sobota, 22 września 2018
Migawki sanatoryjne - zakończenie
IX.
Po 22-giej wyszłam ze swojego pokoju do recepcji, bo chciałam zajrzeć czy nie ma do mnie jakiejś poczty i wejść na swój blog.
W holu przy stole siedział pan Zdzisiek i przy małej lampce nocnej usiłował nawlec igłę.
- Przepraszam – powiedział, gdy mnie zobaczył – czy mogłaby pani pomóc mi z tą nitką. Bo za cholerę nie mogę trafić w dziurkę. A żona mnie wysłała, żebym…
Już chciałam podejść do niego, ale drzwi nagle się otworzyły i pani od pana Zdziśka wypadła z pokoju.
- Ty nawet w dziurkę nie możesz trafić sam, tylko trzeba ci pomagać – krzyknęła.
Uciekłam do swojego pokoju, zaryglowałam za sobą drzwi… i schowałam się w szafie.
Ale i tak słyszałam awanturę za ścianą.
X.
- Bo pani to tylko na spacery chodzi, książki czyta i w ten komputer klika – powiedziała z wyrzutem moja sąsiadka przy stole. – I nie ma pani pojęcia co tu się dzieje.
- No chyba nie mam – zgodziłam się z nią.
XI.
Siedziałam sobie zanurzona po uszy w kąpieli siarczkowej i wspominałam najpiękniejsze momenty z mojego życia – gdy nagle usłyszałam żonę pana Zdziśka. Biegała po korytarzu w Domu Zdrojowym i chyba zaglądała do łazienek, bo słychać było jakieś krzyki, trzaskanie drzwiami i głosy oburzenia. Najwyraźniej szukała męża. Okropnie się zdenerwowałam, że mnie odnajdzie i zacznie w mojej kąpieli szukać swojego męża – i aż się poślizgnęłam i o mało z desperacji nie utopiłam w wannie /tak się złożyło, że nie zdążyłam się jeszcze nauczyć pływać/. Ale chyba go znalazła gdzie indziej, a mnie się tym razem jeszcze udało.
XII.
W nocy obudziła mnie awantura za ścianą, więc wstałam, zeszłam do recepcji, „odpaliłam kompa”, wrzuciłam tekst i napisałam kilka komentarzy na znajomych blogach.
Nad ranem wróciłam do pokoju, żeby chociaż przez chwilę przytulić się do poduszki. A rano w czasie śniadania dowiedziałam się, że moja przemiła para zza ściany wyjechała.
Mogłam więc już całkowicie wyjść z szafy.
XIII.
Przy sobotnim obiedzie trzy panie, z którymi siedzę przy stoliku na stołówce rozpoczęły poważną rozmowę.
- Wiecie panie – powiedziała jedna – podobno w tym turnusie nie ma nikogo z Warszawy. Tylko ze Śląska i z kieleckiego ludzie przyjechali.
- I bardzo dobrze, bo ja bardzo nie lubię warszawiaków – ucieszyła się druga.
- No pewnie – dołączyła się trzecia – bo to takie zarozumiałe chamy są, że aż ręce opadają.
Była moja kolej na krytykę warszawiaków, ale jakoś nie zabierałam głosu.
Panie popatrzyły na siebie, a jedna z nich zwróciła się do mnie:
- A pani to nic nie mówi skąd jest…
Jestem osobą prawdomówną, więc nie miałam wyjścia i przyznałam się na głos…, że z tych warszawskich chamów pochodzę.
czwartek, 20 września 2018
Migawki sanatoryjne
Wczoraj po południu przyjechałam do sanatorium. Tym razem zabrałam ze sobą "osobistego Zdziśka". A Wam przypominam mój tekst sprzed lat.
--------------------------------------------------------------------
I.
- Teraz podnosimy prawą nogę, zginamy w kolanie i przyciągamy do klatki piersiowej – polecił pan na kinezyterapii zespołowej.
- Pani w niebieskim dresie też podnosi prawą nogę. Nie lewą, tylko prawą. PRAWĄ…
- Halo, czy pani wie gdzie ma prawą nogę?
II.
- Proszę się rozebrać do naga i zanurzyć w kąpieli po szyję – powiedział pracownik łazienki.
- To całkowicie się rozebrać?
- A można się rozebrać częściowo do naga?
III.
- „Tera” się pani położy na brzuchu i nie rusza – powiedział masażysta o wyglądzie recydywisty.
Miał „złote ręce”, więc stwierdziłam, że następnym razem już do gabinetu wejdę z zamkniętymi oczami. I otworzę je dopiero po wyjściu.
IV.
- Poczuje pani taki prąd na kręgosłupie jakby pani miała mrowisko na plecach. Wytrzyma pani?
- Jasne, przecież w wolnych chwilach zawsze szukam mrowiska…
V.
Po powrocie do pokoju zauważyłam w swoim plecaczku męski T-shirt o rozmiarze XXXXXL. Nie było natomiast góry od mojego niebieskiego dresu. Zastanawiałam się co zrobić z tym nadmiarem szczęścia, gdy nagle usłyszałam dochodzący zza ściany zdenerwowany głos żeński:
- I gdzie znowu sklerotyku jeden zostawiłeś swoją koszulkę?
I co w twojej torbie robi jakiś babski dres?
VI.
W nocy obudziłam się przerażona i zerwałam na równe nogi. Śniło mi się, że do mojego pokoju przyszedł rehabilitant i groził mi długim kijem, że jak się nie nauczę gdzie mam prawą nogę, to mi nie zaliczy semestru. I wylecę ze studiów, bo jestem przecież na pierwszym roku.
