sobota, 14 lipca 2018

Baby są okropne -/ część druga staroci/



/W warszawskim ZOO jest mały nosorożec indyjski. Urodził się 16 marca tego roku. Jego mama nazywa się Shikara a tata Kuba. Prawda że śliczny?/

I.- Jak będziesz szedł do komórki to weź przy okazji ten kubeł i wlej wodę do kompostownika… Słyszysz???
- Słyszę, czemu tak krzyczysz?
- Bo lecisz na pusto, a potem będziesz mówił, że ciągle cię gdzieś gonię!!!.
- Wcale nie lecę „na pusto” zanoszę do komórki śrubki które znalazłem w domku – o widzisz? 
I pokazał mi na ręce 3 małe śrubki…
II.
- Jak odkurzyłeś to schowaj odkurzacz do szafki, bo za chwilę się o niego potkniesz.!!!
- Dobra, zaraz, czy ja nie mogę trochę odpocząć? A jutro nie będziesz odkurzać? Przecież jak ciągle pada, to się wnosi błoto do domku. To po co chować ten odkurzacz????
- Bo odkurzacz to nie dzieła Lenina, do których ciągle zaglądasz…
- Przecież ja nie mam dzieł Lenina, ale ty złośliwa jesteś!!!
III.
Pędziliśmy przez las do stacji kolejowej.
- Wiesz – zatrzymał się, odwrócił, podwinął nogawkę spodni i zaczął się drapać po łydce. – Tak sobie myślę, że jak Hannibal szedł ze słoniami przez Alpy, a przedtem przez Pireneje, no bo oni z Kartaginy szli… to mieli dużo lepiej, bo na takiej dużej wysokości to nie ma komarów. - I pomalutku sobie szli i nic ich nie gryzło… Bo słonie, podobnie jak nosorożce mają bardzo delikatną skórę…
- Z pewnością … rozumiem, ze masz na myśli drugą wojnę punicką – powiedziałam bardzo spokojnie. – Ale oni mogli sobie iść pomalutku bo im nie odjeżdżał pociąg za pięć minut.!!!!
I odwróciłam go w kierunku, w którym szliśmy.
---------------------------------------------------------------
Następny pociąg mieliśmy za godzinę, ale czas szybko przeleciał, bo dowiedziałam się ciekawych rzeczy.
O wszystkich wojnach punickich. Nie tylko o drugiej.

czwartek, 12 lipca 2018

Baby są okropne...../ czyli znowu staroć/



I.
- Słuchaj, mam za mało mąki. Możesz zejść do sklepu i kupić, bo ja mam ręce ubrudzone w cieście.?
- Jasne.
- Ale co ty przyniosłeś? Przecież to jest mąka kartoflana…
- A to są różne mąki? No już nie krzycz… Pójdę kupić tę inną…
-------------------------------------------------------------------------------------
- Możesz podlać te iglaki.? Rozsypałam pod nimi odżywkę i potrzebują teraz dużo wody.
- A które to są iglaki? Możesz mi pokazać?
- Iglaki to są takie drzewa, które mają liście w postaci igieł!!!. I nie gubią tych liści na zimę. Tylko modrzew gubi.
- No dobrze już, dobrze. Dlaczego się tak denerwujesz?
-----------------------------------------------------------------------------------
- A państwo to chyba przyszli dzień wcześniej – powiedziała bileterka sprawdzając nam bilety przy wejściu na salę.
- O??? To ja kupiłem bilety na jutro??? – zdziwiła się Druga Połowa. No i dlaczego się tak wściekasz? Przyjdziemy jutro przecież. 
-------------------------------------------------------------------------------------

II.
- Jakbyś sobie powiesił to wiadro z farbą na haczyku drabiny to byłoby bezpieczniejsze. Bo tak to może ci spaść i wszystko się wyleje. I nie zdążysz pomalować dzisiaj domku.
- Ale ja uważam. Na pewno mi nie spadnie.- odpowiedział Starszy z oburzeniem w głosie.
Ledwie się odwróciłam usłyszałam, że wiadro spadło.
- No już nic nie mów. Jakbyś nie zwróciła uwagi na to wiadro, to na pewno nie spadłoby.!!!


III.
- A Tobie bilet MZK to się niedługo nie kończy przypadkiem?
- Dzisiaj jest ostatni dzień ważności.
- To nie zapomnij sobie kupić nowego – przypomniałam Młodszemu.
- Spoko – odpowiedział.
A następnego dnia rano otrzymałam od niego sms o treści „Cholera, kanar mnie złapał. Chyba wykrakałaś”.


IV. 
- Wiesz babcia, ta Jagoda z mojej klasy to bardzo szybko jeździ na rowerze. Dużo szybciej niż ja. Ona jest okropna !– stwierdził nagle Szczerbaty.

