadła i doleciała aż na ten most, potem przez ten most turlała się aż się doturlała na Plac Staromiejski i tam zabiła jakąś hrabiankę … 

No ale Stalin wymagał przecież ofiar...

Tak naprawdę to głowa Stalina leży sobie gdzieś na dnie Wełtawy…

W 1961 roku na postumencie pomnika Stalina stanął 25 metrowy metronom. Jego tykanie przypomina o nieuchronnym upływie czasu.

-------------------------------------------------------------------------
W dniu 7 marca br. razem z malarką i rzeźbiarką Joanną Rodowicz byłam na spotkaniu ze znanym reportażystą Mariuszem Szczygłem w Muzeum Rzeźby w Królikarni w Warszawie. Było to jedno ze spotkań poświęconych i związanych z istniejącą  w Królikarni wystawą pt: „Pomnik – Europa Środkowo-Wschodnia 1918-2018”.

Pan Mariusz Szczygieł, który wiele reportaży poświęcił naszym południowym sąsiadom a jedna z jego  książek pt:”Gottland” została uznana w Czechach za bestseller opowiadał nam ponad godzinę w sposób niezwykle dowcipny rzeczy wprost niesamowite na temat pomnika, który miał przetrwać wieki… Pokazał nam także ponad 20-minutowy film w który wplecione zostały sceny wyburzania pomnika.


A był to największy na świecie pomnik Józefa Stalina. 

----------------------------------------------------------------------------------------------

Joanno – dopiszesz to o czym zapomniałam napisać???


piątek, 8 marca 2019

Kobieta


Za zgodą autorki pozwolę sobie przepisać z tomiku pt: "Kobieta zmienną jest" dwa wiersze Aliny Drążczyk...

Posłuchajcie...

"Kobieto codzienna"

Zmęczona istnieniem
zrzucasz z siebie codzienność
przed szklanymi drzwiami

Naga

przekraczasz próg bezwstydu
stając się boginią 
dla samej siebie

Pod prysznicem 

kroplami wody
pieścisz swoje ciało
pełne uniesień

Zmywasz grzechy 

zatapiając się w marzeniach
wyzwolona z miłości

Szum wody 

jak wyjątkowa symfonia
w wykonaniu orkiestry aniołów
znów pachniesz tylko sobą


"Może kiedyś"

zaproszę cię na kolację 
obrusem marzeń stół nakryję 
wonią kadzideł zauroczę
płomieniem świecy dom ogrzeję

nieśmiałości kromki
podam na talerzu 
napojem bogów
ugaszę pragnienie 
ukołyszę słowami 
upoję

twoja dłoń zamknę w swoich dłoniach
tak spokojnie do ust przytulę
dzieląc życie na dwoje
jeszcze raz się narodzę

zaproszę cię na kolację
kiedyś
jeśli tylko się odważę.

"Dziękuję losowi, że nasze drogi się spotkały... " - takie słowa napisała mi Alina na tomiku który widzicie wyżej.
Alinko - a co ja mam Ci napisać???
Chyba tylko to, że dla mnie ten czas w którym się spotkałyśmy i przeszłyśmy uliczkami warszawskiego Starego Miasta był Wielkim Wydarzeniem.

środa, 6 marca 2019

Trzy kartki

                                                   
Dostałam te kartki jakiś czas temu gdy po raz kolejny zwiedzałam Muzeum Warszawy.

Wszystkie kartki można powiększyć.


Na pierwszej kartce jest Zamek Królewski. Zaczęto go odbudowywać w 1971 roku a skończono w 1984. W górnej części kartki widać tę część ściany zamku która się zachowała po tym jak hitlerowcy wysadzili go w powietrze we wrześniu 1944 roku. To jest ta ściana z oknem z mieszkania Stefana Żeromskiego. Na dole widać Zamek w rusztowaniach a po prawej stronie moment oddania Zamku do użytku. Zwróćcie proszę uwagę ile ludzi było w tym dniu na Placu Zamkowym. A po lewej stronie kolorowy Plac Zamkowy z Kolumną Zygmunta.
Na odwrocie kartki jest następujący tekst:
„Kiedy w radiu Gierek powiedział, że zapadła decyzja odbudowy Zamku, złapałam córkę, która miała wtedy sześć lat i pojechałyśmy pod fragment ściany z oknem Żeromskiego. Zrobiłam jej zdjęcie i obiecałam, że ślubne będzie miała już w odbudowanym gmachu. Dziecko patrzyło na mnie jak na raroga, ale los pozwolił mi tę deklarację spełnić. /Danuta Godlewska, mieszkanka Warszawy, 2012/