VII.
Ubrałam niebieskie spodnie od dresu, wzięłam męski T-shirt rozmiar XXXXXL i zapukałam do sąsiednich drzwi.
- Przepraszam, ale ściany są tu cienkie i usłyszałam, że u Państwa jest góra od mojego dresu. I odnoszę T-shirt, bo on na pewno nie jest mój.
- Zdzisiek – krzyknęła pani stojąca w drzwiach – sąsiadka oddaje ci koszulkę.
I prawie rzuciła we mnie moją bluzą od dresu. I zamknęła mi drzwi przed nosem.
VIII.
Następnego dnia spóźniłam się minutę na gimnastykę. Pech chciał, ze jedyny wolny materac był koło pana Zdzisia. Położyłam się na swoim materacu i dzięki temu, że na lewej nodze zawiązałam sobie czerwoną wstążeczkę, wiedziałam już która moja noga jest prawa.
Nagle wtargnęła do sali pani od pana Zdziśka i krzyknęła:
- Ty już chodź, już ci wystarczy tych ćwiczeń!
Pan Zdzisiek wstał natychmiast i grzecznie wyszedł.
A mnie tym razem pomyliły się ręce.
Ciąg dalszy nastąpi...
wtorek, 18 września 2018
To nie jest chwalenie się tylko moja wielka radość, którą chcę się z Wami podzielić...
W ubiegły piątek zatalefonowała do mnie Pani Dyrektor Głównej Biblioteki na Targówku i powiedziała, że chciałaby kupić 16 egzemplarzy mojej książki o Warszawie.
Myślałam, że ktoś mi kawał robi.
Ale pani powiedziała, że biblioteka zdobyła dodatkowe fundusze na ten zakup.
Więc poszłam w poniedziałek z tymi książkami i ... dokonałam transakcji. /To sformułowanie pozostało mi jeszcze z czasów gdy pracowałam w resorcie handlu zagranicznego/. Szesnaście bibliotek na Targówku - w tym sześć bibliotek młodzieżowych - ma mieć w swoich rejestrach po jednym egzemplarzu tej książki. Bo podobno ....książka jest śliczna.
-------------------------------------------------------------------------------------
No i zastanawiam się czy już teraz powinno mi się w głowie przewrócić, czy dopiero jutro...
No dobra. Spoko i luzik. Najwyżej kompleksy mi się odrobinę zredukują.
No i zwrócił mi się też koszt dodruku ksiązki.
I teraz zarobek przede mną...
Kiedyś już pisałam że:
Koszty wydania książki "Zwariowałam" zwróciły mi się w jednej trzeciej.
Za zarobek na sprzedaży książki "Nadal wariuję" kupiłam sobie torebkę./72 zł/
To może za zysk na "Moim warszawskim zwariowaniu" kupię sobie bilet na samolot do Machu Picchu?
Jak myślicie?
-------------------------------------------------------------------------------------
Te osoby, które są w posiadaniu moich książek wiedzą że: "nie dla sławy i nie dla pieniędzy, ale dla siebie samej, dla swojej Rodziny i dla przyjaciół je piszę"
Ale ta wczorajsza transakcja była dla mnie naprawdę WIELKĄ RADOŚCIĄ.
niedziela, 16 września 2018
Kto chodzi do parku?
Ale nie do takiego znanego i pięknego jak Park Łazienkowski czy Ogród Saski.
Kto chodzi do takiego zwykłego parku na osiedlu?
Jak miałam małe dzieci to chodziłam z nimi na długie spacery po alejkach parkowych. Na huśtawki, zjeżdżalnie, do piaskownicy, nad fontannę. Potem chodziłam do parku z psem – tą najwspanialszą psinką o imieniu Lassie, o której kiedyś pisałam. Często z wnukami jak przychodziły na gościnne występy do dziadków z reguły w jesienne lub wiosenne weekendy.
Teraz często przed południem chodzę do parku sama. Zawsze staram się zrobić sobie godzinny spacer przez park. Obok znajduje się teatr, więc często do niego zaglądam żeby zobaczyć co grają i ewentualnie kupić bilety na jakiś nowy spektakl. Jest tu też ujęcie wody oligoceńskiej, więc czasami biorę ze sobą niewielki pojemnik i napełniam go.
Podobno jestem niezłą obserwatorką codzienności. Więc obserwuję przyrodę, ptaki, niebo. Mam też bardzo czuły węch, więc czuję wiosną świeżą, budzącą się do życia zieleń, potem kwitnące kasztany i bzy, jaśmin, lipy. A jesienią lubię obserwować spadające z drzew liście i chodzić po nich szurając nogami.
Obserwuję też ludzi, którzy do parku przychodzą.
Można ich podzielić na pięć grup.
Pierwsza – najbardziej naturalna i sympatyczna to matki z małymi dziećmi w wózkach. Z reguły siadają na ławce i jak dziecko śpi, to wyciągają książki i czytają. Prawie wszystkie mają też ze sobą małe laptopy. Czasami spotykają się z koleżankami, które też przyszły z malutkimi dziećmi do parku.
Druga grupa – to młodzi ludzie, którzy przychodzą się do parku całować się i przytulać. Ale jest ich coraz mniej. Widać wolą te przytulanki w domowym zaciszu.