V.
- A mnie Zuzia wczoraj w przedszkolu zbiła – wtrącił się Pytalski. I nie wiem dlaczego. Pożyczyłem kredkę szarą od niej bo chciałem pokolorować słonia.
- A zapytałeś czy możesz pożyczyć tę kredkę?
- No tak, jak już ją oddałem.


wtorek, 10 lipca 2018

"Przecinek" - zakończenie


                                /I jeszcze jeden kwiat Jednej Nocy/

Kiedy zobaczyłam, że jeden z fachowców gasi papierosa butem w mojej loggi, /w której mąż rok temu położył płytki/ – to nie liczyłam już do dziesięciu – tylko natychmiast otworzyłam drzwi….i….
- Oj przepraszam – powiedział ten fachowiec - już podnoszę. I podniósł peta i wsadził go sobie do kieszeni. Więc już nic nie mówiłam na ten temat.
- To kiedy panowie kończycie – zapytałam – bo to już chyba dużo roboty nie zostało?
- Jeszcze „te ścianke” skończymy i „przecinek” i pójdziemy – poinformował mnie pan Krzychu i zapuścił żurawia do pokoju.- Rzeźb nie trzeba przesunąć? Dobrze postawiliśmy?- upewniał się.
- Bardzo dobrze – pojęłam w lot aluzję i zaprosiłam na kawę.
Panowie siedzieli cicho i jakoś nic nie mówili. Był znowu poniedziałek i wyglądali na bardzo zmarnowanych. A pan Krzychu był bardzo blady. W pewnym momencie zerwał się i popędził do toalety.
- Mówiłem mu „przecinek” żeby nie pił tej bez kartki. To jakaś „przecinek” ruska była i co oni tam „przecinek, przecinek, przecinek” dodali…..to „przecinek”, przecinek, przecinek”. Na weselu w łykend byliśmy pod ruską granicą „przecinek” – poinformował mnie jego kolega. 
Z toalety dochodziły bardzo konkretne odgłosy.
Nie miałam wyjścia, musiałam się z tym pogodzić.
Pan Krzychu wyszedł z toalety jeszcze bardziej blady i powiedział, że zaraz posprząta, ale że chyba jeszcze nie skończył „przecinek”…
I zaraz do niej wrócił.
Zaproponowałam panom delikatnie, żeby wrócili do pracy.
I zasugerowałam, żeby pan Krzychu poszedł do domu, bo chyba niewielka dziś z niego pociecha będzie.
Koledzy pokiwali głowami i powiedzieli „przecinek, przecinek”, że kierownika tu przyślą żeby zobaczył co się z Krzychem „przecinek, przecinek” porobiło „przecinek”. I wyszli do loggi. A po paru minutach zadzwonił mi do mieszkania pan kierownik. I wrócili tamci panowie żeby zabrać Krzycha windą a nie podnośnikiem, bo biedulek naprawdę był kiepściutki. 
Pan kierownik bardzo mnie przepraszał i dziękował, że przygarnęłam Krzycha.
Wyszli wszyscy.
A ja zamknęłam drzwi do loggi i do mieszkania, uchyliłam wszystkie okna, nałożyłam gumowe rękawice i zabrałam się do ciężkiej pracy w toalecie.
Dwa dni później fachowcy wynieśli się z mojej loggi. Nie pomalowali wprawdzie jeszcze balustrady, ale stwierdziłam, że zrobię to sama. I kiedy już kupiłam odpowiednią farbę, pędzel i rękawiczki…..
Następnego dnia podnośnik znowu wjechał i….. panowie zapukali w drzwi od loggi. 
Nie było mnie wtedy w tym pokoju, więc mnie nie widzieli. Moja wytrzymałość się skończyła i udałam, że mnie nie ma w domu.
Więc fachowcy zaczęli malować balustradę bez kawy. „Przecinki” fruwały dookoła.
Gdybym wiedziała jakie będą konsekwencje tego mojego czynu…
Pomalowana została na czarno nie tylko balustrada, ale kafelki ułożone wzdłuż niej na podłodze loggi.
--------------------------------------------------------------------------
Przed długą, słoneczną majówką fachowcy „odstąpili” całkowicie…
--------------------------------------------------------------------------
Żebyście wiedzieli jak mi się smutno zrobiło, że już ich nie zobaczę…