Na drugiej kartce jest Dworzec Centralny. Na dole po lewej stronie i na górze po prawej widać jeszcze prace wykończeniowe. Dworzec zaczęto budować w roku 1972 a ukończono w roku 1976. Pamiętacie może że to Czterdziestolatek czyli inżynier Stefan Karwowski "budował" ten Dworzec. Oczywiście z Maliniakiem…A oto tekst na odwrocie kartki:
„Pamiętam ,gdy jako 10-letni smarkacz pojechałem z tatą oglądać go zaraz po otwarciu. Wrażenie było zupełnie kosmiczne: wielkie powietrzne przestrzenie hali biletowej, bezszelestnie i automatycznie rozsuwające się drzwi, podwieszone telewizory i taśmociąg do brudnych naczyń w barze szybkiej obsługi na piętrze. Nowoczesność na miarę pierwszych serii Star Treka. /Maciej Nowak, krytyk teatralny i kulinarny, 2011/


A to jest Stadion Narodowy PGE. Zaczęto go budować w roku 2008 a ukończono w 2012. To znaczy ten nowy to jest na zdjęciu kolorowym na górze pośrodku i na dole po prawej stronie. A na innych jest pokazany Stadion X-lecia i Jarmark Europa no i budowa Nowego Stadionu.
A tekst na odwrocie kartki dotyczy Stadionu Dziesięciolecia:
„Na Stadion przychodzi się na wagary. Tutaj gra się w karty. Pije wino i wódkę. Omawia się plany złodziejskich akcji. Uprawia się miłość. Czyni się sto legalnych i nielegalnych rzeczy, których nie przewidzieli budowniczowie. Nadwiślańskie wzgórze z wielką dziurą pośrodku jest – mimo wszystko – jednym z najładniejszych akcentów architektonicznych w Warszawie. /Olgierd Budrewicz, reporter i autor warszawskich bedekerów, 1966/
------------------------------------------------------------------
Powyższy tekst jest dla wszystkich - dla tych którzy Warszawę kochają, dla tych którym jest ona obojętna i dla tych którzy jej nienawidzą.

poniedziałek, 4 marca 2019

Ewa z Bajkowa

Z Ewą spotkałam się cztery miesiące temu na Wieczorze Dobrych Wróżb. Wieczór ten został zorganizowany przez redaktorkę naszego Wydawnictwa Białe Pióro w jednym z warszawskich domów kultury.
Zaczęło się od tego, że wymieniłyśmy się książkami. 
Za moją książkę o Warszawie dostałam od Ewy to prześliczne dzieło z wiewiórką na okładce.


Od razu następnego dnia zaczęłam książkę czytać. 
A tak prawdę mówiąc to czytałam ją na zmianę z moim młodszym wnukiem. 
Wyglądało to w ten sposób, że jeden rozdział czytał na głos mój 10-latek, a drugi ja. 
A że spotykaliśmy się dwa razy w tygodniu to przeczytanie książki zabrało nam jednak trochę czasu. 
Poza tym do niektórych, wyjątkowo uroczych rozdziałów wracaliśmy kilka razy.
Na przykład do tego o wiewiórce Kitce-Mitce albo o tego o białych gołębiach. Bo akcja powieści Ewy z Bajkowa toczy się na jednym z warszawskich ogródków działkowych.
Wszystko w książce Ewy jest piękne i wzruszająca. Każde zdanie i każde słowo.

Ale najbardziej wzruszył mnie fragment z jednego z ostatnich rozdziałów:

„Zaczęła się słota i pierwsze opady śniegu. Altanki na działkach zostały pozamykane na głucho. Wszelkie roboty ogrodnicze porobione, grządki przekopane, liście które spadły ze złotych zamieniły się w brązowe, mokre teraz od deszczu i śniegu. 
Drzewka owocowe stały nagie, tylko gdzieniegdzie jeszcze wisiały resztki listków, pomarszczone i sczerniałe. Przypomniało mi się moje jabłko na jabłonce z dzieciństwa, które zawsze zostawało na zimę. Czy tutaj będzie podobnie?

Zapatrzona w Świerka-Ćwierka i otaczające go Sosenki-Senki nie przyglądałam się uważnie jabłonce jakbym przez jakiś czas zapomniała o moim postanowieniu, aby to sprawdzić.

I oto nagle wróciło do mnie dzieciństwo.