Trzecia – to bezdomni i pijacy. W parku, o którym piszę, jest ich bardzo dużo. Najpierw przeglądają wszystkie śmietniki, potem jeśli znajdą coś co nadaje się do jedzenia to siadają na ławkach i rozkładają i rozwijają różne papierki i pudełka. Czasami też przebierają się na tych ławkach w jakieś znalezione ubrania. Piją też alkohol i dopijają ze znalezionych butelek różne napoje.
Jest to widok bardzo odrażający chociaż jednocześnie przykry.
Czwarta grupa to pary ludzi starszych lub po prostu starych. Wychodzą na spacery. Idą z laskami, kulami, balkonikami. Czasami jedno z nich popycha wózek inwalidzki ze swoim partnerem czy partnerką. Bardzo powoli dochodzą do najbliższej ławki, siadają tam i ciężko oddychają. Przeważnie milczą. Do grupy tej zaliczyć też można matki z dorosłymi, ale niepełnosprawnymi dziećmi.
Ostatnia grupa to ludzie samotni. Wychodzą z domu aby z kimś porozmawiać. Wychodzą często w kapciach, albo w dresach domowych bo park mają pod domem. Ale widuję też panie elegancko ubrane i panów w garniturach. Przeważnie siedzą samotnie na ławce odprowadzając tęsknym wzrokiem każdą przechodząca osobę. Albo siedzą nieruchomo zapatrzone w jeden punkt. Często po prostu przysiedli na ławce w drodze powrotnej z targu. Świadczą o tym stojące obok torby na kółkach. Czasami przyglądają się ptakom a te malutkie karmią z ręki.
Czasami zamienię kilka słów z tymi samotnymi. Zaczepiają mnie proponując abym na chwilę usiadła. A jak już usiądę to nie muszę nic mówić. Wystarczy, że słucham:
O czterdziestoletnim synu, który nie pracuje tylko ciągle pije wódkę.
O niedobrej córce, która pewnie znowu nie zaprosi na Święta.
O dzieciach, które pojechały do Anglii i już nie wrócą, bo w wolnym kraju nie ma dla nich pracy /”a wie pani… moja córka to ma doktorat”/
O mężu, który leży sparaliżowany.
O sąsiadce, która nastawia telewizor na cały regulator.
O piesku, który zdechł i już nie ma się do kogo odezwać.
O niskiej emeryturze, o drogich lekach, o bolących nogach, o tym, że najbliższa wizyta u kardiologa to będzie dopiero w sierpniu przyszłego roku.
O…
--------------------------------------------------------------------------
Ale w zwykły, pochmurny dzień w parku jest właściwie całkiem pusto.
Idę wtedy przez park tylko w towarzystwie własnych myśli.
A także tych wszystkich osób o których pisałam.
/Był to urywek mojej książki "Nadal wariuję".
piątek, 14 września 2018
O niezwykłych rowerach ...
1.
Najmniejszy rower jest wielkości buta i mieści się w małej
torebce. I ma w pełni funkcjonalne rozwiązania, takie jak w dużym
rowerze, choć sama jazda wymaga nie lada umiejętności.
2.
Najwyższy rower ma ponad 6 metrów wysokości. Skonstruował go
Amerykanin Richie Trimble i jeżdzi nim na specjalnych pokazach.
3.
Najdłuższym rowerem świata może jechać jednocześnie 20 osób. Ma 42 metry i waży – trudno w to uwierzyć - dwie i pół tony.
Zbudowano go w Australii.
4.
Najcięższy rower jednoosobowy świata jest trójkołowcem. Przednia
opona pochodzi z gigantycznej maszyny budowlanej. Rower waży 750 kg.
5. Najlżejszy rower zbudowany na ultralekkiej ramie waży
zaledwie 4,5 kg. A przeciętny rower waży do kilkunastu kilogramów.
6.
Rowery składane wróciły do łask. Najlżejsze z nich np. A-bike
ważą kilka kilogramów i są majstersztykami technologii oraz
mechaniki.
7.
Zwykły rower pozwala rozwinąć szybkość maksymalnie 70
km/godzinę. Istnieje jednak rower f-my Donhou, którego zębatka
liczy ponad 100 zębów. Na tym rowerze można osiągnąć prędkość
160 km/godzinę.
8.
Górski rower o nazwie Beverly Hills Edition 24k Gold Extreme
Mountain Bike jest pokryty 24 karatowym złotem. Nawet tarcze
hamulcowe ozdobiono tym kruszcem. Wyceniono go na milion dolarów.
/Powyższe informacje i zdjęcia z Angora-Peryskop nr 17 z dnia 29.04.2018/
---------------------------------------------------------------------
/Powyższe informacje i zdjęcia z Angora-Peryskop nr 17 z dnia 29.04.2018/
---------------------------------------------------------------------
A
jakie są Wasze rowery.?
No
i czy często ich używacie?
Pytam,
bo w Warszawie i chyba w całej Polsce coraz więcej osób jeżdzi do
pracy rowerem.
Znam
nawet osobiście takiego jednego belfra od geografii, który przez
pół Warszawy pędzi na rowerku ścieżką rowerową do swojej
szkoły... A na plecach ma oczywiście plecak z laptopem, książkami,
skryptami, testami...Na szczęście globus mu się do plecaka nie
mieści... Ale nigdy się do szkoły nie spóźnia...
środa, 12 września 2018
5 zdjęć z Ząbkowskiej
Wczoraj
zatelefonowała do mnie pani z biblioteki na Ząbkowskiej i zapytała
czy ja to ja, i czy to ja napisałam „zwariowaną książkę o
Warszawie”, w której "obrzydliwej dzielnicy Praga" poświęciłam
dużo miejsca. bo jeśli tak to zaprasza mnie serdecznie do tej
biblioteki z tą książką bo chciała by ją obejrzeć….no bo dostała mój numer telefonu od pani z innej biblioteki, która już ma tę książkę.