niedziela, 8 lipca 2018

"Przecinek" - część druga


                  /I znowu moje Kwiaty Jednej Nocy...z drugiej strony parapetu/

Punktualnie o ósmej rano zrobiło się w pokoju ciemno, bo z dołu wjechał podnośnik z czterema fachowcami. 
Siedziałam sobie akurat przy porannej kawie i słuchałam „Walca Barbary” z filmu „ Noce i dnie”.
Panowie wyskoczyli do mojej loggi i zaczęli rzucać „przecinkami”. Po pewnym czasie zaczęli też zrzucać styropian i inne materiały do ocieplania budynku.
Wyłączyłam muzykę i zaczęłam powoli liczyć do dziesięciu. Potem wstałam i otworzyłam drzwi do loggi.
- Dzień dobry – zaczęłam grzecznie. – To dzisiaj tutaj będziecie ocieplać? Ale ja mam prośbę. Czy panowie mogliby trochę mniej przeklinać? Ja wiem, że pracę macie niebezpieczną i męcząca, ale takie ciągłe przeklinanie jest bardzo stresujące dla kogoś kto musi tego cały dzień słuchać. A tak się składa, że ostatnio muszę cały czas przebywać w domu.
Popatrzyli na mnie jak na wariatkę. Widziałam w ich oczach nieme stwierdzenie – „Wściekła się baba chyba albo co….”. Był poniedziałek – a tu od rana takich tekstów muszą wysłuchiwać…
Nic nie odpowiedzieli, wręcz zamilkli. Ale jeden z nich /pewnie jakiś ważniejszy/ zapytał:
- A dlaczego loggia nie jest opróżniona?
- Bo ja nie wiedziałam, że dzisiaj panowie będziecie moją loggię ocieplać. Nie było żadnej kartki na dole.
- Heniek – krzyknął jeden z nich przechylając się w dół – wywiesiłeś kartkę? Nie? …..”przecinek” „przecinek” „przecinek” „przecinek”……
- No widzicie panowie – to musicie mi pomóc teraz, bo mąż już poszedł do pracy, a ja sama tych rzeźb nie przeniosę.
- To pani te rzeźby? – zapytał jeden przyglądając się popiersiu Norwida. – Patrz Ziutek – ja to chyba jestem podobny do tego gościa „przecinek”, „przecinek”…
- Z pewnością – ucięłam wszelkie wątpliwości żeby nie przedłużać sprawy.
- A ty Krzychu to do tego górala … „.przecinek”, „przecinek”..
- A mnie to się ten elegancik podoba – Krzychu ukucnął przy popiersiu jednego ze znanych myślicieli – tak se elegancko ubranko zarzucił na ramię – „przecinek”, „przecinek”…… To pewnie „przecinek” jakiś Sokrates – zabłysnął nagle.- Taki to dobrze ma, nic nie robi „przecinek” „przecinek” tylko się… „przecinek” „przecinek”...
- To co panowie, przeniesiecie te rzeźby do pokoju? – kułam żelazo póki gorące. Poczęstuję was bardzo dobrym ciastem i kawą – przeszłam do konkretów.
- A ma pani rozpuszczalną czy z ekspresu?– Krzychu też przeszedł do konkretów.
- I taką i taką, do wyboru. Tylko bardzo proszę ostrożnie przenosić, bo to są moje pamiątki.
Zaczęli przenosić. A ja trzęsłam się ze strachu, żeby ich nie upuścili. Były to oczywiście kopie rzeźb znajdujących się w innych miejscach, ale to nie miało znaczenia.
Oczywiście „przecinki” latały w powietrzu. Stężenie było bardzo duże.
Zgodnie z obietnicą zaprosiłam panów do mieszkania i poczęstowałam kawą i ciastem i nawet czekoladę z orzechami każdemu dałam. Pytali wprawdzie czy nie można by tych czekolad zamienić na piwo, ale powiedziałam, że ostatnią puszkę właśnie rano, przed ich pojawieniem się wypiłam.
Dziwnie na mnie popatrzyli, jeden się nawet roześmiał./ten co trafił na Sokratesa/.
------------------------------------------------------------------
Następnego dnia jeden z panów zapukał do mnie z loggi.
- Czy moglibyśmy dzisiaj też dostać kawkę? Bo taką ..” przecinek” „przecinek”…. dobrą pani nam zrobiła.
- Oczywiście, ciasto też jeszcze jest!- ucieszyłam się.
Gości na kawie miałam przez tydzień. I nie miało znaczenia na którym piętrze akurat „robili”.

Cdn.

piątek, 6 lipca 2018

"Przecinek" - część pierwsza


Obudziłam się z przeświadczeniem, że ktoś zagląda mi do pokoju przez okno. Było to bardzo dziwne i w ogóle niemożliwe, bo mieszkam na dziesiątym, ostatnim piętrze i naprzeciwko nie ma żadnego domu.
A jednak ktoś za oknem był. I może nie zaglądał, ale stał na drewnianym podnośniku, zawieszonym na linach z dachu. Był to jeden z robotników z ekipy ocieplającej budynek.
Oprzytomniałam natychmiast, usiadłam na łóżku i chcąc nie chcąc byłam świadkiem rozmowy jaką ten człowiek przeprowadzał przez telefon. 
Był to właściwie monolog, bo słów drugiej osoby nie słyszałam:


