Czy pamiętacie Przedsiębiorstwo Turystyczne o nazwie "Fundusz Wczasów Pracowniczych"? Czy ktoś z Was korzystał kiedyś z wczasów na które jeździli bardzo różni ludzie? Na takich wczasach można było spotkać górników, rybaków, rolników, nałogowych pijaków, panie lekkich obyczajów, najzwyklejszych złodziei czy kombinatorów. Uczestniczyli w nich także ludzie wykształceni - lekarze, nauczyciele, naukowcy. Zdarzali się ludzie o szerokich horyzontach, znający języki obce i ciekawi poznawania Polski. Zdarzali się także ludzie beznadziejni, którzy nie przyjeżdżali odpocząć po roku pracy, tylko balować cale noce. Było naprawdę różnie.

Na pierwszych wczasach pracowniczych byłam w Lądku Zdroju. Pojechaliśmy do domu wczasowego, który słynął z kuchni żywiącej swoich wczasowiczów bardzo zdrowo. A ja byłam wtedy po raz pierwszy "w stanie błogosławionym" i zamiast przybierać na wadze - chudłam ... no i stwierdzono u mnie początki anemii. No i z tego powodu byłam bardzo rozdrażniona i smutna.
Na wczasach w Lądku-Zdroju było całkiem fajnie, bo mieszkaliśmy w jakimś poniemieckim, świeżo odnowionym pałacyku, ale problemem były wspólne posiłki. Siedzieliśmy bowiem przy stole z małżeństwem, które miało niesamowity apetyt. Zjadali wszystko co było podawane na wspólnych półmiskach czy w wazach. W związku z tym gdy tylko przyszliśmy do stołu parę minut później nie udawało nam się załapać na jakąś zupę czy surówkę. Wszelkie delikatne sugestie, że to co na wspólnym pólmisku jest dla wszyskich osób siedzących przy stoliku nie robiły na naszych współbiesiadnikach żadnego wrażenia. No więc raz aż się rozpłakałam bo ci ludzie zjedli mi ulubioną surówkę z marchewki ...

Na następne wczasy pracownicze pojechaliśmy już z pierwszym małym syneczkiem do Władysławowa. Było całkiem dobrze, gdyby nie to, że mieliśmy wspólną łazienkę razem z toaletą. Znajdowała się ona na końcu długiego korytarza. Oprócz nas korzystało z niej kilka rodzin mieszkających w sąsiednich pokojach. Nigdy nie zapomnę tej długiej kolejki przed łazienką .... praktycznie o każdej porze dnia i nocy...
Zawsze mnie dziwił sposób ubierania się niektórych wczasowiczów. Nigdy nie zapomnę pani, która w Gawrych-Rudzie nad Wigrami siadała do śniadania w pełnym makijażu i ze złotymi kolczykami w uszach. Miała też na szyi długi łańcuch z jakimiś szlachetnimi kamieniami. Można powiedzieć że "do każdej zupy mlecznej" zakładała inny naszyjnik...
Któregoś roku "załapałam się " na wczasy organizowane przez Fabrykę Samochodów Osobowych na Żeraniu. Fabryka ta sponsorowała odbudowę zamku w Krasiczynie i w związku z tym rozprowadzała miejsca wczasowe w Zamku. A właściwie to nie w samym zamku tylko w wyremontowanej wozowni zamku. Były tam pokoje - oczywiście ze wspólną łazienką i toaletą na korytarzu. I też byłoby całkiem fajnie, gdyby nie fakt, że system ogrzewania był wadliwy. Mieszkaliśmy tuż obok kotłowni w której ciągle coś dymiło albo się paliło. W związku z tym ciągle byliśmy zadymieni i łzawiły nam oczy...
Jak już pisałam towarzystwo na takich wczasach było bardzo różne. Nigdy nie zapomnę nocnych libacji, krzyków, trzaskania drzwi, nawoływania z balkonów "Zenka albo Ziuty". I ciągłego zdziwienia, że ja i moja rodzina nie bierzemy udziału w tych libacjach. Ciągle słyszałam, że jestem jakaś dziwna, albo chora psychicznie i "po co pani tu przyjechała". Że o ciągłym waleniu w drzwi przez całą noc nie wspomnę.
Z kolei w Świnoujściu mieszkaliśmy w domku murowanym na polu campingowym. Też nie byłoby źle
gdyby nie to, że prawie każdej nocy wchodziła nam na balkon para w celach bardzo konkretnych.
Wyglądało na to że była to pani i pan z dwóch zupełnie róźnych związków. I że na naszym balkonie dopuszczali się zdrad...
Nie zapomnę nigdy pani, która w Sopocie przy każdym spotkaniu przy stole usiłowała porozmawiać ze mną po francusku. Na wyraźony przeze mnie żal, że niestety nie znam francuskiego, ale możemy porozmawiać po angielsku, niemiecku lub rosyjsku, bo te języki znam - wzruszała ramionami i zwracała się do swojego męża z pretensją pt: "no i gdzie ty mnie przywiozłeś". Oczywiście była Polką.
Czasy się zmieniły. Nie ma już Funduszu Wczasów Pracowniczych, którego założeniem było zrównać wszystkich ludzi w czasie wypoczynku.
Trzeba jednak obietywnie przyznać, że na takich wczasach organizowane były ciekawe wycieczki krajoznawcze i zatrudniani lokalni przewodnicy na naprawdę wysokim poziomie. Nigdy nie zapomnę przewodnika z domu wczasowego w Gołdapi, który z wielką miłością opowiadał nam o swojej ziemi zwanej Prusami Wschodnimi.
A teraz uwaga: Trzy lata temu nocowaliśmy z wnukami w hotelu turystycznym w Gdyni. Drugiej nocy musieliśmy się ewakuować, ponieważ pogryzły nas w nocy pluskwy...
A więc różnie w życiu bywa...
A Wy macie jakieś wspomnienia tego rodzaju? Nie muszą być z wczasów pracowniczych...ale też z różnych "wyjazdów do Polski"
---------------------------------------------------------------------------
P.S. Zdjęcia robiłam tydzień temu na skwerze im. Stefana Wiecheckiego -
"Wiecha" na warszawskim Targówku.