Ufff…
Wiecie
jak się przestraszyłam?
No
bo ulica Ząbkowska na Pradze to jedna z najbardziej „szemranych” ulic w
całej stolicy.
A
jak mi jeszcze ta pani powiedziała, że biblioteka mieści się
prawie na rogu Ząbkowskiej z Brzeską i tuż przy Komendzie Policji
to od razu poczułam nadciągającą migrenę.
Ale
poszłam.
I
nawet parasolki do obrony ze sobą nie wzięłam. Że nie wspomnę o
jakimś bejsbolu czy innym łomie.
Zanim
doszłam do tej biblioteki to pstryknęłam komórką kilka zdjęć.
To
pierwsze to pomnik pod nazwą"Matecznik anielski". Od pani-autochtonki dowiedziałam się, że te małe aniołki to były już kilka razy kradzione. Ale nie zapytalam czy zostaly odnalezione i znowu postawione, czy artysta dorobił nowe. Pomnik znajduje się zaraz przy wejściu z
ulicy Targowej po lewej stronie.
Ulica
Ząbkowska leży trochę na tyłach słynnego Bazaru Róźyckiego. A
na bazarze jak świat światem zawsze bywały pyzy. Do dzisiaj jakaś
pani Hania się reklamuje:
Sfotografowałam
też wejście do knajpki pod nazwą "W oparach absurdu" A po prawej jest sklepik w którym można kupić "Konopne leki".
Zadziwił
mnie ten opakowany w folię aluminiową stary dom z zamkniętą
jeszcze knajpą pod nazwą „Coś na Ząb...kowskiej”. Widać
artysta -opakowacz stwierdził, że jak na zachodzie Europy różni artyści
owijają w folię mosty i pałace to on może i dom na Ząbkowskiej.
Najwięcej
mnie jednak zdziwiła reklama fryzjera...
Cały
czas się teraz zastanawiam co można sobie jeszcze generalnie u
fryzjera ostrzyc…
Gdy przyszłam do biblioteki – przemiła pani bibliotekarka przeglądnęła
moją książkę, przeczytała wszystko to co dotyczy „Obrzydliwej
Pragi” i zapytała kiedy mogłabym przyjść na wieczór autorski.
A
ja powiedziałam, że się jeszcze zastanowię….
No
bo jeśli do biblioteki przyjdą ludzie tacy jak na tym pomniku, na
dodatek z pyzami w papierze i z butelkami konopnych leków i jeszcze po wizycie u tego
fryzjera, który w tzw. międzyczasie zmieni zdanie….. no to KONIEC ŚWIATA...
--------------------------------------------------------------------
A tak na poważnie to na Ząbkowskiej mieszkają tacy sami ludzie jak na każdej innej ulicy w innej dzielnicy miasta a nawet w zupełnie innym mieście. Tam po prostu ciągle jest żywy ten folklor warszawskiej starej Pragi. A w innych dzielnicach Warszawy - np. na Mokotowie czy na Woli folklor przeszedł już do historii.
--------------------------------------------------------------------
A tak na poważnie to na Ząbkowskiej mieszkają tacy sami ludzie jak na każdej innej ulicy w innej dzielnicy miasta a nawet w zupełnie innym mieście. Tam po prostu ciągle jest żywy ten folklor warszawskiej starej Pragi. A w innych dzielnicach Warszawy - np. na Mokotowie czy na Woli folklor przeszedł już do historii.
poniedziałek, 10 września 2018
O katarze i kichaniu będzie...
Gdy
już upał odebrał mi całkiem rozum…
Gdy
już nie chciało mi się nie tylko nogi albo ręki podnieść ale
nawet oczu otworzyć…
Gdy
wypijałam wszystko co było pod ręką…
Nagle.
Niespodziewanie.
Dostałam
kataru.
I
był to katar jakiś taki dziwny, bo ciekło mi z nosa jak z kranu.
Na
szczęście tylko jeden dzień. Potem ten kran sam się zakręcił.
Więc
postanowiłam poszukać w mądrych księgach jakichś informacji o
„katarze w czasie upałów, który nie wiadomo dlaczego przychodzi
i potem nagle odchodzi”.
Niczego
takiego oczywiście nie znalazłam. Więc bardzo prawdopodobne, że
kataru dostałam na tle nerwowym. Coś złego się wydarzyło a potem
się „wyprostowało”. Już nie pamiętam co to mogło być.
Ale
znalazłam kilka „kichających ciekawostek”.
Oto one:
1.
W medycznym świecie znany jest tzw. katar nowożeńcow, który
objawia się jako uczucie zatkania nosa podczas uprawiania seksu.
Ale to nie był ten mój przypadek bo po pierwsze nos mi się nie zatkał, tylko za bardzo odetkał, a poza tym już nawet nie pamiętam kiedy był mój ślub.
Ale to nie był ten mój przypadek bo po pierwsze nos mi się nie zatkał, tylko za bardzo odetkał, a poza tym już nawet nie pamiętam kiedy był mój ślub.
2.
Prędkość powietrza, które podczas kichnięcia wydostaje się z
płuc to nawet 170 km/godz. Wydmuchujemy wówczas jednorazowo 100
tysięcy kropelek, które mogą zawierać miliony bakterii.
To też nie był ten mój przypadek, bo ja wcale nie kichałam.