"- Ewcia? K... m... nie słyszę co mówisz.!
No nie słyszę, bo jestem bardzo wysoko… K...m...
-Ewcia? Nie będę mówić głośniej, bo k… m...jakaś baba dopiero się obudziła /to o mnie chyba było/…
-Kaśka?... to znaczy Ewcia… Co mówisz? Zenek k... m...wyłącz na chwilę te maszyne….. 
-Jaka Kaśka, przecież mówiłem Ewcia… Bo przecież moja Ewcia k... m... jesteś…. no nie? 
-Ewcia, no weź wyluzuj k…m... Jaki telefon? No przecież nie mogłem k… m... odebrać, bo żem zostawił go na dole w kurtce. I wjechał żem k…m.. . na górę.
-Czekaj, bo ta baba wstaje /to chyba znowu o mnie było/ i coś k…m.. do mnie mówi. A nie… usiadła znowu...
-Kaśka… no nie, k…m... – Ewcia….. chciałem powiedzieć…. Może byś przyszła…
-Ale ja teraz k…m...żem zmienił mieszkanie. I już nie mieszkam z chłopakami tylko z takim k…m... dziadkiem. Po…… taki k…m...ten gościu jest…. No w pale się nie mieści co on k…m... ten ch.. robi…
-I robotę żem k…m... nową dostał!
No spoko jest, tylko już k…m... muszę kończyć bo coś z dołu kiero krzyczy… Wiesz, on k…m... u Angoli robił…. Ale wrócił bo tam też p……. wszystko jest!
-Kaśka, to znaczy Ewcia k…m... No nie krzycz, no przecież wiem k...m...że Ewcia jesteś!
-No Ewcia, no już, no spoko, no wyluzuj…
No Ewcia, no k…m.., no KOCHAM CIĘ, no pewnie że tak k…m... No nie walę ściemy… A ty żeś k…m... co myślała?"
--------------------------------------------------------------------------
Wstałam i popędziłam do łazienki…
Żebyście wiedzieli jakiej migreny dostałam…


/A dla kontrastu Kwiaty Jednej Nocy, które zakwitły mi wczoraj/
A jednak ktoś za oknem był. I może nie zaglądał, ale stał na drewnianym podnośniku, zawieszonym na linach z dachu. Był to jeden z robotników z ekipy ocieplającej budynek.
Oprzytomniałam natychmiast, usiadłam na łóżku i chcąc nie chcąc byłam świadkiem rozmowy jaką ten człowiek przeprowadzał przez telefon. 
Był to właściwie monolog, bo słów drugiej osoby nie słyszałam:
- Ewcia? K…. m.. nie słyszę co mówisz.!
No nie słyszę, bo jestem bardzo wysoko… K…. m..
-Ewcia? Nie będę mówić głośniej, bo k…. m.. jakaś baba dopiero się obudziła /to o mnie chyba było/…
-Kaśka?... to znaczy Ewcia…. Co k…. m.. mówisz? Zenek wyłącz na chwilę te maszyne….. K…. m..
-Jaka Kaśka, przecież mówiłem Ewcia…. Bo przecież moja Ewcia jesteś…. no nie? K…. m..
-Ewcia, no weź wyluzuj K…. m.. Jaki telefon? No przecież nie mogłem k…. m.. odebrać, bo żem zostawił go na dole w kurtce. I wjechał żem k…. m.. na górę.
-Czekaj, bo ta baba wstaje /to chyba znowu o mnie było/ i coś k…. m.. do mnie mówi. A nie…. usiadła tylko k…. m..
-Kaśka… no nie, k…. m.. – Ewcia….. chciałem powiedzieć…. Może byś przyszła….. 
-Ale ja teraz k…. m.. żem zmienił mieszkanie. I już k…. m.. nie mieszkam z chłopakami tylko z takim k…. m.. dziadkiem. Po…… taki k…. m.. ten gościu jest…. No w pale się nie mieści co on k…. m.. ten ch.. robi…
-I robotę żem k…. m.. nową dostał!
No spoko jest, tylko już k…. m.. muszę kończyć bo coś z dołu kiero krzyczy… Wiesz, on k…. m.. w Anglii robił…. Ale wrócił k…. m.. bo tam też p……. wszystko jest!
-Kaśka, to znaczy Ewcia k…. m.. No nie krzycz, no przecież wiem że Ewcia k…. m.. jesteś!
-No Ewcia, no już, no spoko, no wyluzuj…
No Ewcia, no k…. m.. no KOCHAM CIĘ, no pewnie że tak k…. m.. No nie walę ściemy… A ty żeś k…. m.. co myślała?
--------------------------------------------------------------------------
Wstałam i popędziłam do łazienki…
Żebyście wiedzieli jakiej migreny dostałam…

środa, 4 lipca 2018

I jeszcze cytat z "Lapidarium VI"


Takoż pisze Ryszard Kapuściński w 2007 roku /albo jeszcze wczesniej/:

"W naszej współczesnej cywilizacji, w czasie, w którym żyjemy, zwraca uwagę ogromna dominacja polityki nad wszystkimi innymi dziedzinami życia. Zwiększyła się ona głównie dzięki rozwojowi mediów, lub coraz większej wszechobecności, rosnącej partycypacji nawet w naszym życiu prywatnym. Obserwujemy nie tylko personalne ale i merytoryczne zrastanie się, przenikanie światów polityki i mediów, a za tą fuzją stoi i finansuje ją wielki kapitał  - kasa świata".