Znów siedzę przy oknie w dużym pokoju, z głową opartą o rękę i szukam po gałęziach, czy jest… A teraz będąc dobrze po sześćdziesiątce, znów stoję przed jabłonką i wcale nie czuję upływu tych lat! 
Najważniejsze dla mnie jest, czy zachowało się na zimę jedno jabłko, które będzie łączyć tamten czas z tym, które będzie jak pajęcza złota nić czasu, nieprzerwanie ta sama…

I oto odkrycie z największą radością i ulgą! Jest! 

Na samym szczycie jabłonki, w „towarzystwie” silnie trzymającego się jeszcze liścia jest małe zielone jabłuszko, które jakby nic sobie nie robiło z jesieni i zimy, jakby dalej chciało się wygrzewać w promieniach słońca i dojrzewać, dojrzewać, dojrzewać...”


Czy zgodzicie się ze mną Moi Blogowi Przyjaciele, że żeby pisać tak pięknie o tak zwyczajnych rzeczach …. to trzeba mieć po prostu talent…??

Piękną książkę napisałaś Ewo z Bajkowa!

I wiesz dobrze, że Twoja książka jest jednocześnie dla dorosłych i dla dzieci!!!

I jeszcze jedno: 
Swoją książkę Ewa kończy słowami z tekstu piosenki Jonasza Kofty:

"Pamiętajcie o ogrodach
Przecież stamtąd przyszliście
W żar epoki użyczą wam chłodu
Tylko drzewa, tylko liście..."

--------------------------------------------------------------------------------------------------

Ewo - wczoraj 3 marca był Międzynarodowy Dzień Pisarza...

Życzę Ci wielu następnych, pięknych książek!

sobota, 2 marca 2019

Nie ma dwóch drzew chociaż trochę do siebie podobnych...

Już kiedyś zawracałam Wam głowę i prosiłam o wybranie Mistera Pnia. Ale teraz mam całkiem nowe zdjęcia...
1.

2.

3.

4.

5.

6.

7.


8.

9.

10.

11.

12.

13.

14.

15.

16.

17.

18.

19.

Co pewien czasy wariuję i zaczynam bardzo dokładnie przyglądać się drzewom i ich pniom. Robię tak głównie wtedy gdy jestem w Łazienkach Królewskich. A szczególnie zimą, wtedy gdy drzewa są nagie. Widać wtedy dokładnie ich kształty, krzywizny i ich fakturę. Przedostatnie zdjęcie nazwałam TRONEM bo na nim siadały moje dzieci a teraz wnuki. I zawsze mówiły wtedy że są królami. 
A czy ktoś z Was poznaje może Moje Drzewo o którym pisałam i pokazałam w pierwszej książce?
No i.. które drzewo najciekawsze???
Zdjęcia zrobiłam w dniu 27 lutego 2019 roku.

czwartek, 28 lutego 2019

Może lepiej nie oddychać...?


W tygodniku Angora z dnia 16 grudnia 2018 roku znalazłam takie zestawienie:

1. 4 tysiące ofiar to efekt wielkiego smogu londyńskiego, który utrzymywał się w mieście pomiędzy 5 a 9 grudnia 1952 roku. Osoby zmarły w wyniku zatruć gazami na choroby dróg oddechowych.

2. 5 godzin dziennie przez ponad 3 miesiące. Tyle czasu zabrało w Chinach stworzenie cegły za pomocą wsysania przez odkurzacz zanieczyszczonego powietrza.

3. Wśród 50 najbardziej zanieczyszczonych miast Europy aż 33 znajduje się w Polsce.

4. Zanieczyszczenie powietrza skraca długość życia średnio o 1,8 roku. Najgorzej sytuacja przedstawia się w Indiach, gdzie długość życia spada o 4,3 roku.

5. W 2017 roku w Holandii powstała wieża Smog Free Tower, której zadaniem jest oczyszczanie powietrza. Efektem ubocznym jest produkcja biżuterii z pyłów.

6. Islandia to najczystsze państwo na świecie, które może pochwalić się najlepszą jakością powietrza. Podobną opinią cieszy się też Kanada i Finlandia.

7. Na bardzo dobrym kanadyjskim powietrzu zarabiają miejscowe firmy, które sprzedają świeże powietrze w puszkach, między innymi do Chin, gdzie pod tym względem jest najgorzej.

8. Najniebezpieczniejszy dla człowieka jest pył o średnicy cząstek poniżej 2,5 mikrometra, ponieważ przenika on do układu oddechowego, a także do krwi.