To też nie był ten mój przypadek, bo ja wcale nie kichałam.
3.
U około 25% procent ludzi można zaobserwować odruch kichania przy
nagłej ekspozycji na światło słoneczne. Nasz mózg może łączyć
wysyłanie sygnału o konieczności zwężenia żrenic z
koniecznością kichnięcia.
Okropnie to mądre – prawda?
Okropnie to mądre – prawda?
4.
W styczniu tego roku 34-letni mężczyzna trafił do szpitala w
Wielkiej Brytanii, bo po próbie zduszenia kichnięcia pękło mu
gardło.
A więc nie powinno się wstrzymywać kichania.
A więc nie powinno się wstrzymywać kichania.
5.
Zdaniem naukowców sposób kichania jest powiązany z cechami
osobowości. Osoba ekstrawertyczna będzie kichać głośno. Osoby
introwertyczne będą starały się ukryć kichanie.
Tu się zgadzam.
Tu się zgadzam.
6.
Śpiąc nie kichamy. Dzieje się tak dlatego, że połączenia
nerwowe porzekazujące sygnał do mózgu o potrzebie kichnięcia też
„śpią”, są po prostu nieaktywne.
Eeeee tam. To nie jest prawda. Pamiętam, że kiedys śpiąc całą noc kichałam…
Eeeee tam. To nie jest prawda. Pamiętam, że kiedys śpiąc całą noc kichałam…
7.
Kichniesz jeden raz, to znaczy że ktoś cię potajemnie chwali, dwa
razy – ktoś cię za plecami obmawia, trzy razy – ktoś się w
tobie zakochał, cztery razy – po prostu masz katar.
Coś podobnego!!!???
Coś podobnego!!!???
8.W
polskiej kulturze życzymy kichającemu „na zdrowie” lub „sto
lat”. Anglicy mówią „Niech Cię Bóg błogosławi”. Z kolei
starożytni Rzymianie mawiali: „Oby nie w złą godzinę”.
Dziwne te polskie życzenia – prawda? No bo przecież kichanie to już poważna choroba ...
Dziwne te polskie życzenia – prawda? No bo przecież kichanie to już poważna choroba ...
9.
Po polsku naśladując kichanie mówimy: „a psik”. Anglicy
kichają „achoo, atchoo, achew” i atisho”. Z kolei Włosi
kichają „etciu” lub „ecciu”, a Hiszpanie „achis” lub
„achus”.
Normalny cyrk!!!
Normalny cyrk!!!
10. 79- letniemu Brytyjczykowi zdarzyło się że zmarł zaraz po tym jak
głośno kichnął. Reakcja organizmu była tak gwałtowna, że
spowodowała wylew krwi do mózgu.
Czyli za głośno kichać też nie można.
Czyli za głośno kichać też nie można.
I
to by było na tyle...
sobota, 8 września 2018
Warszawskie latarnie
Tekst ten dedykuję Stanisławowi Michalikowi, który był dla mnie ŚWIATŁEM...
Mam na
myśli latarnie gazowe. Czy wiecie, że w Warszawie jest ponad 150
latarni gazowych zapalanych ręcznie przez latarników tuż przed
zapadnięciem zmierzchu i gaszonych przez nich o świcie?
Najbardziej znane to te, które stoją przy biegnącej wzdłuż Parku
Łazienkowskiego ulicy Agrykola.
Wiele
latarni jest też na Żoliborzu, Powiślu, Ochocie i nad Jeziorkiem
Czerniakowskim. Pojedyncze stoją również w innych miejscach
Warszawy, na przykład ta na Nowym Mieście przed figurą
Najświętszej Marii Panny.
Miejsca
oświetlane latarniami gazowymi uważam za magiczne. Nie da się w
żaden sposób opisać nastroju, kolorów, wrażeń, a także
zapachu, jaki otacza taką latarnię. Idąc tak oświetloną ulicą,
czuje się jakiś dziwny dreszcz. Wydaje się, że otacza nas jakieś
niezwykłe, ciepłe, wręcz namacalne światło. A gdy jeszcze widzi
się w świetle latarni gazowych opadające powoli z drzew kolorowe
liście, to człowiek czuje się jak w bajce. Najbardziej nastrojowo
jest jednak wtedy, gdy powoli pada śnieg. W świetle gazowych
latarni widać dokładnie każdy całkiem inny, wirujący w powietrzu
i powoli opadający na ziemię płatek.
Wiele razy
i o różnych porach roku szłam wieczorem Agrykolą. Szłam bardzo
wolno, bo bałam się tego kontrastu i rzeczywistości, która mnie
omota, gdy wyjdę w oświetlone jarzeniówkami i hałaśliwe Aleje
Ujazdowskie. Kiedyś szłam Agrykolą o świcie. Wtedy światło
latarni gazowych rozpływało się w porannej mgle. Spotkałam
latarnika, który gasił latarnie. Wyglądał tak niesamowicie, że
do dziś nie jestem pewna, czy to był człowiek…
/Był to urywek z mojej książki "Moje warszawskie zwariowanie"/.
czwartek, 6 września 2018
Dziedziczenie?
- Dlaczego nie wypiłaś herbaty do końca? Przecież Ci wystygła – pytałam za każdym razem.
- Nie mogę tak wszystkiego od razu. Na później sobie zostawiłam. Jak pójdziesz, to nie będę musiała sobie robić nowej. Tylko sobie spokojnie poleżę i poczytam.
- Przed wyjściem zrobię Ci nowej. Ale przecież jeszcze nie wychodzę.