A na pocieszenie dla wszystkich przerażonych - takie drzewa...

poniedziałek, 2 lipca 2018

Wyjątkowy dzień



W dniu 30 czerwca 2018 roku w pięknym ogrodzie Pałacu Krasińskich zwanym Pałacem Rzeczypospolitej Biblioteka Narodowa zorganizowała kolejny już coroczny piknik pt: „Imieniny Jana Kochanowskiego”. Spotkanie zostało współfinansowane przez m.st.Warszawę i Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Głównym partnerem był wspaniały poeta Zbigniew Herbert.
A najbardziej wzruszającym miejscem w Parku Krasińskich była altana, w której znajdowała się instalacja dźwiękowa „Zbigniew Herbert we własnej osobie”. Można sobie było w tej altanie usiąść i słuchać, słuchać i słuchać poetę czytającego własne wiersze. Przychodzili tam ludzie z reguły w pojedynkę, siadali …. i dopiero po długiej chwili odchodzili. Przychodziły też pary i to w bardzo różnym wieku.

W Parku były cztery sceny: Scena Zielona, Żółta, Niebieska i Różowa.
Na każdej z nich działy się niesamowicie ciekawe rzeczy.
Na przykład na Scenie Zielonej spotkał się z gośćmi pikniku Laureat Nagrody Literackiej m.st Warszawy w kategorii Warszawski Twórca – Ernest Bryll. Wypowiadały się na tej scenie także tacy pisarze jak Filip Springer czy Sławomir Koper czy Andrzej Franaszek. Ten ostatni jak wiadomo jest autorem najnowszej książki o Zbigniewie Herbercie. A w godzinach 18.00-20.00 na tej scenie miał miejsce „Bardzo europejski mecz poetycki” w którym uczestniczyli tak znani aktorzy jak: Jacek Braciak, Anna Cieślak, Grzegorz Daukszewicz, Łukasz Garlicki, Aleksandra Justa, Rafał Królikowski, Edyta Olszówka, Anna Seniuk, Andrzej Seweryn, Maria Seweryn.
Na Scenie Żółtej po godzinie dwunastej Izabela Kuna i Piotr Machalica czytali listy poetów: Wisławy Szymborskiej i Zbigniewa Herberta. Oczywiście te listy, które poeci pisali do siebie.
Na scenie Niebieskiej też czytano wiersze Zbigniewa Herberta a znani krytycy literaccy zastanawiali się na przykład….. „Co po Herbercie”.
I scena Różowa była  najbardziej zróżnicowana – taka muzyczno, filozoficzno- dziecięca.
To tak oczywiście w skrócie, bo przecież nikt z obecnych w Parku Krasińskich nie mógł uczestniczyć we wszystkich wydarzeniach, jakie odbywały się tego dnia od godziny 11tej aż do 21 szej.
A w samym Pałacu Rzeczypospolitej, w którym znajdują się najwartościowsze zbiory Biblioteki Narodowej można było obejrzeć rękopisy Zbigniewa Herberta.
W pikniku uczestniczyło wiele wydawnictw literackich. Począwszy od tych najstarszych największych i najznamienitszych jak Biblioteka Narodowa poprzez te nieco mniejsze i nowsze aż do tych najnowszych.
Pogoda niestety nie była najlepsza, taka raczej wietrzna a chwilami nawet padał deszcz.
Toteż organizatorzy stoisk, redaktorzy i osoby, które zostały zaproszone na stoiska do podpisywania swoich książek musieli co chwila chować się w głębi namiotów...a nawet przytrzymywać książki aby wiatr ich nie porwał… Odwiedzających stoiska też było mniej niż w poprzednich latach. Wiele natomiast było rodziców z dziećmi. Takich mądrych rodziców, którzy wiedzą, że dzieci powinny czytać książki, bo książki rozwijają każdego. Zauważyłam to przebywając na stoisku Wydawnictwa Literackiego „Białe Pióro”, którego redaktorka Agnieszka Kazała pisze i ilustruje piękne książki właśnie dla dzieci.
Wydawnictwo to wydało już 113 tytułów. /w tym trzy mojego autorstwa/

A jeśli chodzi o mnie, to miałam ze sobą osiem książek. Dwa egzemplarze „Zwariowałam”, dwa egzemplarze „Nadal wariuję” i cztery „Mojego warszawskiego zwariowania”. To było wszystko co mi w domu zostało. Jak bowiem wiecie wszystkie książki rozprowadzałam sama. Tylko pierwszą książkę można było przez jakiś krótki czas kupić też bezpośrednio w wydawnictwie przez internet.
Z początku siedziałam cichutko przy stoliku i czekałam. A potem przypomniałam sobie, że w handlu zagranicznym „straciłam życie” i że kiedyś uczyłam się czegoś takiego jak marketing i że jak chce się kogoś czymś zainteresować to trzeba mu o tym czymś opowiedzieć…
Mniej więcej po godzinie wyszłam przed stoisko i zaczęłam pytać niektóre osoby czy są może rodowitymi Warszawiakami , bo jeśli tak to może zainteresuje ich książka o „Mojej Warszawie”. I każda z tych osób, która książkę przejrzała od razu ją kupiła. A jedno małżeństwo /na zdjęciu/ które wyszło do Parku Krasińskich tylko na spacer – kupiło całą moją „zwariowaną trylogię”.