9. Na całym świecie coraz bardziej popularni stają się bary tlenowe, w których zamawia się 10 lub 20-minutowe sesje oddychania przez specjalne rurki. Tłoczone jest przez nie specjalnie powietrze – oczyszczone i wzbogacone w tlen.

10. Gdy parę dni temu wyjechałam na działkę oddaloną o 25 kilometrów od Warszawy to …. zaczęłam normalnie oddychać.

Oby do wiosny...

Wiadomość z ostatniej chwili!!!!

Jeden z komentatorów podpisujący się jako henryk poinformował mnie niedawno, że zachodni naukowcy twierdzą, że smog nad Warszawą pochodzi znad Chin i Indii. I co Wy na to??????

wtorek, 26 lutego 2019

Portret


Fryderyk Chopin urodził się 22 lutego lub 1 marca 1810 roku w Żelazowej Woli




„Twórczość Delacroix wydaje się niekiedy swego rodzaju sztuką przypominania o wielkości i naturze człowieka wszech czasów” – tak powiedział Charles Baudelaire o wielkim współczesnym mu malarzu Eugene Delacroix. Osobowość jego scharakteryzował następująco: „Niezmierzona pasja, spotęgowana niesamowitą wolą… W jego dziełach widać tylko postęp…”
Eugene Delacroix był przez sobie współczesnych podziwiany i chwalony ale też lżony i ostro krytykowany. Pozostawił po sobie ponad 800 obrazów, najznakomitsze freski jakie powstały w ciągu XIX wieku, ponad sześć tysięcy rysunków oraz ponad sto akwafort i litografii.
Znany jest głównie dzięki rewolucyjnemu obrazowi „Wolność wiodąca lud na barykady” na którym przedstawiona jest pół-naga kobieta z trójkolorowym sztandarem w dłoni. Kroczy ona przez barykadę pokrytą ciałami paryżan poległych w czasie rewolucji francuskiej.
Eugene Delacroix znany jest też jako twórca wspaniałego, najbardziej chyba popularnego portretu Fryderyka Chopina. Ten olejny portret na płótnie o rozmiarach 46 cm x 38 cm jest częścią nigdy nie ukończonego obrazu pt: „Chopin i George Sand”. Został namalowany ok. 1838 roku. Obraz został rozcięty. Dokonał tego zapewnie sam twórca. Ale czy zrobił to na skutek prośby Chopina czy też George Sand, tego też nikt nie wie. Jak wiadomo para ta po burzliwym związku rozstała się. Ta część obrazu na której jest George Sand znajduje się w zbiorach Ordrupgaard-Museum w Kopenhadze.
W portrecie tym Delacroix przedstawił najprawdziwszy i najbardziej wnikliwy obraz skomplikowanej osobowości Chopina. Był on bowiem jak każdy twórca osobą niesamowicie samotną. Wyjątkowo samotną, bo któż mógł tak wybitnego człowieka zrozumieć? Fryderyk Chopin był osobą przewrażliwioną ale i bardzo despotyczną i egoistyczną. Zamknięty, zawsze zamyślony, chmurny, drażliwy i skupiony tylko na sobie i swojej twórczości. A jak wiadomo Chopin był utalentowany nie tylko w dziedzinie muzyki. Był także uzdolniony literacko; dowodem na to są liczne, zachowane listy do rodziny i przyjaciół. Pięknie też rysował i miał zdolności aktorskie.
Podobno jeśli chodzi o kobiety to rozumiała go najlepiej właśnie George Sand, ale on starał się tego nie dostrzegać… zazdrosny o jej niezależność, sławę i ekstrawagancki tryb życia. Interesowały go z resztą tylko jego własne przeżycia.
Twórcę portretu łączyła z kompozytorem, a także z George Sand serdeczna przyjaźń. Kilka lat po pobycie u obojga na wsi w Nohant Delacroix tak napisał o Chopinie: „Bardzo go lubię, to nadzwyczaj wytworny człowiek, to najprawdziwszy artysta, jakiego spotkałem w życiu”. Malarz prowadził z Chopinem „niekończące się rozmowy w cztery oczy”. Pewnie dlatego udało mu się stworzyć tak trafny wizerunek Najwybitniejszego Polaka.