- Idź, idź, przecież masz swoje życie.
---------------------------------------------------------------------------------
Nie zliczę rozmów tej treści. Zawsze sobie coś zostawiała na potem. Było to związane z jej trudnym życiem i z tym, że nigdy nie dojadała. A jak już była wreszcie syta, szczęśliwa i spokojna, to ciągle jednak bała się, że tamte złe dni wrócą. I chciała mieć zachomikowaną czekoladę albo kartonik z soczkiem, aby móc po nie sięgnąć, gdy zajdzie taka potrzeba.
Albo wypić parę łyków tej gorzkiej /i dawno wystygłej/ herbaty, którą jej córka zrobiła, jak do niej przyszła.
-----------------------------------------------------------------------------------
Kiedy przeszła na druga stronę tęczy…
… to wtedy znalazłam w jej małym mieszkanku kilka takich Jej kubków z niedopitą herbatą.
I kilkanaście przeterminowanych czekolad.
Jeden z takich kubków stoi u mnie na półce wśród książek, które lubiła czytać. I tuż koło Jej zdjęcia.
-------------------------------------------------------------------------------------
Minęło kilka lat.
----------------------------------------------------------------
Wczoraj wieczorem wpadł Młodszy, żeby pozabierać parę rzeczy, których nie zabrał, jak się przeprowadzał kiedyś do swojej kawalerki.
- Zrób herbaty – powiedziałam – a ja pokroję ciasto.
- A gdzie są kubki? – zapytał. - Bo w szafce nie ma ani jednego. O tu są, poroznosiłaś po mieszkaniu. I w każdym jest trochę herbaty…
-------------------------------------------------------------------------------------
Dziedziczenie.
/Był to urywek z mojej książki: "Zwariowałam"./
wtorek, 4 września 2018
Wieści z Najpiękniejszych Gór Świata
Tekst ten dedykuję Anabell
/Zdjęcia 1, 2 i 4 od góry są moją własnością. Pozostałe zdjęcia zeskanowałam z miesięcznika "Tatry".
Od
kwietnia do czerwca br. Tatrzański Park Narodowy odwiedziło prawie
722 tysiące osób. Jest to o 70 tysięcy więcej niż w analogicznym
okresie roku 2017. Nie ma w tych liczbach osób, które wjechały
kolejką na Kasprowy Wierch.
2. Co zdjęto z krzyża na Giewoncie
Wiele
osób przyjeżdża w Tatry tylko po to aby „zaliczyć” Giewont.
Pół biedy gdyby tylko na tę górę weszli i zeszli. Wiele osób
dochodzi na sam szczyt tylko po to, żeby zostawić tam swój ślad.
Służba Parku Obwodu Ochronnego Kuźnice, która ostatnio
przeprowadziła akcję czyszczenia krzyża na Giewoncie zniosła
stamtąd najwięcej kłódek zakochanych, okolicznościowych
tabliczek, wstążek, chustek i kapeluszy. Najwięcej trudności
przysporzyły kłódki, które trzeba było ciąć oraz jedna
tabliczka, która została przymocowana na śrubach po uprzednim
przewierceniu krzyża.
3.
Śmieci to temat podniosły
Tatry
– nazwane przeze mnie Najpiękniejszymi Górami Świata są wciąż
zaśmiecane. Chociaż… wolontariusze oczyszczający szlaki Tatr ze
śmieci twierdzą, że coraz rzadziej zbierają wciśnięte między
skały i w kosodrzewinę butelki, papiery, i różnego rodzaju
opakowania. Ale to może dlatego, że wolontariuszy jest coraz
więcej… bo aż 7180…
4
lipca br. pracownikom TPN udało się policzyć kozice. Dzięki
słonecznemu i bezwietrznemu porankowi naliczono po polskiej stronie
300 kozic…. W tym ok. 40 tegorocznych koźląt. Te młode w czasie
liczenia miały zaledwie miesiąc. Są to oczywiście dane
szacunkowe. Trudno jest bowiem stwierdzić czy kozica jest polska czy
słowacka, ponieważ przemieszczają się one po szczytach,
szczególnie w godzinach porannych. W Tatrach Słowackich jest z
reguły trzy razy więcej kozic. Ale jak wiadomo Słowacki Park
Narodowy jest ponad trzy razy większy od Polskiego a turystów jest
tam znacznie mniej.
5.Największy
kwiat Tatr.
Ten
kwiat to lilia bulwkowata. Po raz pierwszy ten kwiat pojawił się w
atlasie roślin tatrzańskich przygotowanym przez Zofię Radwańską-
Paryską w 1957 roku. Po raz pierwszy kwitnącą lilię bulwkowatą /
zdjęcie poniżej/ odnaleziono przy Drodze pod Reglami na wysokości
945 m npm 13 czerwca br. Niestety, kilka dni potem została
zniszczona przez ludzi, którzy nie powinni się znależć w
Najpiękniejszych Górach Świata.
/Zdjęcia 1, 2 i 4 od góry są moją własnością. Pozostałe zdjęcia zeskanowałam z miesięcznika "Tatry".
niedziela, 2 września 2018
Droga
Tekst ten dedykuję Eli
Gdy
wsiadam na rondzie w ten sam autobus co zawsze i kupuję bilet –
kierowca pyta z uśmiechem:
- Zatrzymać się przy sklepie? Pewnie będzie pani chciała jakieś zakupy zrobić…
- Miło, że pan pamięta – mówię. - A deszcz ostatnio padał?
- Oj padał, padał. Nie będzie pani musiała działki podlewać.