 Z kolei inna pani po kupieniu książki o Warszawie – usiadła na ławeczce niedaleko mnie i od razu zaczęła ją czytać…. I po 15 minutach podeszła do mnie i powiedziała mi cichutko: „Pięknie pani pisze”.
A przemiła młodziutka polonistka Ania ze Szczecina, która była uczennicą Halinki /"maskakropka2"/  gdy tylko obejrzała moje książki to powiedziała, że bardzo żałuje ale ma pieniądze tylko na te dwie pierwsze, bo wydała wszystko na wesele… Ale że tę książkę o Warszawie to może uda się jej pożyczyć od pani Halinki...
I odwiedziła mnie jeszcze Kasia z Otwocka. Przyjechała razem z rodzicami tylko po to żeby mnie zobaczyć i ze mną porozmawiać chwileczkę, bo ma już od dawna moje książki.
No i był znajomy Marek z dziewczynami, czyli z żoną i z córką. Ale pomachali mi tylko z daleka a potem czekali na mnie aby mnie zabrać na lody na Stare Miasto.
Reasumując – w ciągu drugiej godziny mojego pobytu na stoisku sprzedałam i podpisałam 8 książek czyli wszystkie te, które ze sobą przyniosłam.
Nie został mi żaden egzemplarz do sprzedaży.
I tak sobie myślę, że do szczęścia niewiele jest człowiekowi potrzebne.

P.S. 1- Wszystkim nowym osobom, które kupiły u mnie książki na stoisku w dniu 30 czerwca br. podałam adres tego blogu. Więc jeśli mnie czytają ……. to raz jeszcze serdecznie im dziękuję.
P.S. 2- A przede wszystkim dziękuję wszystkim sympatycznym koleżankom i kolegom z Wydawnictwa Białe Pióro z którymi spędziłam przemiłe dwie godziny, jadłam ciasto i … z którymi jestem na dwóch fotografiach.



sobota, 30 czerwca 2018

Kandydatka?


/Podaję za Małgorzatą I.Niemczyńską z „Magazynu do czytania Książki” wydanie 3/2018/

1. Zadebiutowała pod pseudonimem Nataszy Borodin. Miała wtedy 17 lat. A było to w piśmie „Na przełaj”. Tata pracował w bibliotece, mama uczyła polskiego. W dzieciństwie chodziła na spacery i wsłuchiwała się w odgłosy przyrody. Bała się”boboków”, które mieszkają w meblach pod tapicerką. Przebierała się w stroje ludowe, wkładała peruki i udawała kogoś innego. Zaczytywała się w książkach – również w tych dla dorosłych. Pierwszym dziełem, które głęboko przeżyła było „W pustyni i w puszczy” Sienkiewicza.

2. Jej charakterystyczny wizerunek dzisiaj to długie suknie /nierzadko z falbanami/ i wysoki kok z dredów. Dzisiaj trudno sobie ją wyobrazić w roli dżudoki, ale jednak trenowała ten sport.
Zanim została pisarką, pracowała jako pokojówka w hotelu w Londynie a także jako psychoterapeutka. Ukończyła psychologię na Uniwersytecie Warszawskim i już na studiach opiekowała się wolontaryjnie osobami chorymi psychicznie.
Próbowała także swoich sił jako wydawczyni. Niewielka oficyna o nazwie Ruta działała w Wałbrzychu tylko kilka lat ale to jej nakładem ukazały się pierwsze książki pisarki.

3. W 1999 roku amerykański tygodnik „Time” poświęcił Polsce pół numeru. Pisarka znalazła się w nim w towarzystwie innych dziewięciu znanych Polaków.
W miarę rozwoju kariery pisarka zaczęła zabierać głos na ważkie tematy, jak kryzys migracyjne i prawa zwierząt. Tej drugiej sprawie poświęciła zbiór esejów i powieść. Nie je mięsa. Towarzyszy jej suczka Nina, której przypisuje ludzkie cechy. Mieszka z najbliższymi w Kotlinie Kłodzkiej i we Wrocławiu.

4. Najpierw były Teatry Telewizji, - „Numery” z Ewą Dałkowską, „Skarb” z Mają Ostaszewską. „EE” z Agatą Buzek. Potem pełnometrażowy film „Żurek” z Katarzyną Figurą. Niedawno Agnieszka Holland zekranizowała jej słynną powieść „Prowadź swój pług przez kości umarłych”

5. Laureatka niesamowitej ilości nagród. Nim pierwszy raz otrzymała Literacką Nagrodę „Nike”jej książki trzykrotnie wygrywały w „nikowym” plebiscycie czytelników. Dziś ma na koncie dwie statuetki od jury /za „Biegunów” i „Księgi Jakubowe”/ oraz pięć dyplomów od miłośników jej prozy. A także m.inn. Nagrodę Kościelskich, Paszport „Polityki” i srebrny Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.

6. Ostatnio otrzymała– największą prestiżową /tuż obok Nobla/ nagrodę - The Man Booker International Book Prize 2018 za "Biegunów".