Stosunek tych dwóch wybitnych osób do siebie określiła w następujący sposób George Sand: „Chopin i Delacroix są sobie bardzo oddani. Mają bardzo podobne charaktery i są obdarzeni tymi samymi przymiotami ducha i serca. Co do sztuki jednak, to wprawdzie Delacroix rozumie i wielbi Chopina, lecz Chopin nie rozumie Delacroix. Szanuje i poważa w nim człowieka /…/, lecz nie lubi go jako malarza. Delacroix kocha muzykę, ma wyrobiony, wytrawny gust, może bez końca słuchać Chopina /…/. Chopin przyjmuje to uwielbienie, jest nim wzruszony, ale patrząc na obrazy przyjaciela – cierpi i nie jest w stanie powiedzieć o nich ani słowa”.
Delacroix można by nazwać największym kolorystą XIX wieku, gdyby przyjąć, że pojęcie to oznacza artystę, który myśli, czuje i wyraża się poprzez kolory, który oczami duszy widzi ich jednolitą kompozycję, a dopiero potem zaczyna dostrzegać poszczególne części i detale formy.
Malarz sycił oczy zebranymi w Luwrze obrazami mistrzów koloru, a przede wszystkim Rubensa. Czerpał inspiracje z dzieł Goethego, Scotta, Byrona i Victora Hugo. Lektury te rozpaliły jego romantyczną naturę, owładnęły jego duszą. To za ich sprawą stał się najwybitniejszym spośród romantyków w malarstwie. Wiele przedstawianych przez niego tematów pochodziło z utworów uwielbianych pisarzy i poetów. Ukazując je, artysta nie ograniczał się do prostej ilustracji wybranych fragmentów, ale za pomocą języka malarstwa starał się wyrazić najbardziej poruszające emocje ludzkiego serca.
Kiedy w sierpniu 1863 r. składano do grobu ciało Delacroix, okazało się, jak niewiele znaczył on dla oficjalnych sfer swej epoki. Rząd francuski, prawdopodobnie nie powiadomiony, nie przysłał swego przedstawiciela. Za trumną Eugene Delacroix nie jechał ani jeden dworski powóz.
Dopiero kilkadziesiąt lat później Paul Cezanne powiedział: „My wszyscy jesteśmy z Delacroix”. Stał się bowiem Delacroix wielkim autorytetem dla artystów , którzy pod koniec XIX wieku tworzyli podstawy sztuki nowoczesnej.
Pod koniec życia Paul Cezanne tak pisał w liście do Emila Bernarda: „Nie wiem czy moje słabe zdrowie pozwoli mi zrealizować kiedykolwiek moje marzenie – namalować apoteozę Delacroix”.
Ale wróćmy do portretu Fryderyka Chopina.
Ten nieukończony portret jest wyeksponowany od 1907 roku w paryskim Luwrze. Gdy w 2000 roku zwiedzałam to muzeum bardzo długo przyglądałam się twarzy Wielkiego Kompozytora. Widać na niej ślady pędzla malarza. Jestem pewna, że żaden inny malarz nie oddałby lepiej złożonego charakteru Fryderyka Chopina. Portret jest niezwykły i sprawia wrażenie, że przy każdym kolejnym spojrzeniu twarz się zmienia albo my dostrzegamy w niej coś innego. Jakimś tajemniczym szczegółem Delacroix budował wrażenie twarzy żyjącej i cierpiącej. Wydaje mi się, że w oczach Chopina widoczny jest ból.
Gdy kilka lat później oglądałam film „Pragnienie miłości” z Piotrem Adamczykiem w roli Chopina stanęła mi jak żywa przed oczami twarz Kompozytora z portretu namalowanego przez Delacroix.
----------------------------------------------------------------------------
Przy pisaniu tekstu korzystałam z informacji zawartych w następujących albumach:
„W kręgu sztuki Eugene Delacroix” Wyd. Henschelverlag Berlin 1974/ Arkady Warszawa 1980.
„1000 arcydzieł malarstwa” Wyd. Olesiejuk 2009.
---------------------------------------------------------------------------
Tekst ten w dniu 18 lutego 2013 roku został opublikowany na portalu pisarze.pl 


niedziela, 24 lutego 2019

Wybrzeże klifowe w Maroku nad Oceanem Atlantyckim...

Około 10 km na północ od Sidi Infi w miejscowości Lezgir znajdują się 2 naturalnie ukształtowane kamienne łuki wychodzące w morze. Łuki, miejscami dochodzące do 60 m zostały ukształtowane przez pływy oceanu.













 Zdjęcia w dniu 7 lutego 2019 zrobił geograf, podróżnik i belfer.w jednej osobie...który mały globus-piłeczkę wozi zawsze ze sobą...

Hollyłódź

Łódź jak żadne polskie miasto zasługuje na miano stolicy polskiej kinematografii. Już od 1948 roku słynna łódzka Filmówka, czyli Państwowa W...