Po pięćdziesięciu minutach wysiadam dziękując i żegnając się z kierowcą uśmiechem.
- Zatrzymałam dla pani te jogurty, które pani zawsze kupuje. I jest jeszcze magazyn „Książki”, bo zauważyłam, że u nas tylko pani jest nim zainteresowana - mówi sprzedawczyni.
- To jeszcze sobie loda „Big Milka” kupię, bo już kilka razy wygrałam.
Wychodzę ze sklepu i wchodzę w leśną drogę. Idę przez tę część wioski, gdzie pobudowali się ludzie bardzo dobrze sytuowani. Mają piękne domy - ogrodzone i pilnowane przez specjalne firmy. Kiedyś oparłam się niechcący o bramę ogrodzenia takiego wspaniałego domu. Nie zdążyłam jeszcze dojść do końca tej drogi, gdy podjechał do mnie samochód z panami, którzy zwrócili mi uwagę żebym nie dotykała ogrodzeń, bo jestem wtedy traktowana jak potencjalna włamywaczka. Nie odpowiedziałam im zupełnie nic, bo nie znalazłam wtedy w głowie żadnej riposty. A może nawet lepiej bo pewnie i tak nie zrozumieliby co chciałabym im powiedzieć.
Idąc szeroką drogą jestem obszczekiwana przez psy. Za każdym ogrodzeniem, przy każdym parkanie jest ich co najmniej dwa. Są to przeważnie rotweilery.
/Kiedyś, gdy wracałam już tą samą drogą do autobusu minęłam jakichś ludzi w bardzo wytwornym samochodzie. Pani zapytała mnie gdzie idę. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że idę do autobusu, który mnie zawiezie do Warszawy. Pani popatrzyła pytająco na siedzącego za kierownicą pana. A pan stwierdził wspaniałomyślnie:
- To dobrze, to niech sobie pani idzie./
Gdy mijam już teren ze wspaniałymi, bogatymi willami wychodzę na wąziutką ścieżkę. Po jednej stronie rośnie piękny las, po drugiej stronie jest pole. Jakieś trzy tygodnie temu spotkałam na środku tej ścieżki jelonka. Stał i wcale się nie ruszał. Wyglądał jak namalowany w książce z bajkami dla dzieci. Szłam cicho i nie robiłam żadnych gwałtownych ruchów, więc może dlatego nie uciekł przede mną. Nie wierząc własnemu szczęściu i bardzo zdziwiona zatrzymałam się jakieś pięć metrów przed nim. Odwrócił głowę w moim kierunku, popatrzył i powoli, wręcz majestatycznie odszedł w las.
Oczywiście refleks mnie zawiódł – bo mogłam przecież zrobić mu zdjęcie komórką. Miałabym dowód, że mi się to naprawdę nie śniło.
Jeszcze sto metrów i już jest pierwsza działka. Należy do pani Ani. Tej, która pracowała u nas w archiwum i która miała męża pijaka. I która prawie codziennie chowała się za regałami, żeby ukryć siniaki i podbite oczy po kolejnym powrocie męża do domu. Pani Ania ma też bardzo dorosłego, siwego już syna, który ma niedorozwój. I z nim głównie przebywa na działce.
Ale pani Ani w tym roku jeszcze nie widziałam…… Jest już bardzo stara i schorowana…
Następna działka należy do ludzi, którzy mają cztery małe wnuczki – córeczki swoich dwóch synów. Jeszcze nie widziałam ludzi, którzy byliby tak zwariowani na punkcie swoich wnuczek jak ci właśnie. Dwie pary pięcioletnich, prześlicznych bliźniaczek są dla nich najważniejsze na świecie.
Wchodzę na teren działek.
Dzień dobry, cześć, co słychać?, jak zdrowie?, nic nie zmarzło?, nie uschło?, złodzieje się nie włamali ?– słychać ze wszystkich stron…
Ptaki śpiewają jak oszalałe…
Wchodzę w swoją alejkę. Przy płotach znajomi. Grabią zeszłoroczne liście, podlewają, rozsypują nawozy, przycinają gałęzie, sadzą. A przy tym rozmawiają, chwalą się, narzekają i … mówią kto już nie przyjedzie nigdy, bo go pożegnali na zawsze. Komu urodziło się wnuczę… i kogo zwolnili z pracy.
Sąsiad - poeta, mąż mojej koleżanki mówi: - Przyjdź potem na kawę, jak się rozpakujesz. Przeczytam ci wiersz jaki przed chwilą napisałem. I wydałem następny tomik, ale nikt go jeszcze nie kupił…
Podchodzę do furtki i otwieram ją. Wszystkie moje drzewa, krzewy i kwiaty wychodzą mi naprzeciw. I słyszę jak szumią: „Jak to dobrze, że jesteś”.
--------------------------------------------------------------------------------
Wieczorem przyjeżdżają najbliższe mi osoby. Pijemy na werandzie herbatę. Na niebie pokazują się gwiazdy.
Zapada noc.
- Zatrzymać się przy sklepie? Pewnie będzie pani chciała jakieś zakupy zrobić…
- Miło, że pan pamięta – mówię. - A deszcz ostatnio padał?
- Oj padał, padał. Nie będzie pani musiała działki podlewać.
Po pięćdziesięciu minutach wysiadam dziękując i żegnając się z kierowcą uśmiechem.
- Zatrzymałam dla pani te jogurty, które pani zawsze kupuje. I jest jeszcze magazyn „Książki”, bo zauważyłam, że u nas tylko pani jest nim zainteresowana - mówi sprzedawczyni.
