Parę
dni temu poszłam przed południem na Stare Miasto.
I
tam na jednej z cichych uliczek zobaczyłam coś smutnego.
Kilka pań ciągnęło drewniane wózki./mniej więcej takie jak ten, w którym siedzi smutny miś - tylko większe/. W każdym wózku
było dwoje albo troje małych dzieci. Przystanęłam zdziwiona i zaskoczona i powiedziałam do tych dzieci:
„Ależ wy jesteście śliczne”. A dzieci popatrzyły na mnie
wielkimi, smutnymi i załzawionymi oczami.
I
usłyszałam jak jedna z pań do mnie mówi: „Co z tego że
śliczne…. jak są niechciane… To dzieci z Domu Dziecka”.
Panie
z wózkami odjechały a ja zostałam sama na środku chodnika.
Weszłam
do jednej z kawiarenek. Wypiłam kawę.
A
potem wróciłam do domu i napisałam taką bajeczkę:
-------------------------------------------------------------------------------
"Dawno,
dawno temu żyła sobie z dwiema córeczkami bardzo dobra kobieta.
Zanim została nauczycielką w jednej z warszawskich szkół
pracowała przez rok jako wychowawczyni i opiekunka dzieci w Domu
Dziecka w Konstancinie pod Warszawą. Wtedy jedna z jej córeczek
miała cztery lata a druga dziesięć. Ta kobieta pracowała zawsze
od soboty po południu do poniedziałku rano. Przyjeżdżała wtedy
do pracy razem z córeczkami i razem z nimi wracała, bo nie chciała
zostawiać ich w domu samych. No i starsza córeczka chodziła już
przecież do szkoły. Kobieta ta pracowała w Domu Dziecka także we wszystkie święta. Miała tam mały pokoik z trzema żelaznymi łóźkami. Czasami dziewczynki nocowały tam same - tak było wtedy gdy ich mama musiała wrócić do Warszawy aby coś w niej załatwić.
Tak
właśnie było przed tamtą Wigilią.
Pani
Dyrektor Domu Dziecka poleciła tej kobiecie dwa dni przed Wigilią aby
kupiła w sklepie w Warszawie jakieś zabawki dla
dzieci. I żeby je przywiozła w Wigilię i dała pod choinką
wszystkim dzieciom i potem już została z dziećmi na całe Święta. Do pomocy miałaby panią kucharkę, panią sprzątaczkę i pana, który zajmował się opalaniem budynku. No i był jeszcze
przed domem pies. Ale on mieszkał zawsze w budzie.
Więc
ta kobieta dzień przed Wigilią przywiozła rano swoje córeczki do Domu
Dziecka, po czym wieczorem wróciła do
Warszawy i nastepnego dnia usiłowała za bardzo skromne środki kupić lalki i misie
dla swoich podopiecznych. Chciała także kupić coś swoim
córeczkom. A wrócić miała z tymi prezentami w wieczór wigilijny –
ostatnim autobusem, który jechał z Warszawy.
Był to autobus, który podjeżdżał blisko pod bramę budynku w którym mieścił się Dom Dziecka.
Ale niestety nie przyjechała tym autobusem.
A
dzieci czekały. Wszystkie dzieci z Domu Dziecka czekały w oknach
stojąc z noskami przylepionymi do szyb. Czekały na swoją ukochaną
panią, która miała im przywieżć prezenty od Świętego Mikołaja.
O tym, że Święty Mikołaj sam do nich nie przyjedzie wiedziały
już od pani dyrektor…. No bo przecież Święty Mikołaj jest
jeden jedyny na świecie a dzieci bardzo dużo. To przecież nie
zdąży wszędzie z tymi prezentami…
Czekały
też córeczki tej kobiety. Młodsza zaczynała już płakać, bo nie
wiedziała co stało się z jej mamusią, ale starsza ją pocieszała
mówiąc, że to wszystko przez ten śnieg i mróz. I że pewnie
autobus się zepsuł ale że przyjedzie nowy i że dowiezie im mamę
pod samą choinkę…
Mijały
godziny a Ukochanej Pani /i Najlepszej Mamy na Świecie/ nadal nie
było. Dzieci razem z panią dyrektor, paniami kucharkami i panem palaczem zjadły już kolację wigilijną i usiadły smutne pod choinką.
A
córeczki tej kobiety siedziały w swoim pokoiku i już obydwie
zalewały się łzami.
Po
pewnym czasie dzieci po choinką usnęły. Panie z kuchni przeniosły je do łóżeczek i posprzątały po Wigilii. Pani dyrektor
sprawdziła czy wszystko jest w porządku i wydała ostatnie
polecenia. Wszyscy poszli do swoich domów i do swoich rodzin. Został
tylko pan palacz i pies w budzie.
Gdy w środku wigilijnej nocy pies zaczął nagle okropnie ujadać i ktoś zaczął dobijać się do drzwi Domu Dziecka córeczki tej kobiety nie miały watpliwości, że to ich Mama. Prawie wszystkie starsze dzieci też się obudziły i pomagały otrzepywać się ze śniegu swojej ukochanej pani. Pomagały zdejmować jej przemoczone buty i rozcierały zmarznięte ręce. A potem wszystkie się do niej przytulały i całowały ją. I mówiły, że jest ich prawdziwą kochaną MAMĄ.
Gdy w środku wigilijnej nocy pies zaczął nagle okropnie ujadać i ktoś zaczął dobijać się do drzwi Domu Dziecka córeczki tej kobiety nie miały watpliwości, że to ich Mama. Prawie wszystkie starsze dzieci też się obudziły i pomagały otrzepywać się ze śniegu swojej ukochanej pani. Pomagały zdejmować jej przemoczone buty i rozcierały zmarznięte ręce. A potem wszystkie się do niej przytulały i całowały ją. I mówiły, że jest ich prawdziwą kochaną MAMĄ.
I
że nie jest ważne, że nie ma prezentów. Najważniejsze, że jest.
A
potem prawie wszystkie dzieci z Domu Dziecka przyszły do pokoiku
tej kobiety, którą nazywały swoją MAMĄ i spały razem z nią i
jej córeczkami skulone na trzech zsuniętych łóżkach...
A w Boże Narodzenie –
gdy już wszyscy siedzieli przy bardzo skromniutkim stole dowiedziały
się, o tym, że ich Pani nie zdążyła na ten ostatni autobus, bo po drodze był
jakiś wypadek… i że musiała iść wiele kilometrów przez las
sama z ciężką torbą pełną prezentów. I że co chwilę wpadała w jakąś zaspę i że spadł jej jeden but… więc go szukała … i
na szczęście znalazła… ale pogubiła w zaspach prezenty.
I nie mogła ich znależć więc szła i płakała.
I że nie miala skąd zadzwonić do Domu Dziecka."
---------------------------------------------------------------------
To pewnie nie było dokładnie tak jak zapamiętała to wszystko czteroletnia wtedy dziewczynka. I tak jak jej to opowiadała starsza siostra. Ale teraz nie ma już kogo o to zapytać.
I nie mogła ich znależć więc szła i płakała.
I że nie miala skąd zadzwonić do Domu Dziecka."
---------------------------------------------------------------------
To pewnie nie było dokładnie tak jak zapamiętała to wszystko czteroletnia wtedy dziewczynka. I tak jak jej to opowiadała starsza siostra. Ale teraz nie ma już kogo o to zapytać.
