7.Gdy szła odbierać  nagrodę Bookera założyła kolczyki, które kupiła sobie 30 lat wcześniej w Londynie gdy pracowała jako pokojówka./patrz pkt.2/ I powiedziała: "Dzis wracam tu w tych samych kolczykach jako zdobywczyni prestiżowej nagrody".
Powiedziała też: "Chciałabym wspomnieć, że jestem pierwszą w historii laureatką z Polski. I jestem z tego dumna".
Do konkursu stanęło 108 książek, a w finale pisarka pokonała 13 bestsellerowych, światowych autorów.
"Biegunów" napisała mieszkając przez pewien czas w Amsterdamie.

8.A zaczynała od takich laurów jak Książka Lata 1995 roku.

Jak myślicie, czy Olga Tokarczuk będzie polską kandydatką do NAGRODY NOBLA???
Tak czy inaczej i jedne i drugie polne kwiaty są dla Niej. A dlatego polne, bo wiem, że lubi spacery po łąkach, polach i lasach...



czwartek, 28 czerwca 2018

Jedna jest moja


Biblioteka Narodowa policzyła właśnie, że w 2017 roku ukazało się 

36260 nowych tytułów.
To ponad 2 tysiące więcej niż przed rokiem. A więc rekord. Blisko 30 procent tego zbioru stanowią dzieła literackie. Niestety, badania nie wskazują ile z nich było udanych. Jedna książka wśród tych wydanych w ubiegłym roku jest moja. Ukazała się tuż przed samym Bożym Narodzeniem.
Jest to książka o „Mojej Warszawie”. Zgodnie z moim życzeniem książka ta /podobnie jak dwie poprzednie/ nie była nigdzie reklamowana. Wspominałam o niej tylko kilka razy na blogu przy okazji tekstów o Warszawie. Rozprowadziłam ją wśród najbliższych mi osób i wśród przyjaciół blogowych.
Mam cichą nadzieję, że książka nie jest zła.

A ta kwitnąca juka z mojej działki to w prezencie dla wszystkich tych osób, które „Moim warszawskim zwariowaniem” się zainteresowały, książkę u mnie kupiły, przeczytały i napisały recenzję.
Bardzo serdecznie tym osobom dziękuję.

P.S. Wydawnictwo „Białe Pióro”, które wydało serię „moich zwariowań” zaprosiło mnie na swoje stoisko do Parku Krasińskich w Warszawie w związku z wydarzeniem pt: Imieniny Jana Kochanowskiego.
Mówiąc krótko – w dniu 30 czerwca w godzinach 11-13 będę na stoisku nr. 5 podpisywała ostatnie egzemplarze wszystkich trzech moich książek.
Serdecznie zapraszam.


wtorek, 26 czerwca 2018

Warszawskie koszmarki


W Warszawie jestem zakochana beznadziejnie. Napisałam nawet o niej książkę.
Ale jednak widzę to co w stolicy jest złe i paskudne.
Widzę na przykład warszawskie koszmarki – czyli budynki, które powstały w dekadzie tandety i luksusu, czyli w latach 90-tych ubiegłego wieku.
Zaczęły one powstawać po roku 1989. Wtedy to firmy zaczęły budować swoje siedziby, sieci handlowe chciały sprzedawać swoje produkty w eleganckich centrach a banki poszukiwały oddziałów w prestiżowych lokalizacjach. Warszawa doskonale nadawała się do takiej zabudowy – Śródmieście pełne było pustych, niezabudowanych działek. Wiele tych nowych budynków było projektowanych przez cudzoziemców. Nie byli to projektanci wybitni, bo Polska nie jawiła się jako miejsce gdzie warto było realizować pomysły kosztownych architektonicznych gwiazd. Ale w naszym kraju witano z entuzjazmem wytęskniony „powiew Zachodu”. Więc akceptowano każdy projekt.
Przyznam, że na początku tych koszmarków nie zauważałam.
Dopiero gdy kolega umówił się ze mną w jednym z nich i napisał ,że spotkamy się w Kabinie Prysznicowej.
Pojęcia nie miałam o co mu chodzi.
Więc zapytał czy nie wiem gdzie jest największy na świecie Toi-toi. Bo to jest to samo.
A jak nadal nie wiedziałam to przesłał mi zdjęcie – to jest to zdjęcie na górze.
No faktycznie – nazwa pasuje do tego budynku. Prawda? A nazywa się on elegancko Reform Plaza.
Niedaleko Toi-Toi stoi sobie „Koszmar Sześciolecia”. Taką bowiem nazwę uzyskał oddany do użytku w 1995 roku „Hotel Sobieski”. Byłam tam kiedyś na eleganckim przyjęciu jakie jakaś znana niemiecka firma  wydawała dla swoich kontrahentów. W środku też był koszmar. I do dzisiaj jak tamtędy przejeżdżam do OFF-Teatru Krystyny Jandy to odwracam głowę w drugą stronę.

Beznadziejny jest też przysadzisty Curtis Plaza na Służewcu Przemysłowym. Był to pierwszy nowoczesny biurowiec w Warszawie. Okropny – prawda???

A ta siedziba Firmy Fuji też nie najlepsza. To taka współczesna parodia architektury Japonii.