- To jeszcze sobie loda „Big Milka” kupię, bo już kilka razy wygrałam.
Wychodzę ze sklepu i wchodzę w leśną drogę. Idę przez tę część wioski, gdzie pobudowali się ludzie bardzo dobrze sytuowani. Mają piękne domy - ogrodzone i pilnowane przez specjalne firmy. Kiedyś oparłam się niechcący o bramę ogrodzenia takiego wspaniałego domu. Nie zdążyłam jeszcze dojść do końca tej drogi, gdy podjechał do mnie samochód z panami, którzy zwrócili mi uwagę żebym nie dotykała ogrodzeń, bo jestem wtedy traktowana jak potencjalna włamywaczka. Nie odpowiedziałam im zupełnie nic, bo nie znalazłam wtedy w głowie żadnej riposty. A może nawet lepiej bo pewnie i tak nie zrozumieliby co chciałabym im powiedzieć.
Idąc szeroką drogą jestem obszczekiwana przez psy. Za każdym ogrodzeniem, przy każdym parkanie jest ich co najmniej dwa. Są to przeważnie rotweilery.
/Kiedyś, gdy wracałam już tą samą drogą do autobusu minęłam jakichś ludzi w bardzo wytwornym samochodzie. Pani zapytała mnie gdzie idę. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że idę do autobusu, który mnie zawiezie do Warszawy. Pani popatrzyła pytająco na siedzącego za kierownicą pana. A pan stwierdził wspaniałomyślnie:
- To dobrze, to niech sobie pani idzie./
Gdy mijam już teren ze wspaniałymi, bogatymi willami wychodzę na wąziutką ścieżkę. Po jednej stronie rośnie piękny las, po drugiej stronie jest pole. Jakieś trzy tygodnie temu spotkałam na środku tej ścieżki jelonka. Stał i wcale się nie ruszał. Wyglądał jak namalowany w książce z bajkami dla dzieci. Szłam cicho i nie robiłam żadnych gwałtownych ruchów, więc może dlatego nie uciekł przede mną. Nie wierząc własnemu szczęściu i bardzo zdziwiona zatrzymałam się jakieś pięć metrów przed nim. Odwrócił głowę w moim kierunku, popatrzył i powoli, wręcz majestatycznie odszedł w las.
Oczywiście refleks mnie zawiódł – bo mogłam przecież zrobić mu zdjęcie komórką. Miałabym dowód, że mi się to naprawdę nie śniło.
Jeszcze sto metrów i już jest pierwsza działka. Należy do pani Ani. Tej, która pracowała u nas w archiwum i która miała męża pijaka. I która prawie codziennie chowała się za regałami, żeby ukryć siniaki i podbite oczy po kolejnym powrocie męża do domu. Pani Ania ma też bardzo dorosłego, siwego już syna, który ma niedorozwój. I z nim głównie przebywa na działce.
Ale pani Ani w tym roku jeszcze nie widziałam…… Jest już bardzo stara i schorowana…
Następna działka należy do ludzi, którzy mają cztery małe wnuczki – córeczki swoich dwóch synów. Jeszcze nie widziałam ludzi, którzy byliby tak zwariowani na punkcie swoich wnuczek jak ci właśnie. Dwie pary pięcioletnich, prześlicznych bliźniaczek są dla nich najważniejsze na świecie.
Wchodzę na teren działek.
Dzień dobry, cześć, co słychać?, jak zdrowie?, nic nie zmarzło?, nie uschło?, złodzieje się nie włamali ?– słychać ze wszystkich stron…
Ptaki śpiewają jak oszalałe…
Wchodzę w swoją alejkę. Przy płotach znajomi. Grabią zeszłoroczne liście, podlewają, rozsypują nawozy, przycinają gałęzie, sadzą. A przy tym rozmawiają, chwalą się, narzekają i … mówią kto już nie przyjedzie nigdy, bo go pożegnali na zawsze. Komu urodziło się wnuczę… i kogo zwolnili z pracy.
Sąsiad - poeta, mąż mojej koleżanki mówi: - Przyjdź potem na kawę, jak się rozpakujesz. Przeczytam ci wiersz jaki przed chwilą napisałem. I wydałem następny tomik, ale nikt go jeszcze nie kupił…
Podchodzę do furtki i otwieram ją. Wszystkie moje drzewa, krzewy i kwiaty wychodzą mi naprzeciw. I słyszę jak szumią: „Jak to dobrze, że jesteś”.
--------------------------------------------------------------------------------
Wieczorem przyjeżdżają najbliższe mi osoby. Pijemy na werandzie herbatę. Na niebie pokazują się gwiazdy.
Zapada noc.
/Był to tekst sprzed lat pisany pod wpływem jednej z wczesnowiosennych wizyt na działce/
A ptaszka na mojej drodze spotkałam w czerwcu ubiegłego roku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Hollyłódź
Łódź jak żadne polskie miasto zasługuje na miano stolicy polskiej kinematografii. Już od 1948 roku słynna łódzka Filmówka, czyli Państwowa W...
-
Taką mini-książeczkę /5cm na 8,5cm/ odnalazłam w jednej ze swoich przepastnych szuflad. Jak wiecie Kłapouchy obok Prosiaczka był najse...
-
„ Polska? Tam białe niedźwiedzie chodzą po ulicach”. Taka była kiedyś opinia o naszym kraju. Faktycznie – raz biały niedźwiedź p...


