Niestety, wiele jest w stolicy takich koszmarków. Trochę się pocieszam, że w innych stolicach też istnieją.

Dlatego tak często uciekam na Stare Miasto, Krakowskie Przedmieście, do Łazienek albo do Wilanowa.

niedziela, 24 czerwca 2018

Hybryda czy anegdota?

           
                                     /Zakopiańskie Krupówki w okresie miedzywojennym/
Malarz, pisarz, taternik, popularyzator Tatr Rafał Malczewski /syn Jacka Malczewskiego/ znał Zakopane bardzo dobrze. Pamiętał jego wiejskie oblicze z początku XX stulecia i splendor modnego kurortu lat trzydziestych. Tak o tej przedziwnej hybrydzie powstałej z przemieszania miejscowego żywiołu góralskiego z jego dorobkiem kulturalnym, z wysoką kulturą przybyszów, elit kulturalnych i twórczych z wszystkich trzech zaborów pisał w w 1935 roku w książce „Tatry i Podhale”:

„ Wraz z torem kolejowym kończy się i Polska i Europa i cały wielki świat – ot zaczyna się Zakopane, miejscowość przedziwna i urocza, jedyna na podhalańskiej ziemi, a może i na całym globie. Jakaż bowiem wioska podgórska potrafiła przez szereg lat skupiać to, co miał naród najlepszego? Były okresy, gdy promieniowała na całą Polskę natężonym życiem kulturalnym przybyszów – najświetniejszych umysłów i najbardziej gorejących serc. Zakopane rozrzucone po równinach i wzniesieniach, przeplatane chatami góralskimi, to znów wielkomiejskimi gmachami, tętni życiem stolicy i nędznej wioszczyny równocześnie. Pokrajane zaledwie kilkoma ulicami, niesfornie zabudowane, oddycha kryształowym powietrzem gór i smrodem samochodowej benzyny, tarza się w bagnach, to wspina na zbocza Antałówki i Gubałówki, zasypia w upalne dnie i znów drży pod batem halnego wiatru. Huczące autobusy rozganiają kierdele owiec, redykające do domu, wozy wyładowane plonem łąk i roli ciągną popod okna barów, kawiarni i dancingów zawodzących najmodniejszym tangiem. Nocami płoną elektryczne lampy, ponad nimi księżyc zielonym światłem rzeźbi grań Tatr. Rozlegają się dzikie wycia góralskie w obejściach paradnych hoteli, otoczonych szopami, w których pobekują owce. Wykwint i elegancja przelewa się chodnikami, obok zaś gazdowie rozrzucają gnój na ojcowskiej grzędzie. Wielkie jak wrota lustrzane szyby magazynów łowią męt i ruch uliczny, samochody, narciarzy, wołowatych sietniaków, seledynowe zachody słońca, nędze i wspaniałości ludzi i świata”.

Natomiast socjolog, publicysta, narciarz i bywalec Zakopanego Andrzej Ziemilski nazwał to miasto anegdotą. Tak pisał o nim w roku 1998 w swojej książce "Cud na Kasprowym":

„Zakopane jest anegdotą, opowieścią bez początku i końca, poskładaną mniej więcej tak, jak uskładane bywają drewniane ruskie zabawki-babuszki: bajecznie kolorowe, tkwiące jedna w drugiej, od maleńkich do ogromnych. Żadne miejsce w Polsce – może poza podkrakowskimi Bronowicami nie zostało obciążone takim natłokiem literackich symboli, znaków z pozoru tajemnych, a powszechnie uznanych i ważnych, taką koncentracją postaci z pogranicza jawy i mitu. Trudno byłoby spotkać gdziekolwiek na świecie tak regularnie wędrujące gromady ludzi twórczych i kabotynów, ludzi czynu i bezpłodnego marzenia, sportowców i pozujących na nich snobów, desperatów szukających tu zdrowie lub tylko ucieczki przed ostatnią z życiowych prób. Jasna Góra była przez wieki ludowym znakiem nadziei. Tu, pod Giewontem naród rozdarty zaborami i pozbawiony państwa stworzył swym elitom zastępczą, choć jedynie sezonową stolicę. Przetrwała do naszych czasów.”

Wydaje mi się, że zarówno "Zakopane-hybryda" jak i "Zakopane- anegdota" są określeniami bardzo trafnymi.

Wprawdzie nie ma już tego Zakopanego co dawniej ale….
No właśnie.
Jakie jest Wasze zdanie na temat dzisiejszego Zakopanego?
-------------------------------------------------------------------------------------
A niżej kosodrzewina. Ale nie w Tatrach, tylko na mojej działce pod Warszawą. Ale sadzonki ze szkółki podtatrzańskiej. Kosodrzewina ta ma juz 27 lat i w lecie chowają się w niej Szczerbate...albo babcia Stokrotka jak chce mieć "tatrzańsko - działkowy" spokój.

Hollyłódź

Łódź jak żadne polskie miasto zasługuje na miano stolicy polskiej kinematografii. Już od 1948 roku słynna łódzka Filmówka, czyli Państwowa W...